0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Omar AL-QATTAA / AFPOmar AL-QATTAA / AFP

Prof. Liat Kozma z Uniwersytetu Hebrajskiego przez lata zajmowała się przede wszystkim historią ochrony zdrowia na Bliskim Wschodzie. Jest specjalistką m.in. od historii systemów ochrony zdrowia w nowożytnej Palestynie i Egipcie. Od początku 2024 zaangażowała się jednak w nowy projekt – Bearing Witness. Razem z innym historykiem, dr Lee Mordechaiem wspólnie z grupą wolontariuszy, tworzą archiwum naruszeń i zbrodni izraelskich w Strefie Gazy po październiku 2023 roku. Częścią projektu jest m.in. szczegółowy i interaktywny raport na temat głodu w Strefie Gazy.

Z prof. Kozmą rozmawiamy o projekcie, a także o historii ochrony zdrowia w Palestynie i o wykorzystywaniu żywności i ochrony zdrowia jako broni w konflikcie.

Prof. Liat Kozma, historyczka z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, współautorka projektu Bearing Witness: Bearing Witness zaczęło się jako tekst, który historyk dr Lee Mordechai napisał w styczniu 2024. Podzielił się nim z kilkoma przyjaciółmi. W marcu 24 wrzucił to na Twittera i obudził się następnego ranka, gdy post miał 5 mln wyświetleń. Od tego momentu tekst bardzo się rozrósł i stał się bardzo dokładnym raportem na temat wydarzeń w Gazie od października 2023. My spotkaliśmy się w czerwcu 2024 roku, od tego momentu współtworzymy Bearing Witness. Szybko zaczęli zgłaszać się wolontariusze do pomocy w dokumentacji. Dziś jest ich około 100. To nie tylko akademicy, mamy ludzi reprezentujących bardzo różne zawody. Sporo palestyńskich obywateli Izraela.

Mamy świadectwa tłumaczone z angielskiego na hebrajski, czasem z arabskiego na angielski i hebrajski. Mamy blog, na którym są pogłębione artykuły pisane przez izraelskich akademików o wojnie i jej konsekwencjach. Mamy interaktywne mapy zniszczeń, w tym rzeczywiste daty ataków i ofiar.

Pracujemy teraz nad dużym, interaktywnym projektem o zniszczeniu systemu zdrowia. I planujemy dalszy rozwój. Chodzi o to, aby stworzyć kolekcję danych, która posłuży dziennikarzom, historykom, prawnikom i wszystkim, którzy są zainteresowani Gazą. By mogli edukować siebie i ludzi wokół siebie.

Przeczytaj także:

Jak zaczął się pani projekt dotyczący sytuacji w Gazie?

W 2023 roku byłam na urlopie naukowym. Przyjechałam do Genewy 28 września, na chwilę przed 7 października. Robiłam badania w archiwach Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża na temat jego pracy w Gazie. I to, co zobaczyłam w tych dokumentach, sprawiło, że zaczęłam zadawać pytania o warunki życia w Gazie dziś.

Zapytałam więc ludzi w MKCK, czy jest ktoś, kto mógłby ze mną porozmawiać o Gazie dzisiaj. Zgodził się Christian Cardon, który był wtedy głównym inspektorem ochrony w organizacji. W 2014 roku mieszkał w Gazie. Był przedstawicielem MKCK i mieszkał tam przez dwa lata. I powiedział mi: byliśmy bombardowani, ale można było pójść do sklepu spożywczego i półki były pełne.

Z jego perspektywy Izrael znacznie bardziej rozróżniał wówczas cele związane z Hamasem i cele cywilne. Wtedy pierwszy raz zrozumiałam, że to wojna przeciwko ludności cywilnej na bardzo podstawowym poziomie.

Napisaliście też szczegółowy raport na temat głodu. Jak dziś, wiele miesięcy po zawieszeniu broni, wygląda sytuacja humanitarna i żywnościowa w Strefie Gazy?

Nadal istnieją ograniczenia w dostawach zaopatrzenia medycznego i żywności. Nie mówimy dziś o całkowitym oblężeniu, ale osoby, z którymi korespondujemy, nadal zgłaszają braki w podstawowych produktach. Pamiętajmy, że w Strefie Gazy nie ma żadnego zorganizowanego systemu redystrybucji. W wielu miejscach drogi są zniszczone, a ludzie nadal mają trudności z dostępem do żywności.

Skoro korespondujecie z rodzinami ze Strefy Gazy, z jakimi wyzwaniami takie rodziny się dziś mierzą?

Zniknęły sklepy, z jakich korzystały przed wojną. Nie wszystkie podstawowe produkty spożywcze są dostępne. Widzimy dziś, że do Strefy wjeżdża większa liczba ciężarówek z żywnością niż przed październikiem 2025. Ale wiele z nich to ciężarówki komercyjne. A to oznacza specyficzny towar. Dlatego na rynku dostępne jest mniej owoców, warzyw czy produktów mlecznych, a więcej przekąsek i produktów o mniejszej wartości odżywczej.

Korespondowałam z lekarzem, który powiedział mi, że jedną ze strategii radzenia sobie z sytuacją jest posiadanie małego kawałka ziemi, na którym sadzą kilka warzyw. To oczywiście nie rozwiązuje systemowych braków.

Istnieją punkty dystrybucji żywności, ale niektóre organizacje zostały niedawno zmuszone do opuszczenia Gazy. Więc pod niektórymi względami jest nawet gorzej niż rok temu.

Czy wiemy dziś, ile osób zmarło z głodu lub niedożywienia od października 2023 roku w Gazie?

Z całą pewnością możemy mówić o kilkuset potwierdzonych przypadkach. Dotyczy to osób, które zmarły w placówkach medycznych i tam stwierdzono śmierć z tego właśnie powodu. Pełnej liczby możemy nie poznać nigdy.

Nie wszyscy w tych trudnych warunkach docierali do szpitali. I przez to przyczyn wielu zgonów nie da się zbadać.

Czy postrzeganie sytuacji w Gazie przez Izraelczyków zmieniało się przez ostatnie dwa i pół roku?

Częścią izraelskiej strategii jest nadzieja, że opinia publiczna o Strefie Gazy zapomni. To dotyczy zarówno izraelskiej, jak i międzynarodowej opinii publicznej. Dopóki w mediach nie ma zdjęć głodujących dzieci, dla władz Izraela wszystko jest w porządku. Bo Izrael twierdzi, że nigdy nie głodził Gazy, nigdy nie korzystał z głodu jako broni.

A z drugiej strony mamy bardzo dużo przykładów wypowiedzi polityków, członków parlamentu, ministrów, którzy mówią wprost: by wywrzeć presję na Hamas, będziemy blokować dostęp do żywności, paliwa, leków. I jednocześnie przekonuje się nas, że jeśli jakiś głód jest, to winę ponosi Hamas, bo gromadzi zapasy. Sprzeczność za sprzecznością.

Czy zdanie „Izrael głodzi Gazę” dalej jest prawdziwe tak, jak rok temu?

Tak, ale nie w takim samym stopniu. Nie widać faktycznej chęci odbudowy Gazy, wojna wciąż się tli, a Izrael wpuszcza do Strefy Gazy w pierwszej kolejności ciężarówki komercyjne, a nie te z pomocą humanitarną. To wszystko przyczynia się do złej sytuacji żywnościowej, a wynika to z decyzji izraelskich polityków.

Czy podobnie jest na Zachodnim Brzegu? Czy tam też Izrael kształtuje sytuację żywnościową i zdrowotną?

Tam działania są bardziej subtelne. Po 7 października Izrael zakazuje pracy na swoim terytorium ponad stu tysiącom osób, które wcześniej tam pracowały. A to generuje bezrobocie i wpycha całe rodziny w ubóstwo.

Po drugie problemem są czystki etniczne na obszarze, który od porozumień z Oslo nazywa się strefą C. A to większość terytorium Zachodniego Brzegu. Ludzie wypchnięci przez agresywnych osadników do miast również wpadają w biedę. Nie ma ona takiej skali jak w Strefie Gazy. Ale coraz więcej osób wpada w desperację.

Jest pani również historyczką zdrowia na Bliskim Wschodzie. Czy kojarzy pani w najnowszej historii podobny kryzys humanitarny i zdrowotny do tego ze Strefy Gazy z ostatnich lat?

Nie.

W mojej pracy staram się porównywać to, co dzieje się dzisiaj w Gazie, do wydarzeń z 1948, gdy powstał Izrael, a czystki etniczne dotknęły około 750 tys. Palestyńczyków.

W obu przypadkach – dziś i wtedy – punktem wyjścia jest wypędzenie setek tysięcy ludzi z ich domów w miejsca, gdzie możliwości rozwoju są żadne lub bardzo ograniczone. W latach 1948-1950 mieliśmy do czynienia z tym samym – setki tysięcy Palestyńczyków zostały zmuszone do ucieczki i starały się odbudować sobie życie w nowym miejscu. Ludzie otrzymali status uchodźcy i chcieli wrócić tam, skąd zostali wypędzeni, ale jednocześnie krok po kroku budowali coś nowego m.in. na włączonym wówczas do Jordanii Zachodnim Brzegu.

Dzisiejsi mieszkańcy Strefy Gazy mają trudniej.

Nawiązuje Pani do roku 1948. A jak wyglądała sytuacja zdrowia publicznego w Palestynie przed tą datą?

W okresie osmańskim, czyli do II wojny światowej, infrastruktura zdrowotna w regionie opierała się głównie na zagranicznych misjonarzach, którzy zaczęli budować kliniki i szpitale w Palestynie i Libanie. Pierwsze szpitale w regionie zostały zbudowane w latach 40. XIX wieku przez misjonarzy w Jerozolimie, Nazarecie, Tyberiadzie.

W ostatnich dekadach Imperium Osmańskiego zaczynamy widzieć arabskich i ormiańskich lekarzy wracających do Palestyny po studiach w Stambule lub Bejrucie. Niektórzy z nich zostali zatrudnieni w szpitalach misyjnych, niektórzy otworzyli kliniki w różnych palestyńskich miastach i zaczęli służyć lokalnej populacji.

Czy coś się zmienia, gdy populacja syjonistycznych migrantów na początku XX wieku rośnie?

Początkowo to kilkadziesiąt żydowskich lekarzy, którzy pracują głównie ze społecznościami żydowskich osadników. Gdy rozpoczyna się okres brytyjski po I wojnie światowej, mamy już więcej lekarzy żydowskich niż arabskich. I te systemy się niemal nie mieszają. To się trochę zmienia po wojnie.

Brytyjczycy nie chcieli rozwijać sektora zdrowia. Chcieli inwestować jak najmniej. To jest terytorium mandatowe, nie kolonia. Palestyna nie ma zasobów naturalnych do wydobycia, potencjalny zysk jest mały. Sektor publiczny istnieje, ale jest mały, pracuje w nim jedna czwarta do jednej trzeciej arabskich lekarzy – w zależności od okresu.

Dużo zmienia się w 1933 roku, kiedy Hitler dochodzi do władzy. W maju niemiecki dyktator zwalnia wszystkich żydowskich lekarzy z sektora publicznego. To powoduje masową imigrację żydowskich lekarzy do Palestyny.

Co oznacza, że jeśli lata 30. w Palestynie zaczynaliśmy z 600 lekarzami, to do 1935 roku mamy ich już 2 tys., a zdecydowana większość to Żydzi. Rośnie dysproporcja w liczbach, ale istnieje też dysproporcja organizacyjna.

Organizacje syjonistyczne mają swój własny fundusz zdrowia. Mają sieć klinik, szczególnie obsługujących społeczności żydowskie. Arabscy lekarze pracują głównie z arabskimi pacjentami, chociaż czasem obie społeczności lekarskie przecinają się w instytucjach rządowych.

Więc kiedy dochodzimy do 1948 roku, Żydzi mają własną infrastrukturę parapaństwową, a Arabowie nie. Związek palestyńskich lekarzy został założony w 1944 roku, zaledwie kilka lat przed końcem mandatu, są słabo zorganizowani. Nie mają własnych autonomicznych instytucji i oczywiście są w mniejszości.

Czyli sytuacja w ochronie zdrowia silnie przypominała ogólną sytuację polityczną.

Jak te braki organizacyjne wpłynęły na życie uchodźców palestyńskich po 1948 roku?

Granice z 1948 roku pozostawiają większość szpitali – misyjnych, rządowych i żydowskich – po izraelskiej stronie granicy. Na terenie, który stanie się Zachodnim Brzegiem i zostanie zaanektowany przez Jordanię w 1950 roku, mamy jeden szpital w Hebronie. I tyle – a chodziło o populację około 700 tysięcy osób!

Większość z nich – około 400 tysięcy – to dotychczasowi mieszkańcy Zachodniego Brzegu. Około 300 tysięcy to uchodźcy.

Lekarze też z pewnością byli uchodźcami.

Tak, większość z nich.

W 1948 roku było około 250 palestyńskich lekarzy. Niektórzy znaleźli się w Gazie i krajach arabskich, ale większość została podzielona między Liban a Zachodni Brzeg. Zaczynają pracować na Zachodnim Brzegu i w Gazie jako lekarze wolontariusze, jako prywatni praktycy, pracować dla Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża i rządu jordańskiego.

Co ciekawe, we wspomnianej rozmowie z Christianem Cardonem z MCMK na początku 2024 roku powiedziałam, że sytuacja w Gazie przypomina tą z lat 1948-1949. I zapytałam: czy możecie dziś zadziałać podobnie?

Co wówczas zrobiono?

Przede wszystkim zakładano kliniki w obozach dla uchodźców. I to w wielu miejscach, nie tylko w największych obozach i miejscowościach. To był kluczowy krok, by zapobiec epidemiom, np. tyfusu. MKCK pomógł np. stworzyć szpital Augusta Victoria we Wschodniej Jerozolimie. Przed 1948 rokiem było siedem różnych szpitali w Jerozolimie – misyjne, miejskie, żydowskie – wszystkie pozostały po stronie izraelskiej. W budowę szpitali na terenie Zachodniego Brzegu zaangażowana była też Jordania, bo była zainteresowana aneksją terytorium, więc nie wykluczała inwestycji.

Jaka była odpowiedź na pytanie, czy można dziś zrobić to samo?

Usłyszałam, że dziś to niemożliwe.

Że Czerwony Krzyż nie może wwieźć do Gazy niezbędnego sprzętu, nie może odbudowywać szpitali. Zszokowało mnie to. Nie sądziłam, że w 2024 roku będziemy martwić się perspektywą śmierci z powodu tyfusu czy zapalenia płuc – a to w Palestynie pod koniec lat 40. XX wieku było wciąż poważnym problemem. To wówczas silniej zaangażowałam się w dokumentowanie dramatu Gazy.

Czy przed 2023 rokiem rząd izraelski również wykorzystywał sytuację żywnościową i zdrowotną jako broń?

Głównie w Strefie Gazy. Po tym, jak Hamas doszedł do władzy w Gazie w 2007 roku, Izrael nałożył pełną kontrolę nad tym, co może wjechać do Strefy Gazy. Przed narzuceniem pełnej blokady doradca premiera Ehuda Olmerta powiedział, że nie chodzi o to, by Gazańczyków zagłodzić, a tylko o to, by narzucić im dietę. Pod naciskiem politycznym część ówczesnych ograniczeń zniesiono. Ale dalej utrzymywano limit kalorii na osobę w stosunku do żywności wwożonej do enklawy.

Z punktu widzenia dystrybucji żywności to niedorzeczny pomysł. Ustalić arbitralną liczbę kalorii na osobę, pomnożyć przez liczbę osób i już? Nie bierze to pod uwagę składu diety, nierówności w dystrybucji, problemów z przechowywaniem żywności, z psuciem się jedzenia. To okrutna polityka i każdy, kto się nad tym zastanowi, powinien to przyznać. Tymczasem ta logika sprzed dwóch dekad została dziś doprowadzona do ekstremum.

Czy doświadcza pani nieprzyjemności ze strony Izraelczyków przez swoje poglądy i swoją pracę?

Nie na tyle, w jakim stopniu można by się tego spodziewać.

Tłumaczę to sobie tak, że wszystko, co mówię, jest oparte na danych. W naszym raporcie o głodzie wszystko opieramy na źródłach, dokładnie sprawdzamy informacje

Regularnie publikujemy w Local Call, czyli hebrajskim odpowiedniku magazynu +972. Czyta to kilka tysięcy osób, głównie osoby zainteresowane tym, co faktycznie dzieje się w Strefie Gazy. Czyli, niestety, mała publika. Więcej nienawiści zbiera Lee Mordechai, bo jest bardziej medialny. Ale on się tym nie przejmuje.

Czy sądzi pani, że w dającej się przewidzieć przyszłości izraelska opinia publiczna – również dzięki projektom takim jak Bearing Witness, zmieni swoje podejście do tego, co wydarzyło się w Strefie Gazy?

Pracując na Bearing Witness, zwracamy się do izraelskiej opinii publicznej z nadzieją, że nasza praca pomoże komuś zrozumieć to, co się stało. Gdybyśmy nie mieli nadziei, nie pisalibyśmy po hebrajsku. Ale piszemy też dla przyszłych pokoleń. Gdy patrzy się na Gazę i postawę Izraela wobec niej, łatwo o rozpacz. Ludzie aktywnie działają dziś w Izraelu, by pamięć o Gazie wymazać. My się temu przeciwstawiamy. Rozpacz nie jest rozwiązaniem.

Nie sądzę, by potrzebna zmiana w myśleniu dokonała się w najbliższych latach. Izraelscy politycy bardzo ciężko pracują nad tym, by się to nie wydarzyło. Zaprzeczają, uniemożliwiają dostęp do informacji, ignorują je, stosują wszelkiego rodzaju zasłony dymne. Mam nadzieje, że pewnego dnia taka zmiana się dokona. Nie umiem powiedzieć, kiedy to się stanie. Ale gdybym w to nie wierzyła, nie robiłabym tego, co robię od ponad dwóch lat.

Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze