0:00
Prawa autorskie: BELGABELGA
07 marca 2022

Strefa zakazu lotów - dlaczego chce jej Ukraina, dlaczego nie wprowadzi jej NATO

Ukraińskie władze błagają o wprowadzenie no-fly zone nad Ukrainą. Politycy krajów NATO odpowiadają, że to niemożliwe, bo nie są aktywną stroną w tej wojnie. Część opinii publicznej oburza się, że nie chcemy w Ukrainie zrobić tego, co kiedyś zrobiliśmy w Bośni. Kto ma rację?

Wydrukuj

Prezydent Wołodymyr Zełenski, jego ministrowie, doradcy, ukraińscy deputowany - wszyscy jednym głosem domagają się strefy zakazu lotów nad Ukrainą. „Powtarzamy codziennie: zamknijcie niebo nad Ukrainą. Zamknijcie je dla wszystkich rosyjskich pocisków, dla rosyjskich samolotów bojowych, dla wszystkich ich terrorystów - mówił 6 marca w płomiennym przemówieniu Zełenski.

Tłumaczymy, na czym miałaby polegać strefa zakazu lotów, dlaczego Stany Zjednoczone i reszta Sojuszu Północnoatlantyckiego, w tym Polska, są temu przeciwne. Najpierw jednak:

krótka historia stref zakazu lotów

Krótka, bo no-fly zones to pomysł z samej końcówki XX wieku, choć mogłoby się wydawać, że istnieją, od kiedy jest lotnictwo i od kiedy są wojny. Były wprowadzane, by powstrzymać agresora od zadawania cierpień ludności cywilnej, jednak w praktyce nie ograniczyły się tylko do pilnowania, by żaden nieautoryzowany samolot nie pojawił się na danym terenie, ale wiązały się z większą operacją wojskową zachodnich aliantów.

Irak - zakaz wytchnieniem dla Kurdystanu

Po raz pierwszy strefy zakazu lotów wprowadzili alianci podczas 1. wojny w Zatoce w 1991 roku - pierwszą na północy kraju, by chronić prześladowanych przez Saddama (m.in. zbombardowanych bronią chemiczną) irackich Kurdów, drugą na południu, by z tego samego powodu chronić szyitów. Operacja nie miała mandatu Rady Bezpieczeństwa NZ, spowodowała duże straty cywilne - bo alianckie samoloty starały się też zniszczyć iracką obronę przeciwlotniczą – z drugiej jednak strony uspokoiła sytuację w Kurdystanie. Trwała aż do 2. wojny w Zatoce w 2003 roku i upadku Saddama Husajna.

Bośnia - od zakazu lotów do zmuszenia bośniackich Serbów do kapitulacji

W 1993 roku NATO uruchomiło nad Bośnią i Hercegowiną operację Deny Flight, wspartą rezolucją Rady Bezpieczeństwa. Miała ona przede wszystkim sparaliżować lotnictwo serbskich separatystów, a także utrudnić im komunikację pomiędzy okupowanymi regionami.

W 1994 roku nad Banja Luką Sojusz Północnoatlantycki zaangażował się w pierwszą walkę w swojej historii, zestrzeliwując cztery myśliwce J-21 Jastreb w barwach Republiki Serbskiej w Bośni.

O ile zakaz był skuteczny w przypadku samolotów, strony konfliktu generalnie nie przestrzegały go w przypadku helikopterów, które często lądowały na żądanie sił NATO, żeby potem kontynuować lot, kiedy samoloty Sojuszu odlatywały. W ciągu dwóch lat odbyło się więc 5,7 tys. takich lotów bez zezwolenia.

Sam zakaz lotów nie zmienił jednak biegu wojny ani nie ulżył znacząco ludności cywilnej w obleganych przez Serbów enklawach. W kwietniu 1994 roku ONZ rozszerzył mandat NATO na wsparcie sił pokojowych ONZ, potem zgodził się na interwencje w kontrolowanym przez Serbów obszarze powietrznym Chorwacji (gdzie NATO zbombardowało lotnisko w Udbinie). W odpowiedzi na ataki bośniaccy Serbowie zaczęli brać na zakładników żołnierzy UNPROFOR i traktować ich jako żywe tarcze - stało się tak i w Srebrenicy, co opóźniło interwencję NATO, któremu nie udało się zapobiec zajęciu przez bośniackich Serbów enklawy i zamordowaniu 7 tys. wziętych do niewoli mężczyzn. Między innymi po tym wydarzeniu ONZ dało NATO zielone światło do atakowania serbskich celów bez swojej uprzedniej zgody. Rozpoczęła się operacja Deliberate Force, która doprowadziła do sparaliżowania armii bośniackich Serbów i w konsekwencji do porozumień pokojowych z Dayton.

Libia - szerzej niż NATO

Strefę zakazu lotów wprowadzono tam za zgodą i na wezwanie ONZ podczas operacji militarnej NATO i sojuszników w 2011 roku, mającej położyć kres wojnie domowej. Jednocześnie jednak NATO aktywnie niszczyło libijskie cele na ziemi. Według Human Rights Watch podczas tej operacji zginęło około 70 osób cywilnych.

Jak widać strefy zakazu lotów w Iraku i Libii były uzupełnieniem aktywnej operacji wojskowej, która angażowała również cele na ziemi, przede wszystkim obronę przeciwlotniczą. W przypadku Bośni i Hercegowiny operacja NATO została z kolei rozszerzona, bo praktyczne skutki wprowadzenia no-fly zone były niewielkie. W każdym jednak przypadku siły wojsk sojuszniczych miały całkowitą przewagę nad przeciwnikiem - same ponosiły niewielkie straty, skutecznie niszczyły obronę przeciwlotniczą przeciwnika lub strącały jego samoloty.

Dlaczego nie będzie strefy nad Ukrainą

Tak nie byłoby w przypadku Ukrainy. Jak tłumaczy OKO.press Justyna Gotkowska z Ośrodka Studiów Wschodnich, „zakaz lotów nad Ukrainą zminimalizowałby ataki z powietrza na ukraińskie miasta, praktycznie sprowadzając działania Rosji do inwazji lądowej. Oznaczałoby to jednak de facto wciągnięcie Zachodu w konflikt z Rosją i jasne opowiedzenie się po stronie Ukrainy. Rosja ma rozbudowany system obrony powietrznej, duże zdolności rakietowe i lotnictwo bojowe. NATO musiałoby zestrzeliwać samoloty i pociski, a tak naprawdę również unieszkodliwić systemy obrony przeciwlotniczej także na terytorium Rosji i Białorusi. Byłaby to w praktyce wojna na dużą skalę, z wyłączeniem tylko sił lądowych i być może marynarki wojennej Sojuszu. Nie chcąc realizować takiego scenariusza Zachód jest po stronie Ukrainy, dostarcza jej broń i amunicję, ale nie włącza się aktywnie w konflikt.

Jak mówił „Gazecie Wyborczej" Robert Pszczel, były ambasador NATO w Rosji, wprowadzenie przez NATO strefy zakazu lotów byłoby obecnie nie do przeprowadzenia jeszcze z jednego powodu. „Samoloty NATO mogą być celem nie tylko ze strony rosyjskiej obrony przeciwlotniczej. Ukraina nie jest członkiem NATO, jej obrona przeciwlotnicza nie dysponuje natowskim systemem swój – obcy. W warunkach bojowych samoloty byłyby narażone na ogień rosyjski i ukraiński" - tłumaczy Pszczel.

Poza tym powstaje pytanie, czy sam zakaz lotów nad Ukrainą mógłby znacząco zmienić układ sił - analityków dziwi, że Rosja do tej pory używała swoich samolotów w mniejszym stopniu niż się spodziewano.

Jak pisze Justin Bronk z brytyjskiego Royal United Services Institute, rosyjskie lotnictwo może po prostu być niezdolne do skomplikowanej operacji militarnej. Rosja ma 300 nowoczesnych samolotów bojowych w Zachodnim i Południowym Okręgu Wojskowym, które bezpośrednio graniczą z Ukrainą. Jeśli nie używa ich w skali, która pozwoliłaby na uzyskanie przewagi powietrznej i wspomożenie w znacznym stopniu operacji lądowych, to przyczyna - konkluduje Bronk - może być tylko jedna: systemowa niezdolność.

Rosyjskie lotnictwo przeprowadzało na szeroką skalę naloty w Syrii w 2015 roku, ale zawsze w małych formacjach: pojedyncze samoloty, pary, okazjonalnie dwie pary. Tak też prowadzone są szkolenia. Tu akurat NATO, właśnie dzięki swoim operacjom w Iraku, Bośni, Jugosławii, Afganistanie, znów Iraku i Syrii, ma doświadczenie w operacjach powietrznych na szeroką skalę. A rosyjscy piloci wylatują tylko około 100 godzin rocznie - połowę tego, co piloci Sojuszu.

W konsekwencji, pisze Bronk, Ukraina wciąż dysponuje systemami obrony przeciwlotniczej, z którą w teorii rosyjskie bombowce powinny łatwo sobie poradzić. A ataki, którym strefa zakazu lotów mogłaby zapobiec - jak 6 marca na lotnisko w Winnicy - są przeprowadzane pociskami manewrującymi wystrzeliwanymi przez samoloty znajdujące się nad Morzem Czarnym. Takie pociski są z kolei bardzo drogie i Rosja również gospodaruje nimi w tej wojnie bardzo oszczędnie. Jak na razie nie było więc wielu hipotetycznych okazji do ich zestrzelenia.

Również Polska oficjalnie nie chce się zgodzić na strefę zakazu lotów: w rozmowie z TVN24 Paweł Soloch, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego powiedział, że wprowadzenie strefy zakazu lotów nad Ukrainą „oznaczałoby rozpoczęcie bezpośredniego konfliktu z Rosją". W piątek 4 marca Ukraina usłyszała to z ust sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga. A w sobotę 5 marca Władimir Putin podkreślił, że tak właśnie odebrałby wprowadzenie strefy zakazu lotów nad Ukrainą - jako włączenie się NATO do konfliktu. Na to jednak państwa Sojuszu nie są gotowe.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne