Raport Carbon Tracker oszacował ryzyko finansowe inwestycji w nowe moce węglowe. Główny wniosek: rządy i inwestorzy mogą nigdy nie odzyskać zainwestowanych pieniędzy i powinni jak najszybciej wycofać się z węgla i wejść w odnawialne źródła energii

W roku 1912 nowozelandzka gazeta „The Rodney and Otamatea Times” zamieściła w dziale naukowym krótką notatkę. „W piecach świata palą się teraz około 2 mld ton węgla rocznie. Gdy spalany węgiel łączy się z tlenem, do atmosfery napływa 7 mld ton dwutlenku węgla rocznie. Sprawia to, że powietrze okrywa Ziemię jak koc i zwiększa jej temperaturę. W ciągu kilku wieków efekt ten może osiągnąć znaczną skalę”.*

Nieznany nam autor notatki oraz redaktor strony wykazali się przenikliwością, której próżno szukać u niejednego pracownika mediów XXI wieku, gdy cała wiedza klimatologiczna jest w zasięgu kilku kliknięć myszką.

Na początku zeszłego stulecia klimatologia była w zasadzie w powijakach. Słynny artykuł szwedzkiego chemika i fizyka Svante Arrheniusa o czułości klimatu na zmiany koncentracji CO2 w atmosferze ukazał się zaledwie 16 lat wcześniej. W czasach prasy i wciąż młodego radia była to bardzo świeża nauka.

Tymczasem mamy rok 2020. Przewidywania z notatki sprawdziły się dużo szybciej – na nasze nieszczęście. Spalanie paliw kopalnych – przede wszystkim węgla – doprowadziło już do wzrostu temperatury Ziemi o ok. 1,1°C względem czasów sprzed epoki przemysłowej.

W roku 2018 światowa gospodarka spaliła ok. 5,5 mld ton węgla kamiennego i brunatnego. Emisje wyniosły ponad 10.1 mld ton CO2 (dane Międzynarodowej Agencji Energetycznej, IEA).

Niestety, nowe inwestycje w opalane węglem elektrownie wciąż powstają na dużą skalę. Na całym świecie – przede wszystkim w Azji – planuje się lub już się buduje 499 GW nowych mocy węglowych, które spowalniają starania o zmniejszenie emisji CO2 – warunek konieczny do ograniczenia wzrostu temperatury.

Ograniczenie globalnego ocieplenia do 1,5°C będzie wymagało zmniejszenia globalnego zużycia węgla do produkcji energii elektrycznej o 80 proc. do roku 2030 w porównaniu z rokiem 2010. Tyle teoria – świat nie jest w żadnym razie na ścieżce prowadzącej do tak znacznej obniżki generacji prądu z węgla.

Przy obecnej wielkości światowych emisji tzw. dopuszczalny budżet węglowy – ilość węgla, ropy i gazu, jakie możemy spalić zanim ograniczenie wzrostu temperatury do 1,5°C stanie się niemożliwe do osiągnięcia – wyczerpie się w zaledwie 8 lat.

Te pieniądze się nie zwrócą nigdy

Inwestycje w węgiel przedstawiają też problem dla rządów i inwestorów wykładających na nie pieniądze. Łącznie będą one kosztować 638 miliardów dolarów. To dane z najnowszego raportu organizacji Carbon Tracker.

Raport oszacował ryzyko finansowe inwestycji w nowe moce węglowe. Główny wniosek: rządy i inwestorzy mogą nigdy nie odzyskać zainwestowanych pieniędzy i powinni jak najszybciej wycofać się z węgla i wejść w odnawialne źródła energii.

W UE węgiel jest bliski całkowitej eliminacji z rynku w wyniku wysokich cen uprawnień do emisji CO2 i wieloletnich inwestycji w energię odnawialną. Inne regiony świata nie są daleko w tyle: USA mają bardzo konkurencyjne źródła OZE, Chiny – niskie koszty kapitałowe, a polityka Indii preferuje źródła najtańsze.

W tyle pozostają kraje Azji Południowo-Wschodniej, bo niedojrzałe rynki energii utrudniają przyciągnięcie międzynarodowego kapitału, a rządy Chin, Japonii i Korei Południowej nadal wspierają inwestycje w energetykę węglową.

100 GW w Chinach

Najwięcej nowych mocy węglowych powstaje obecnie w Chinach, gdzie w budowie znajduje się 100 GW, a w planach kolejne 106 GW. Koszt – ok. 158 mld dolarów. W Azji Południowo-Wschodniej planuje się lub buduje 78 GW nowy mocy węglowych kosztem 124 mld USD.

Następne są Indie, gdzie kosztem 80 mld dolarów buduje się 37 GW elektrowni węglowych, a w planach jest 29 GW.

W Unii Europejskiej buduje się bądź planuje 7,6 GW mocy węglowych. Mają kosztować 16 mld dolarów.

Wyjątkiem są USA, gdzie nie planowane są żadne nowe inwestycje węglowe.

„Elektrownie węglowe zazwyczaj potrzebują od 15 do 20 lat pracy, aby pokryć koszty budowy. Malejące koszty energii wiatrowej i słonecznej oraz inwestycje niezbędne do spełnienia obowiązujących przepisów dotyczących emisji dwutlenku węgla i zanieczyszczenia powietrza oznaczają, że na żadnym z głównych rynków węgiel nie jest najtańszym źródłem energii” – czytamy w raporcie.

Autorzy raportu twierdzą, że ponad 60 proc. światowych elektrowni węglowych wytwarza energię elektryczną po wyższych kosztach, niż byłoby to możliwe dzięki budowie nowych źródeł odnawialnych.

Najpóźniej do 2030 r. budowa nowych elektrowni wiatrowych lub słonecznych będzie tańsza niż dalsza eksploatacja węgla na wszystkich rynkach.

„Odnawialne źródła energii wygrywają konkurencję cenową na całym świecie. Proponowane inwestycje w węgiel mogą stać się [tzw.] osieroconymi aktywami [stranded assets], które mogą utrwalić zależność od węgla na dziesięciolecia. Rynek napędza zmiany w stronę energii niskoemisyjnej, ale rządy nie słuchają. Z ekonomicznego punktu widzenia najwłaściwsze będzie, aby rządy natychmiast anulowały nowe projekty węglowe i stopniowo zamykały istniejące elektrownie” – mów Matt Gray z Carbon Trackera, współautor raportu.

Potrzebny stabilizator. Gaz i atom?

Optymizm Graya należy jednak nieco stonować. Odnawialne źródła energii nie działają bez stabilizacji. Nie zawsze świeci słońce ani wieje wiatr, a gospodarki potrzebują energii elektrycznej przez cały czas.

Dotychczasowe doświadczenia krajów mocno inwestujących w odnawialne źródła energii pokazują, że rolę stabilizatora pełnią moce gazowe. Gaz jest niewątpliwie mniej emisyjnym źródłem energii niż węgiel, niemniej skrajnie napięty budżet węglowy wymaga jak najszybszej rezygnacji z wszelkich paliw kopalnych, ponieważ teoretycznie możliwa gospodarka oparta w 100 proc. na odnawialnych źródłach energii nie powstanie na tyle szybko, by uratować świat przed katastrofalnym przyspieszeniem wzrostu temperatury. Lub nie powstanie w ogóle.

„W dyskusji o roli poszczególnych źródeł energii i kształtowaniu miksu w skali globalnej należy pamiętać o jednym istotnym czynniku: koszt energii z danego źródła – a co za tym idzie wzajemna konkurencyjność różnych źródeł – nie jest jakąś stałą fizyczną. Zależy bardzo silnie od wielu czynników lokalnych. Są wśród nich zarówno kwestie, na które człowiek wpływu nie ma, np. geografia – dostępność złóż, lub nasłonecznienie, jak i kwestie wprost wynikające z polityki energetycznej” – mówi OKO Press Adam Rajewski z Instytutu Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej.

„Wśród tych ostatnich należy wskazać przede wszystkim kształt rynku energii, regulacje w zakresie ochrony środowiska oraz różnorodne mechanizmy wsparcia dla określonych technologii, rozumiane zarówno jako mechanizmy gwarantowania wyższych cen, jak i – często mniej zauważane – gwarancje odbioru czy zwolnienia z obowiązku świadczenia usług regulacyjnych. To właśnie z uwagi na kombinację tych czynników w wielu regionach świata opłaca się wciąż inwestować w technologie o wyższych kosztach stałych, ale długożyciowe – takie, jak elektrownie jądrowe, czy wodne, ale także węglowe – a w innych nie” – wyjaśnia Rajewski.

W Polsce blisko zmierzchu węgla

W Polsce – podobnie jak w całej UE – węgiel przechodzi do historii, choć niespiesznie. Tauron skończy jeszcze budowę opalanej węglem kamiennym elektrowni w Jaworznie o mocy zainstalowanej 910 MW.

Ale już flagowa inwestycja energetyczna poprzedniego rządu PiS – Elektrownia Ostrołęka spółek Energa i Enea – nie powstanie ze względu na wysokie – i mające rosnąć – koszty emisji CO2. Rozważane przez PGE uruchomienie złoża w Złoczewie na potrzeby Elektrowni Bełchatów najprawdopodobniej nie dojdzie do skutku. A spalanie węgla ogółem spada. „W tym lub następnym roku zużycie węgla spadnie do poziomu, jaki – według rządowych prognoz do projektu polityki energetycznej państwa – mieliśmy osiągnąć dopiero w 2030 roku” – pisaliśmy niedawno.

*Tłumaczenie notatki Paweł Dembowski

OKO pisze o polskiej gospodarce.
Wesprzesz nasze finanse?

Stały współpracownik OKO.press oraz różnych mediów anglojęzycznych, m. in. Politico Europe. Pisze głównie na tematy związane z kryzysem klimatycznym, energią i ochroną środowiska. Twitter: https://twitter.com/WojciechKosc


Komentarze

  1. Grzegorz Graff

    Jest to temat o globalnej hipokryzji. Niedawno w Niemczech odbywały się głośne (ale nie nagłaśniane u nas) protesty dot. jednej dużej firmy, która na rodzimym podwórku jest OK, ale inwestuje w Australii, buduje sieć kolejową do transportu taniego węgla prosto na statki chińskie, indyjskie itp. Autor sugeruje, że atom nam pomoże. A gdzie składować odpady? Komu je podrzucać? Likwidacja starej elektrowni atomowej trwa minimum 10 lat, napromieniowany beton, trzeba gdzieś przewieźć i zabezpieczyć na około 10 tys. lat, nie da się go przetworzyć. Co pozwoli ludziom przetwać w miarę niezmienionym kształcie cywilizacyjnym? To filozofia wielkiego globalnego spowolnienia. Ale z tym będzie ciężko.

    • Leszek Karlik

      Skąd koncepcja "wywożenia napromieniowanego betonu" i "przechowywania go na 10 tysięcy lat"? Z jakiego źródła pochodzi ta wiedza?

      Promieniotwórczość jest jak bateria: jeżeli coś jest mocnym źródłem promieniowania, to szybko przestaje promieniować. Jeżeli coś jest aktywne przez 10 tysięcy lat, to promieniuje bardzo słabo.

      Beton w ścianach naszych wieżowców jest radioaktywny. Granit jest radioaktywny. Są plaże w Brazylii, które są tak radioaktywne, że pracownicy elektrowni jądrowych nie mogliby na nich pracować, ale turystów jest tam pełno.

      Ludzie boją się promieniowania, które jest zjawiskiem naturalnym (do tego stopnia, że w skorupie ziemskiej powstawały naturalne reaktory jądrowe działające dziesiątki tysięcy lat), a nie boją się wzrostu stężenia gazów cieplarnianych z szybkością niespotykaną kiedykolwiek w historii planety, to najlepiej pokazuje, jak słabo jako gatunkowi idzie nam identyfikacja ryzyka.

      PS. Jakoś nigdy nie widziałem pikiety przeciwników elektrowni jądrowych pod szpitalem onkologicznym, a przecież radiomedycyna produkuje mnóstwo odpadów radioaktywnych. Ciekawe dlaczego nie protestują.

  2. Roman Mus

    Jakiś czas temu, po roku 2000 czytałem notatkę w "Wiedzy i życiu" lub "Młodym techniku", że, jeśli dobrze pamiętam, w RPA naukowcy wyprodukowali panele słoneczne działające mimo zachmurzeń. Ale jakoś cicho o tym.
    Problem jednorazowej niedużej ekspozycji na promieniowanie nie przynosi ekstra nieszczęść, ale stałe jest zabójcze. Miejsca, gdzie one występują w naturze są martwe. Na razie badana na nas nie mogą przynieść jednoznacznych wyników, bo występują od niedawna i żyją jeszcze ci co nie doświadczyli ich w całym swoim życiu. Poza tym ciągle zmienia się siła, ilość i powszechność tych zagrożeń. I w tym jest największy problem, że wmawia się różne bzdury bez pokrycia z pełną świadomością zysków dla producenta, a reszta niech martwi się sama.

    • Leszek Karlik

      Rejony w których jest wysoki naturalny poziom promieniowania nie są martwe, życie ma się tam świetnie.

      Podobnie w Czarnobylu, jest tam aktualnie rezerwat dzikiej przyrody, ludzie są dla zwierząt i roślin dużo groźniejsi od promieniowania.

      No i centrum Hiroszimy i Nagasaki to kwitnące miasta a nie radioaktywne pustynie.

      To było niecałe 75 lat temu a nie 10000 lat temu.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press