Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by Ebrahim HAMID / AFPPhoto by Ebrahim HAM...

W kwietniu 2026 minęły trzy lata od rozpoczęcia krwawej wojny w Sudanie pomiędzy siłami rządowymi a organizacją Rapid Support Forces. W dużej mierze zapomniany na świecie konflikt doprowadził do upadku państwa i największej obecnie katastrofy humanitarnej na świecie. Skąd wzięła się ta wojna? Dlaczego tak trudno ją zakończyć? Jak żyją dziś mieszkańcy Sudanu? Rozmawiamy o tym z Mohamedem Osmanem – Sudańczykiem, prawnikiem, specjalistą do spraw prawa międzynarodowego i researcherem Human Rights Watch.

Jakub Szymczak, OKO.press: W wywiadzie z 2023 roku dla Human Rights Watch powiedział pan, że w 2019 roku, kiedy obalono dyktatora Umara al-Baszira, Sudańczycy byli pełni nadziei na zmiany i sprawiedliwość. Co się stało, że nadzieje te nie zostały zrealizowane?

Mohamed Osman, Human Rights Watch: Sudan pod rządami al-Baszira, czyli przez trzy dekady, od 1989 do 2019 roku, był świadkiem wielu protestów, powstań i prób zmiany. Udało się dopiero w kwietniu 2019 roku. Mantra protestujących w tamtym czasie brzmiała: pokój, wolność i sprawiedliwość.

Stało się zupełnie coś innego. Doszło do sojuszu między dotychczasowymi elitami cywilnymi a przywódcami wojskowymi. Słyszeliśmy: „musimy się upewnić, że wszystko działa, że kraj jest stabilny, musimy to utrzymać, na resztę przyjdzie czas”. Dzisiaj widzimy, że opóźnianie sprawiedliwości nie sprzyja pokojowi.

Pokojowi aktywiści z lat 2018-2019 pomogli obalić reżim, ale nie pozwolono im uczestniczyć w podejmowaniu decyzji. Naszą nadzieję zdeptano, wykorzystali ją politycy krajowi i międzynarodowi. Wszystko skończyło się wraz z zamachem stanu w 2021 roku.

Dlaczego ówcześni aktywiści nie zbudowali siły politycznej?

Opozycja była zdecentralizowana i niedoświadczona. Mówiła: jesteśmy apolityczni. A to nieprawda – protest i zmiana systemu są polityczne do cna. Opozycjoniści byli też nękani i zastraszani. Niedawno opublikowaliśmy raport na temat zatrzymań aktywistów przez sudańską armię. Niezależne głosy są dla nowej władzy niewygodne.

Do tego doszło ograniczenie finansowania niezależnych grup przez administrację Trumpa. Dziś opozycja jest rozsiana po całym świecie: w Egipcie, Etiopii, Kenii, Ugandzie i Europie. To utrudnia komunikację i zaangażowanie.

Jak od rewolucji 2019 roku doszło do tragicznej dla Sudańczyków wojny?

Po rewolucji rządy przejęła rada przejściowa, współtworzona przez wojsko i siły cywilne. Dwa lata później w wyniku zamachu stanu władzę przejął generał Abdel Fattah al-Burhan. Do dziś to on de facto rządzi Sudanem, a przynajmniej tą częścią, którą kontroluje armia.

Zamach stanu wsparły Siły Szybkiego Reagowania (RSF). To organizacja militarna dowodzona przez Muhammada Hamdana Dagalo, najlepiej znanego jako Hemedti. Organizacja powstała oficjalnie w 2013 roku i już przed obecną wojną była oskarżana o zbrodnie w Darfurze.

Sojusz między armią i RSF nie przetrwał długo. Al-Burhan chciał, by RSF zostały zintegrowane z armią. W kwietniu 2023 roku RSF wypowiedziały armii wojnę. Kluczowe dla RSF wsparcie dostarczają Zjednoczone Emiraty Arabskie. Ale swoich sojuszników międzynarodowych ma też armia.

Problem polega dziś na tym, że nikomu nie się opłaca, by wojna się zakończyła.

Kogo masz konkretnie na myśli, mówiąc „nikomu”?

Sudan jest miejscem rozgrywki większych graczy. Armię wspierają na przykład Egipt, Turcja, Katar, do pewnego stopnia także Iran. Jednak ZEA więcej inwestują w RSF, dając nie tylko broń, ale też silnie angażując się dyplomatycznie.

Pomimo tego, że państwo i jego instytucje właściwie dziś nie istnieją, dalej można prowadzić interesy – w niektórych wypadkach to nawet łatwiejsze. Mamy liczne doniesienia o tym, że eksport złota z Sudanu dalej funkcjonuje. Dziś obie strony konfliktu nadal eksportują złoto do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nawet armia, która de facto z Emiratczykami walczy. Dla RSF to jedno z ważniejszych źródeł dochodu.

Przeczytaj także:

Czy armia lub RSF mają dziś jakieś poparcie wśród Sudańczyków, czy mają jakąś legitymację społeczną do prowadzenia wojny z drugą stroną? Czy to raczej krwawy spór o władzę?

RSF wywodzą się z arabskich społeczności w Darfurze. Na przestrzeni czasu miały poparcie różnych sił politycznych. Z kolei armia odziedziczyła aparat państwowy, wspierają ją różne milicje i inne siły. Sudańska armia ma rząd w Chartumie, RSF i sojusznicy w południowym Darfurze. Problem polega na tym, że żadna ze stron nie ma możliwości przeniesienia tego na popularny projekt polityczny. ONZ postrzega rząd w Chartumie jako legalnego przedstawiciela Sudańczyków.

Czy RSF zostaną z Sudańczykami na dłużej jako część rozwiązania pokojowego w przyszłości?

Trudno jest mi sobie wyobrazić pełną militarną porażkę RSF. A to byłoby konieczne, by siła ta zniknęła z politycznej sceny Sudanu. Armia wprawdzie posuwa się ostatnio do przodu, ale Sudan jest dziś podzielony między te dwie siły.

Czy może to prowadzić do dalszego rozczłonkowania kraju, jak w 2011 roku, gdy powstał Sudan Południowy, ostatecznie uznany przez ONZ?

Istnieje takie ryzyko. Ale z drugiej strony możemy też spojrzeć na przykład Libii. Tam kraj również podzielony jest pomiędzy dwie wrogie siły. Tylko że mało kto o tym na świecie pamięta, nie mówiąc już o międzynarodowym uznaniu podziału. Niejasna sytuacja może więc przedłużać się także w Sudanie, jeśli strefy interesów zostaną podzielone. Faktyczny pokój może nastąpić, gdy prowadzenie wojny przestanie się opłacać, szczególnie Emiratczykom. Dziś do takiej sytuacji daleko.

Na chaosie najbardziej cierpią mieszkańcy Sudanu. Jak dziś wygląda sytuacja humanitarna w kraju?

Nie ma wątpliwości, że jest to najpoważniejszy kryzys humanitarny na świecie. Możemy wspomnieć o liczbach, ale ważne jest, by nie zapominać, że stoją za nimi ludzie. Możemy wspomnieć o tym, że na początku wojny 19 mln dzieci nie miało dostępu do edukacji, a w styczniu tego roku otwarte było jedynie dwie trzecie szkół. Tymczasem mamy do czynienia z krajem, gdzie mieszka około 50 mln osób. Już teraz całe pokolenie właściwie traci szansę na awans społeczny, na poprawę swojej sytuacji, na dobre życie. Uczniowie na terenach kontrolowanych przez RSF nie mają dostępu do państwowych egzaminów.

Wojna ma fatalny wpływ na prawa kobiet.

To nie tylko powszechna przemoc seksualna i przymusowe małżeństwa, ale też utrata żmudnie wywalczonej niezależności ekonomicznej wśród części kobiet.

To też niewyobrażalna skala przesiedleń. Od 2023 roku mamy przynajmniej ponad 6 mln wewnętrznie przesiedlonych i około 4,5 mln uchodźców w sąsiednich krajach.

Widziałem obozy dla sudańskich uchodźców w Czadzie, Sudanie Południowym, czy Ugandzie. Wsparcie finansowe dla uchodźców jest zbyt małe. Setki tysięcy ludzi musi przeżyć przy najniższym możliwym wsparciu. Dodatkowo to w dużej mierze społeczności rolnicze, którym trudno dostosować się do nowej sytuacji. To wielopiętrowy dramat.

Dlaczego, skoro mamy do czynienia z największym kryzysem humanitarnym na świecie, widzimy jednocześnie problem z finansowaniem pomocy dla uchodźców?

O jednym z problemów już mówiłem – to obcięcie finansowania przez rząd Trumpa wielu potrzebnym organizacjom, np. agencjom ONZ. Podejmowane są działania, by te dziury w finansowaniu zasypać. W połowie kwietnia na konferencji w Berlinie kilka krajów, w tym Niemcy i Francja, zobowiązało się do przeznaczenia na pomoc humanitarną w Sudanie 1,5 mld euro. Ale potrzeby na ten rok na razie zostały sfinansowane jedynie w 16 proc.

Dodatkowo konflikt w Sudanie ma miejsce w tym samym czasie, co wojna w Ukrainie czy w Gazie. A to przekierowuje uwagę na inne miejsca, o Sudanie się zapomina.

Dlaczego świat z uwagą śledzi wojny w Ukrainie czy w Gazie, a od Sudanu odwraca wzrok?

Gdy wojna się zaczęła, często słyszałem reakcje: „to tylko kolejna afrykańska wojna domowa, czarni zabijają czarnych, nic nowego”. Takie podejście do Sudanu znacznie opóźniło reakcję międzynarodową. W Ukrainie misja rozpoznawcza ONZ ruszyła w ciągu dwóch tygodni, w Sudanie zajęło to pół roku. Problem polega też na tym, że Zjednoczone Emiraty Arabskie, patron RSF, są ważnym partnerem politycznym i strategicznym dla wielu krajów zachodnich.

Od początku staraliśmy się tłumaczyć: to nie jest zwykła wojna domowa, w której jedni Sudańczycy zabijają drugich. To wojna pomiędzy dwoma armiami wspieranymi przez regionalnych i międzynarodowych graczy. To wydarzenie globalne, które ma znaczenie dla całego świata.

Czy myślenie o Afryce i życiu Afrykańczyków jako o czymś odległym i nieważnym ma szansę się zmienić?

Wierzę, że zmienia się już teraz. Pod koniec lutego powstała nowa koalicja na rzecz zapobiegania okrucieństwom, są w niej Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Irlandia, Holandia i Norwegia. To pierwsza tego rodzaju inicjatywa dla Sudanu. Oczywiście potrzebowaliśmy tego rodzaju inicjatyw od początku. Przeszliśmy długą drogę. Na początku nasze ostrzeżenia dotyczące zaangażowania ZEA spotykały się z lekceważeniem. Dziś mamy wystarczająco dużo dowodów, że to właśnie Emiratczycy wspierają RSF bronią i dyplomacją. Niemniej potrzebne są działania: nie wystarczy oświadczenie ze strony UE, że potępia walczące strony. Konieczne jest zwiększenie kosztu prowadzenia wojny.

Zdecydowanie odczuwam dziś zmianę narracji i widzę zaangażowanie nowych aktorów. Czuć to było choćby na niedawnej konferencji w Berlinie. Chcielibyśmy zaangażowania większej liczby krajów, choćby Polski, Szwecji, czy krajów Ameryki Północnej.

Co może zrobić UE, by pomóc doprowadzić do pokoju w Sudanie?

Dołączyć do wspomnianej koalicji jako instytucja. Narzucić embargo na handel bronią, by ograniczyć stronom możliwość prowadzenia wojny. Ściśle współpracować z sudańskimi grupami obywatelskimi wokół wprowadzania sankcji. I wspierać te grupy. To się do pewnego stopnia dzieje.

Specjalny wysłannik UE ds. Rogu Afryki, który obejmuje Sudan, przewodził inicjatywie ochrony infrastruktury. Ale to za mało – dziś nie ma dobrych narzędzi, by w Sudanie chronić cywilów.

Bardzo potrzebna jest solidarność społeczności międzynarodowej, która może przerodzić się w nacisk na rządy. Musi zmienić się sposób myślenia ludzi w Polsce, w Niemczech, w całej Europie. Konieczna jest świadomość tego, co się dzieje, roli ZEA i innych międzynarodowych graczy. Musimy uświadomić sobie, że w Sudanie żyją i giną ludzie tacy sami jak my. Bez tego nie będzie nacisku na tych, którzy na tej wojnie zyskują. A bez tego z kolei wojna będzie trwała lub przynajmniej się tliła. Zmiany mogą potrwać, ale muszą zacząć się teraz.

W październiku 2025 roku RSF dokonały masakry na mieszkańcach miasta al-Faszir w zachodniej części Sudanu. Co dziś wiemy o tych wydarzeniach?

Niedługo opublikujemy obszerny raport na temat wydarzeń w Al-Faszir. Stworzyliśmy go na podstawie rozmów z ocalałymi, którzy trafili do wschodniego Czadu. Publikowaliśmy już artykuły o wstępnych ustaleniach.

Przede wszystkim w al-Faszir mieliśmy do czynienia z 18-miesięcznym oblężeniem miasta przez RSF. Rozmawialiśmy ze wszystkimi najważniejszymi aktorami międzynarodowymi. Ostrzegaliśmy, że atak na miasto nastąpi, a wraz z nim masowe zbrodnie. I dokładnie tak się stało. Wiemy na pewno, że doszło do przerażającej masakry. W ciągu dwóch-trzech dni żołnierze RSF chodzili od domu do domu i mordowali mieszkańców. Zginęło przynajmniej kilka tysięcy osób, najpewniej liczby są większe. Wiemy o powszechnej przemocy seksualnej, o zaginionych osobach. Nie wiemy, co na miejscu dzieje się dziś. Bo z al-Faszir nie ma kontaktu.

Niestety nie stało się prawie nic, by temu zapobiec, choć wszyscy wiedzieli, czym może się to skończyć. W tym sensie przypomina mi to wydarzenia z Srebrenicy.

Co powinno było się wydarzyć, by zapobiec masakrze?

Podstawowa rzecz: przywódcy podnoszą telefon, dzwonią do przedstawicieli ZEA i mówią: powstrzymajcie ich, albo będą poważne konsekwencje: dyplomatyczne, polityczne, gospodarcze.

Kontakt z wieloma miejscami w Sudanie jest utrudniony, ale wiemy, że sytuacja często jest tragiczna. Odbity przez armię Chartum – największe miasto kraju – jest zniszczony. Co możemy dziś powiedzieć o życiu codziennym mieszkańców Sudanu w czasach wojny?

Moja rodzina wciąż mieszka w Chartumie. Byli przesiedlani, stracili dużą część dobytku. Sam straciłem wielu bliskich, również członków rodziny. Nie tylko z powodu walk, ale też z powodu wpływu konfliktu na życie Sudańczyków – choćby załamania się ochrony zdrowia. Ludzie żyją w ciągłej niepewności co do tego, co dalej. A tożsamość samego miasta została zniszczona, to nie będzie już to samo miejsce.

Chartum jest pod kontrolą rządu, ale do ataków dochodzi dalej. RSF uderzają za pomocą dronów w cywilną infrastrukturę: stacje energetyczne, wodne, szpitale. Ale rząd robi podobnie: atakuje tego rodzaju cele na terenach kontrolowanych przez RSF. Ta wojna zniszczyła znaczenie słowa „cywil”. Każdy jest celem. Jeśli mieszkasz na terenie kontrolowanym przez RSF i próbujesz przedostać się na tereny rządowe, jesteś podejrzany, może jesteś współpracownikiem? Działa to w obie strony. Do tego stopnia, że mówi się, że najbezpieczniejsza praca w Sudanie dziś to być bojownikiem. Łatwiej w ten sposób uniknąć niespodziewanych uderzeń. Cywile nigdy nie wiedzą, co może się stać. Głównymi ofiarami tej wojny są właśnie cywile. Musimy zrobić wszystko, by zatrzymać tę wojnę, i stopniowo odbudować kraj i życie jego mieszkańców. Sudan nie jest dziś w stanie zrobić tego sam.

Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze