0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Marta Lasek / Agencja Wyborcza.plMarta Lasek / Agencj...

Bywają takie chwile, gdy naprawdę identyfikuję się z Ferdynandem Kiepskim. Podejrzewam, że mało kto potrafi równie celnie wyrazić nastroje, które dopadają każdego z nas, jak ten znakomity filozof życia codziennego - no, może ewentualnie Adaś Miauczyński z „Dnia Świra”. Słynny bon mot „W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem” zapewne co najmniej raz w życiu wypowiedział mój przeciętny rówieśnik-absolwent (pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywaliśmy w niewątpliwie kiepskim momencie na rynku pracy), a marzenie o tym, „by się nie narobić, a zarobić” być może wielu na co dzień rzetelnych i ambitnych ludzi pielęgnuje w skrytości ducha, choć nie bardzo wypada im przyznawać się do tego na głos.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to nowy cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Dzisiaj ostatecznie żegnamy się z Ferdynandem i resztą bohaterów „Świata według Kiepskich”, Polsat ogłosił bowiem koniec produkcji serialu, jednego z najdłużej emitowanych w historii polskiej telewizji. Decyzja ta pozostawała kwestią czasu - „Kiepskich” produkowano od roku 1999, znaczna część pierwotnej obsady już zmarła (Krystyna Feldman - Babcia, Bohdan Smoleń grający Listonosza, Dariusz Gnatowski - Boczek i Ryszard Kotys, czyli Paździoch), a w przypadku komedii opartej na tak wyrazistych kreacjach i osobowościach trudno byłoby je zastąpić.

Kurcząca się oryginalna obsada sprawiała, że „Kiepscy” cieszyli się już niższą oglądalnością, a widzowie przyznawali, że nowe odcinki nie mogą równać się z dawniejszymi.

O zakończenie apelował też Janusz Sadza, jeden z pomysłodawców serialu. Przez ponad dwie dekady nadawania sitcom miał swoje górki i dołki, zdarzały się odcinki znakomite i mieniące się celnym humorem, ale i takie zbliżone poziomem do słabego kabaretu, na pewno jednak trzeba oddać mu wielką sprawiedliwość: pomagał przejść przez niełatwe czasy i oswajać problemy przez śmiech, właśnie tak, jak spodziewamy się po dobrej komedii.

Sadza wraz z Aleksandrem Sobiszewskim, Igorem Nurczyńskim i Romanem Regą w latach 90. tworzyli grupę Mader Faker studio, słynącą z krótkich metraży w raczej sztubackim stylu. To nie wróżyło dobrze potencjalnym większym realizacjom. Udało im się jednak trafić na świetnych współpracowników - na czele z reżyserem Okiłem Khamidovem i scenarzystą Piotrem Ibrahimem Kalwasem, oraz dobrać wyjątkowo trafioną obsadę aktorską. Wspólnie wytworzyli twórczą chemię, z której powstał celny komizm na ciężkie czasy - bo choć serialowi bohaterowie żyli w wyjątkowo złych warunkach (Janusz Sadza mówił w jednym z wywiadów, że na pomysł na sitcom wpadł, gdy mieszkał na wrocławskim „Trójkącie Bermudzkim”, czyli w okolicy cieszącej się ponurą sławą, o której Lech Janerka śpiewał „strzeż się tych miejsc”), to na przełomie tysiącleci, w czasach wysokiego bezrobocia i powszechnej biedy, większość Polaków i Polek po prostu cienko przędła.

Przeczytaj także:

Jednocześnie ówczesne kino, tak samo niedofinansowane, chętnie ubierało te smutne realia w baśń w stylu realizmu magicznego albo w sztafaż niskobudżetowego kina autorskiego, a telewizja albo produkowała interwencyjne dokumenty z życia wzięte, albo zajmowała się tym, w czym jest najlepsza, czyli sprzedawaniem marzeń i aspiracji. Tym, czego brakowało w tym kiepskim świecie, była odrobina śmiechu (nawet jeśli był to śmiech przez łzy albo odwrotnie, rubaszny i klozetowy), i to właśnie udało się stworzyć w mikrokosmosie pewnej wrocławskiej kamienicy.

Nie chodziło bynajmniej o to, żeby widz mógł poczuć się lepiej cudzym kosztem i zobaczyć, że sam nie ma aż tak fatalnie, bo przecież zawsze może mieć jak u Kiepskich.

Z początku niektórzy krytycy odbierali produkcję właśnie albo jako mało wyrafinowaną propozycję schlebiającą najmniej wyszukanym gustom albo jako nabijanie się ze stereotypowego biedniejszego. Wkrótce po tym, jak serial trafił na ekrany, początkowo budził zmieszanie co bardziej wyrafinowanych ekspertów i komentatorów, którzy odbierali go zupełnie dosłownie.

„Kiepscy to jawna pochwala matolstwa oraz nobilitacja nieudacznictwa i bylejakości, utrwalająca przekonanie — wcale nie tak obce rzeszom telewidzów — iż w obecnej rzeczywistości nic się udać nie może, każda inicjatywa z góry skazana jest na porażkę, więc lepiej wy brać wegetację na marginesie życia z butelką kiepskiego piwa w dłoni”, zżymał się w 2001 roku Zdzisław Pietrasik na łamach „Polityki”.

Z perspektywy czasu trzeba przyznać, że krytycy byli jednak w błędzie, a słuszność mieli widzowie, gdyż w przypadku „Kiepskich” zaszła prawidłowość opisana dawno temu przez Stanisława Barańczaka w jego notatkach na temat telewizji czasów PRL. Zauważył on, że publiczność nie lubi, gdy traktuje się ją jak przedszkolaki do wychowania, wyczuwa dydaktyczny smrodek i ignoruje takie propozycje, chętnie natomiast wybiera produkcje, których autorzy szanują odbiorcę i jego własny rozum oraz kompetencje poznawcze.

To, zdaniem Barańczaka, stało za uniwersalną, ogólnopolską popularnością polskich komedii i kabaretów ze Starszymi Panami na czele - założenie, że widz wie, kiedy puszcza się do niego oko i kiedy może „odmrugać”. Podobne obserwacje można zastosować do najlepszych odcinków „Świata według Kiepskich”, w których za rubasznym humorem kryją się obserwacje na temat rzeczywistości.

Tytuł serialu miał kojarzyć się celowo z szalenie popularnym wówczas w Polsce amerykańskim sitcomem „Świat według Bundych”, emitowanym na antenie Polsatu. Formuła również była nieco podobna, bo przygotowana według sprawdzonych wzorców. Oto rodzinka na pierwszy rzut oka nieudaczników (przynajmniej według ówczesnych standardów - dzisiaj pewnie niejeden zazdrości Alowi i spółce przytulnego domku z salonem, nudnej, ale stabilnej pracy i luksusu ponudzenia się na kanapie!), malkontentów i pechowców pakujących się w rozmaite życiowe perypetie, ale mimo to swojskich, dających się lubić i mimo ciągłych wzajemnych zgryźliwości - pomagających sobie nawzajem.

To przesłanie, które - jak sądzę - wielu z nas ceni sobie w filmowych opowieściach: może jesteśmy niedoskonali, mamy swoje wady, czasami postępujemy głupio, ale koniec końców nie jest z nami aż tak źle.

Ludowy filozof i wieczny kombinator Ferdek, poczciwina Boczek podkradający papier toaletowy ze wspólnej łazienki, zawistnik i pieniacz Paździoch, jedyna ostoja rozsądku Halinka mają pozornie stereotypowe negatywne cechy, znane z wielu innych satyrycznych produkcji piętnujących typowo polskie wady, ale są w tym ludzcy i - jak śpiewa w czołówce serialu zespół Big Cyc - „choć problemy są kosmiczne, jest tu całkiem sympatycznie”.

W najzabawniejszych momentach serial może przywodzić na myśl klimat filmów Kondratiuka czy prozy Himilsbacha, gdzie dosadność i przyziemne podejście do życia spotyka się z melancholią i absurdalną fantazją.

Śmierć, przedstawiająca się swojskim imieniem Gienia, dołącza do rodziny, za sprawą szczęśliwego losu znalezionego w margarynie babcia Kiepska leci w kosmos, Ferdynand dzięki tajemniczej miksturze zyskuje dostęp do całej pamięci historycznej Polski, co oczywiście szybko kapitalizuje, zakładając gawędziarski biznes.

Janusz Sadza w jednym z wywiadów przyznał, że znaczna część dialogów z serialu, w tym słynnych powiedzonek Ferdynanda, została zainspirowana przez rozmowy podsłuchane w sąsiedztwie. To uważne ucho scenarzysty było na pewno jednym z kluczy do sukcesu, bo najlepsza synergia powstaje wtedy, gdy dialogi filmowe przechodzą do mowy potocznej - i odwrotnie. „A zasadził panu kiedyś ktoś kopa w coś?”, „Gdybym wiedział, że pan będziesz tu mieszkał, to ja bym tu nigdy nie zamieszkał”, „Mnie wszystko wisi luźnym kalafiorem”, „Każdy ma swoje kurakao” - wszystko to frazy z potocznego obiegu, które serial unieśmiertelnia, odkrywa na nowo albo remiksuje. Bawią trochę na zasadzie preferencji inżyniera Mamonia, dlatego, że zapewne wielu z nas znało osobiście niejednego takiego podwórkowego filozofa i jego krasomówcze zdolności, ale nie tylko.

Przypominają się bowiem obserwacje znakomitego polskiego etnologa Jacka Olędzkiego, który spędził wiele lat w nadwiślańskiej wsi Murzynowo, uważnie studiując zwyczaje rybackiej osady i normy społeczne w niej obowiązujące. Ideałem wśród sąsiadów była postawa człowieka statecznego, czyli spokojnego i samodzielnego zarazem, co wyrażało się w powiedzeniach - zarazem niecenzuralnych i wnikliwych, jak na przykład „niech pan nie sra żarem”: „to zwięzła przestroga i zarazem najdosadniej wyrażana w murzynowskim środowisku dyrektywa osób statecznych. Jest odpowiednikiem starożytnej maksymy festina lente”, notował Olędzki, dodając przy tym inne miejscowe powiedzenie: „komar z drzewa spadnie i jeszcze odpocznie”.

To taki zwyczajny, krzepiący stoicyzm, który pozwala jakoś radzić sobie z życiem.

W miarę trwania serialu, Ferdynand Kiepski ewoluował coraz bardziej od drobnego cwaniaczka w stronę prawdziwego myśliciela. Ten sam element serialu utrwalają liczne memy z bohaterami „Kiepskich”, których wiele krąży nadal po internecie i na pewno będzie nadal krążyć, gdyż klasyczne odcinki z pewnością pozostaną wspominane i oglądane.

Zgodnie z wielowiekowymi tradycjami komedii groteskowej i sowizdrzalskiej, to plebejski dowcipniś okazuje się jedynym rozsądnym i swoimi często niewybrednymi żartami pokazuje, że tak naprawdę to wszystko dookoła stanęło na głowie i czasem jedyną rozsądną strategią jest usiąść na kanapie i otworzyć sobie Mocnego Fulla.

;
Olga Drenda

Pisarka, dziennikarka, tłumaczka. Autorka książek „Duchologia polska", „Wyroby" (Nagroda Literacka Gdynia 2018), „Czyje jest nasze życie" (z Bartłomiejem Dobroczyńskim), „Książka o miłości" (z Małgorzatą Halber). Prowadzi stronę facebook.com/duchologia

Komentarze