Zdesperowani lekarze podejmą na jesieni akcję protestacyjną. Ma polegać na tym, by maksymalnie ograniczyli oni swój czas pracy, do wymaganego w Kodeksie pracy. Dziś - m.in. z powodu braku lekarzy - ponad połowa medyków w Polsce jest na usługach dwóch, trzech, a nawet więcej pracodawców. Akcja może spowodować zapaść całego systemu

Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy wezwał lekarzy do rezygnacji z nadgodzin od października. „To dramatyczna decyzja, która może czasowo odbić się na chorych” – mówi dr Bartosz Fiałek, przewodniczący Regionu Kujawsko-Pomorskiego OZZL. – „Niestety, z doświadczenia wiemy, że tylko i wyłącznie rozwiązania siłowe mogą przynieść oczekiwany skutek” – dodaje lekarz.

Związek apeluje, by od 1 października 2019 zrezygnowali ze wszystkich dodatkowych zajęć, ograniczając się wyłącznie do jednego, podstawowego miejsca pracy. Ci zaś spośród lekarzy, którzy pracują tylko w jednym miejscu, ale za to podpisali klauzulę opt-out umożliwiającą im branie dodatkowych dyżurów i pracę w wymiarze aż do 78 godz. tygodniowo, namawiani są przez Związek, by wypowiedzieli klauzulę i ograniczyli swoje usługi do 48 godz. tygodniowo.

Jeśli coś takiego nastąpi, polski system zdrowia się zawali z dnia na dzień.

Już dziś ledwie dyszy ze względu na ogromne niedobory kadrowe. Wystarczy popatrzeć co dzieje się na SOR-ach, jak długo trzeba czekać na wizytę u specjalisty na NFZ, jaki dramat rozgrywa się w psychiatrii dziecięcej.

System funkcjonuje dziś wyłącznie dzięki lekarzom-emerytom i tyrającym ponad siły najmłodszym pracownikom. Lekarze mają dość.

Od lat zabiegają o porządne dofinansowanie systemu, o zwiększenie naborów na studia medyczne, o pracę w godziwych warunkach. A ponieważ pokojowe manifestacje nie przynoszą rezultatu, uciekają się do tej akcji.

Niestety, odczują ją w pierwszym rzędzie pacjenci, ale – jak przekonują młodzi medycy – innego wyjścia nie ma.

Jeśli chcemy mieć europejski system zdrowia, trzeba podjąć radykalne środki stawiając rządzących pod ścianą. Coś takiego udało się kilka lat temu w Czechach, dlaczego miałoby się nie udać u nas?

„Reformy – i to głębokie, radykalne – trzeba robić jak najszybciej. Bo za jakiś czas nawet ludzi w systemie nie będzie. Kolejni lekarze wyjadą, część pójdzie do opieki prywatnej, bo będą takie niedobory, że opieka prywatna będzie już w maksymalnym rozkwicie. I pacjenci w końcu w ogóle nie będą mieli publicznej opieki zdrowotnej, albo będzie ona tylko i wyłącznie w zakresie ratującym życie” – mówi OKO.press dr Bartosz Fiałek, przewodniczący Regionu Kujawsko-Pomorskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

Cała rozmowa z dr. Bartoszem Fiałkiem

Pracodawców co najmniej dwóch

Sławomir Zagórski: Co skłoniło władze związku do sformułowania apelu o skrócenie czasu pracy?

Dr Bartosz Fiałek: Decyzja zapadła 14 czerwca podczas posiedzenia Zarządu Krajowego OZZL. Taki zamiar ogłosiliśmy już na zakończenie manifestacji pracowników ochrony zdrowia i pacjentów, jaka miała miejsce 1 czerwca w Warszawie.

Ale nie każdy był na manifestacji, nie każdy dotrwał do końca, więc teraz przyszedł czas, by decyzję ogłosić formalnie.

Chcielibyśmy, żeby od 1 października jak najwięcej lekarzy w Polsce zaczęło pracować krócej, a konkretnie tylko tyle, ile nakazuje Kodeks pracy.

Przeprowadziliśmy sondaże w różnych szpitalach i wiemy, że akcja ta może przybrać dwie formy: tj. wypowiadania tzw. klauzuli opt-out lub ograniczenie czasu pracy do wymiaru jednego etatu, czyli „1 lekarz, 1 etat”.

Na czym polega klauzula opt-out?

Dyrektywa unijna stanowi, że maksymalny czas pracy lekarza powinien wynosić 48 godzin tygodniowo, a więc 192 godz. miesięcznie. To trochę więcej niż standardowy etat Kowalskiego wynoszący 160 godz. W praktyce przekłada się to jeden etat, np. w poradni czy w szpitalu, plus 2-3 dyżury w miesiącu (ich liczba zależy od tego, czy dyżur trwa 24 godz., czy krócej).

Jeśli lekarz chce wziąć 5, 7, a nawet 10 dyżurów w miesiącu, a jest zatrudniony w oparciu o umowę o pracę, musi podpisać wspomnianą klauzulę opt-out. Dzięki temu wolno pracować mu aż 78 godz. tygodniowo. Innymi słowy klauzula opt-out pozwala lekarzowi pracować więcej, niż jest to zapisane w Kodeksie pracy.

Ilu medyków decyduje się na taki krok?

Nie mamy takich danych.

Wiemy natomiast – bo to wynika z informacji NFZ – że 46,9 proc. lekarzy w Polsce zatrudnionych jest tylko u jednego pracodawcy.

Oczywiście ci, którzy ograniczają się do jednej instytucji, mogą pracować w niej ponad 48 godz.

Związek apeluje, by lekarze przez jakiś czas pracowali wyłącznie tyle, ile muszą. A więc albo wypowiedzieli klauzulę, albo zrezygnowali z dodatkowych prac. Taki krok będzie natychmiast odczuwalny w skali całego kraju.

Zgodnie z prawem nikt, kto wypowiada klauzulę opt-out, nie może być z tego powodu dyskryminowany.

To prawda, choć nie zawsze jest to przestrzegane. Doświadczyli tego niektórzy rezydenci, w tym także ja sam, pod koniec protestu na przełomie 2017/2018 roku . Musimy jednak znać swoje prawa i walczyć, jeśli któryś z pracodawców usiłuje je łamać.

Petycja bez odpowiedzi

Podczas manifestacji 1 czerwca związkowcy wręczyli petycję do władz RP, w której domagali się naprawy systemu. Doczekaliście się odpowiedzi?

Nie. Dlatego de facto nie mieliśmy wyboru. Idąc na manifestację powiedzieliśmy „A”. A ponieważ nie przyniosła ona najmniejszego efektu, stwierdziliśmy, że trzeba powiedzieć „B”.

Braliśmy pod uwagę jak wielu ludzi wyszło 1 czerwca na ulice Warszawy [niespełna 10 tys.]. Wiemy też jak silne jest niezadowolenie zarówno w środowisku lekarskim jak i wśród pacjentów. Formułując nasz apel wychodzimy po prostu naprzeciw społecznym oczekiwaniom.

Trzeba dodać, że obecna sytuacja nie jest wyłącznie winą obecnej ekipy rządzącej. To efekt lekceważenia tej dziedziny życia od wielu, wielu lat, praktycznie przez wszystkie rządy po 89 roku. Po ostatniej manifestacji nie zdarzyło się jednak nic, co by wskazywało, że rządzący chcą podjąć z nami dialog, chcą naprawiać system.

Wiemy też doskonale z doświadczenia – zarówno własnego jak i starszych kolegów, a także kolegów-lekarzy z innych krajów – że skuteczne są niestety tylko i wyłącznie rozwiązania siłowe.

I to nie tylko w medycynie, także w innych dziedzinach życia. Pokojowa manifestacja to za mało.

Dlaczego lekarze mają pracować krócej akurat od października?

Wcześniej moglibyśmy nie zdążyć. W przypadku klauzuli obowiązuje jednomiesięczny okres wypowiedzenia. Gdyby miało to być od września, trzeba byłoby ją wypowiedzieć do końca lipca, tymczasem minęła już połowa czerwca, zaczyna się okres urlopowy. Musimy mieć czas, żeby dotrzeć do jak największej liczby pracowników ochrony zdrowia, przede wszystkim lekarzy.

Wystarczyłoby 25 proc. lekarzy

Klauzulę mogą wypowiadać także pielęgniarki czy ratownicy?

Ich klauzula raczej nie obowiązuje. Ale bardzo chcielibyśmy, by była to akcja całej ochrony zdrowia. Bo tak naprawdę każdy z jej pracowników może ograniczyć czas pracy do wspomnianych 48 godz. tygodniowo. To wynika z ustawy o działalności leczniczej dotyczącej każdego zawodu medycznego, nie tylko lekarzy.

Byłoby więc wspaniale, gdyby dołączyli do nas ratownicy, fizjoterapeuci, diagności laboratoryjni, pielęgniarki.

Tym bardziej, że my przecież nie walczymy o swoje pensje, tylko o nakłady na cały system. I gdyby wszystkie zawody medyczne włączyły się w akcję, byłaby naprawdę duża szansa na zmianę.

Zamierzacie w jakiś sposób monitorować, ile osób włączy się w akcję? Będzie można się gdzieś zapisywać?

Na razie przekazujemy tylko sam apel, by dotarł do jak największej liczby lekarzy. Technikalia będziemy omawiać podczas posiedzenia Prezydium Zarządu Krajowego 19 lipca. Chcemy, żeby koledzy mogli się przygotować do akcji mentalnie, a także finansowo. Żeby mieli czas na poinformowanie przełożonych, mogli przełożyć zawczasu wizyty pacjentów, etc.

Jaki powinien być odzew, żeby akcja odniosła skutek?

W Czechach w podobnej sytuacji wystarczył udział ok. 25 proc. lekarzy.

Gdyby w naszym kraju co czwarty medyk zrezygnował z dodatkowej pracy, to w dobie ogromnych niedoborów kadrowych akcja nie mogłaby pozostać niezauważona.

A zatem 25 proc. osób pracujących w wymiarze „1 lekarz 1 etat” już by wystarczyło.

Na ile to realne?

Trudno powiedzieć. Rozmawialiśmy przed warszawską manifestacją i powiedziałem, że spodziewam się maksymalnie od 1,5 do 2,5 tys. uczestników, a było prawie cztery razy więcej. Więc zawczasu nie chciałbym tego oceniać.

  • Powodzenie całej akcji będzie zależeć także od tego, jak będą wyglądać kampanie przedwyborcze.
  • Czy ktoś się w końcu zajmie zdrowiem?
  • Czy faktycznie nowy Kodeks karny zaostrzy kary dla lekarzy za nieumyślne spowodowanie śmierci.
  • Czy nowelizowana ustawa o zawodach lekarza i lekarza dentysty wejdzie w takiej formie jak chce ministerstwo, czyli niekorzystnej dla środowiska?

Jest kilka możliwych punktów zapalnych, które mogą skłonić lekarzy do przystąpienia do naszej akcji.

Proszę zwrócić uwagę, że cały czas używam słowa „akcja”, a nie „protest”. My zamierzamy wyrazić swoje niezadowolenie, ale nie będziemy przecież odchodzić od łóżek pacjentów.

Cały czas żyję ideałami

Decyzja o ograniczeniu czasu pracy nie jest łatwa, bo z jednej strony są niedobry kadrowe, dyrektorzy namawiają, żeby ludzie pracowali dłużej, a z drugiej lekarze potrzebują pieniędzy i dlatego więcej pracują. Mają kredyty, dzieci na utrzymaniu, etc.

Zdajemy sobie z tego sprawę.

Z tym, że ja cały czas żyję trochę ideałami. Wychodzę z założenia, że najpierw musi być gorzej, żeby potem było lepiej.

Więc najpierw musi być wstrząs, reforma, rewolucja. Po prostu nie ma zmian bez poświęcenia. Uważam zatem, że warto poświęcić nawet kilka miesięcy wyższych zarobków, by potem pracować w bezpieczniejszym, bardziej ergonomicznym systemie.

Nie godzę się na to, by było dalej tak, jak jest. To znaczy, żebyśmy się posuwali od strajku, do strajku i dzięki tym zrywom zarabiali trochę lepiej, dalej pracując w systemie, który jest dla nas niebezpieczny. Część z nas pójdzie w końcu do więzienia, część wyląduje pod mostem, część dostanie ogromne kary finansowe w ramach zadośćuczynienia czy odszkodowania. I tak się to będzie tułało, bo tak się od lat tuła. Tak nie może być. Trzeba pewne rzeczy uregulować. I liczę na to – może trochę naiwnie – że moi koledzy też będą skłonni do podobnego poświęcenia i popracują choć przez jakiś czas na jednym etacie.

Lekarze z Ukrainy na pomoc?

Jaka może być reakcja władz? Ponoć sposobem może być sprowadzenie lekarzy z Ukrainy?

Niewykluczone. Bo sytuacja w naszej ochronie zdrowia, nie tylko zresztą w ochronie zdrowia jest taka, że nie liczy się jakość, tylko żeby odfajkować, zrobić coś, co trzeba, jakkolwiek. Widać to najlepiej po egzaminach gimnazjalnych. Zamiast nauczycielom podnieść pensje, postawiono zakonnice i strażaków, żeby oni „jakoś” dopilnowali uczniów. Więc tak się może zdarzyć. Nie ponadpartyjnie zreformować ochronę zdrowia, tylko jakoś zatuszować te palące braki.

Nie wszystko się daje zatuszować. W psychiatrii dziecięcej postanowiono zatuszować braki kładąc dzieci do szpitali dla dorosłych. Na skutek nie trzeba było długo czekać. W ubiegłym tygodniu na oddziale dla dorosłych została zgwałcona 15-latka.

To tragiczny wypadek. Nie wiem co się jeszcze musi się wydarzyć, żeby władze przejrzały na oczy.

A wracając do ukraińskich lekarzy. Koledzy z Ukrainy potrafią liczyć i jeśli mogą zarobić 4 czy 5 razy więcej jadąc tylko trochę dalej, np. do Niemiec, to nie zostaną w Polsce. Dla nich nasz kraj może być co najwyżej przystankiem.

Ograniczenie czasu pracy lekarzy, to coś, czego rząd się najbardziej obawia? To właśnie ta broń zaważyła o zwycięstwie rezydentów półtora roku temu?

Tak, to świetny straszak. Jeszcze raz wracam do Czechów. U nich też miało dojść do kompletnego paraliżu i władza się ugięła.

Tylko i wyłącznie, gdy pojawi się brak albo poważne utrudnienie w dostępie do jakiejś usługi finansowanej ze środków publicznych, rządzący będą zmuszeni się tym zająć. Bo jeśli tego nie zrobią, spadną im słupki poparcia. Niestety, w pierwszym rzędzie odczują to pacjenci.

Jest jednak nadzieja, że w końcu będzie lepiej.

Bo jeżeli my teraz nie zreformujemy ochrony zdrowia, to za 5 lat może już nie być czego reformować.

Najnowsza ankieta przeprowadzona wśród studentów medycyny wskazuje, że 21 proc. z nich chce bezpośrednio po studiach wyjechać z kraju. Wśród lekarzy rezydentów takie zamiary ma tylko 6 proc. Dodajmy, że blisko jedna czwarta naszych lekarzy jest w wieku emerytalnym. Masakra.

Dlatego przekonuję, że reformy – i to głębokie, radykalne – trzeba robić jak najszybciej. Bo za 5 lat nawet ludzi w systemie nie będzie. Kolejni lekarze wyjadą, część pójdzie do opieki prywatnej, bo będą takie niedobory, że opieka prywatna będzie już w maksymalnym rozkwicie. I pacjenci w końcu w ogóle nie będą mieli publicznej opieki zdrowotnej, albo będzie ona tylko i wyłącznie w zakresie ratującym życie.

Politycy a artykuł 155

Z innej beczki. Zarząd Krajowy OZZL wysłał 17 czerwca wniosek do Prokuratora Generalnego o zbadanie czy nie zaszło przestępstwo. O co chodzi?

To nasza odpowiedź na to, że lekarze mają być surowiej karani z artykułu 155 o nieumyślnym spowodowaniu śmierci. Bo skoro ów artykuł dotyczy lekarzy i wszystkich ludzi, którzy nieumyślnie spowodują czyjąś śmierć, to czy politycy, którzy za publiczne pieniądze źle organizują ochronę zdrowia, aby pod ten przepis nie podpadają?

Z jednej strony tworzy się nową piątkę PiS, na którą pójdzie 40 mld zł, a z drugiej ludzie umierają w kolejkach. Więc może właśnie te zgony możliwe do uniknięcia, wynikające bezpośrednio z niedofinansowania opieki zdrowotnej, są nieumyślnie spowodowanymi zgonami przez polityków i parlamentarzystów?

Będzie odpowiedź Zbigniewa Ziobry?

Nie sądzę.

Przychodzi OKO do lekarza...
Chcesz, byśmy nadal pilnowali zdrowia Polaków?

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”, założył tam dział nauki i napisał ok. 1000 tekstów. Niedawno przepracował 3,5 roku w Ambasadzie RP w Waszyngtonie zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami, a Polską. W OKO.press redaguje i pisze.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press