0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by Omar AL-QATTAA / AFPPhoto by Omar AL-QAT...

Z doktorem Lee Mordechaiem, izraelskim historykiem katastrof naturalnych, wykładowcą historii Imperium Bizantyjskiego na Uniwersytecie Hebrajskim i autorem inicjatywy Bearing Witness, której celem jest kompleksowa dokumentacja oraz upublicznienie dla angielsko- i hebrajskojęzycznych odbiorców dowodów zbrodnie wojenne izraelskiego wojska podczas wojny w Gazie, rozmawiamy o jego osobistych motywacjach do rozpoczęcia tego projektu, metodologii archiwum, reakcji izraelskiego społeczeństwa oraz roli zwykłych obywateli w przeciwstawianiu się zbrodniom popełnianym w ich imieniu.

Kacper Max Lubiewski: Zacznijmy od początku: jak to się stało, że historyk Imperium Bizantyjskiego postanawia pewnego dnia udokumentować zbrodnie popełniane przez izraelskich żołnierzy w teraźniejszości?

Dr Lee Mordechai: Też próbuję odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wcześniej nie byłem szczególnie zaangażowany politycznie. Gdy Hamas zaatakował Izrael 7 października 2023 roku, byłem w Stanach Zjednoczonych na urlopie sabatowym. Kilka miesięcy po wybuchu wojny postanowiłem, że napiszę krótki raport po hebrajsku i angielsku, który byłby wyrazem mojej niezgody na to, co izraelskie wojsko robiło w Gazie. Przez pierwszy rok na mój tekst nikt nie zwrócił uwagi, aż w grudniu 2024 roku napisał o mnie „Haaretz” i momentalnie odezwały się do mnie dziesiątki osób, które chciały pomóc w kompilowaniu archiwum. Dzisiaj pracuje ze mną zespół ponad 100 wolontariuszy — Izraelczyków, Palestyńczyków i obcokrajowców — którzy śledzą każde doniesienie o popełnieniu zbrodni przez Izrael w Strefie Gazy.

KML: Jakie ambicje miałeś wobec Bearing Witness? Czym miał być ten projekt?

LM: Nie ukrywam, że na początku chciałem zrobić coś, co pozwoliłoby mi mieć czyste sumienie. Gdy opublikowałem pierwszy raport na X, dostałem może jedno polubienie i sto wyświetleń. Pomyślałem jednak, że skoro już zacząłem, to skończę – tym bardziej, że

na początku wydawało mi się, że wojna potrwa krótko.

Ale gdy się nie kończyła i szybko stawała się coraz brutalniejsza, postanowiłem, że pora, by zainteresować kogoś moją pracą. Przełom faktycznie nadszedł, gdy napisała o nas izraelska prasa — od tego czasu pracuje ze mną ogromny zespół. Jedna trzecia z nas ma doktorat lub ukończone studia drugiego stopnia. Przez pierwsze dwa lata pracowaliśmy zupełnie za darmo; dzisiaj mamy trochę funduszy, które pozwalają na opłacenie osób koordynujących logistykę i organizację archiwum.

Przeczytaj także:

Historyk, Izraelczyk, człowiek

KML: W tekście dla „Haaretz” mówisz, że Bearing Witness realizujesz na trzech płaszczyznach: jako człowiek, jako Izraelczyk i jako historyk. Jak każda z tych tożsamości wpłynęła na to, czym stał się ten projekt?

LM: Nie wiem, czy potrafiłbym spojrzeć na nie jak na trzy osobne płaszczyzny, bo faktycznie w Bearing Witness wszystkie się przecinają. Pierwszy raz poszedłem na demonstrację w 2020 roku, kiedy protestowaliśmy przeciwko przejęciu sądownictwa przez Likud [partię Benjamina Netanjahu – red.]. Wtedy dopiero zacząłem zadawać sobie pytanie o rolę naukowców w życiu społecznym: czy moje zajęcia na uniwersytecie powinny być apolityczne? Czy powinienem coś powiedzieć? Co mogę zrobić, żeby choć trochę zmienić sytuację na lepsze? Myślałem też o mojej relacji z izraelskim społeczeństwem: z jednej strony moje podatki współtworzą to państwo, ale z drugiej strony podatki Izraelczyków płacą moją pensję na uniwersytecie. Jakie zobowiązania mamy więc wobec siebie? Płaszczyzna historyka wydaje mi się najbardziej osobna i specyficzna.

KML: Dlaczego?

LM: Bo wydaje mi się, że jako historyk katastrof i epidemii wiem więcej niż zwykły Izraelczyk o tym, jak powstają kryzysy w społeczeństwie i jak z nich wyjść. A skoro mam te dodatkowe kompetencje i, jak już ustaliliśmy, mam pewne zobowiązanie wobec izraelskiego społeczeństwa, to powinienem wziąć się do roboty. Gdy czytałem skargę Republiki Południowej Afryki przeciwko Izraelowi w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości, doszedłem do wniosku, że zebranie materiału dowodowego nie powinno być trudne i też potrafiłbym to zrobić. Ba, czułem, że mam pewną przewagę, bo byłem dużo lepiej zaznajomiony ze źródłami hebrajskojęzycznymi. Jako historyk jestem też przyzwyczajony do pracy ze źródłami pierwotnymi, a pierwsze miesiące wojny w Gazie to przecież źródła wyłącznie tego typu: nagrania, teksty, relacje naocznych świadków. Potrafię prowadzić krytykę źródeł i organizować je w kontekście Bizancjum, gdzie przedmiot badań jest znacznie bardziej odległy w czasie i bardziej niejasny, więc dlaczego nie w przypadku Gazy? Jednym z zadań dobrego historyka jest też znalezienie w zbiorze źródeł pewnej narracji lub większego sensu, żeby nie popadać w prosty podział starcia między dobrem a złem. Dokładnie tak postrzegam też moją rolę w tym projekcie.

KML: Od roku prowadzisz też na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie kurs o Gazie.

LM: A tak naprawdę dwa: jeden dotyczący historii Strefy Gazy, a drugi — historii wojny rozpoczętej w 2023 roku. Robię to tylko dlatego, że nikt bardziej kompetentny na Uniwersytecie Hebrajskim nie podjął się tego. W ogóle w całym Izraelu prowadzonych jest nie więcej niż pięć kursów uniwersyteckich na temat Gazy, z tego mój jest jedynym, który bezpośrednio opowiada o ostatnich trzech latach. Spodziewałem się jakiegoś pushbacku ze strony uniwersytetu, gdy proponowałem oba przedmioty, ale nic takiego się nie wydarzyło: nie spotkałem się z żadną krytyczną reakcją ze strony rektoratu. Wielu naukowców boi się dotknąć tematu Gazy, dochodzi więc do autocenzury, nawet gdy reakcja ze strony państwa jest neutralna.

KML: Wróćmy do Bearing Witness, bo w międzyczasie zgromadziło w swoim archiwum tysiące materiałów i źródeł. Jaką metodologię przyjęliście? Jak wygląda proces decyzyjny dotyczący tego, czy dany dowód trafia na waszą stronę?

LM: Po pierwsze, należy powiedzieć, że każdy materiał, który trafia do naszego archiwum, musi mieć przynajmniej dwa źródła. To oznacza, że pojedyncze doniesienia o konkretnym złamaniu prawa nie są przez nas uważane za wiarygodne. Nasz zespół nie analizuje też materiałów z perspektywy domagania się sprawiedliwości czy nagłośnienia tej lub innej sytuacji – naszym celem jest historyczna rekonstrukcja wydarzeń ostatnich trzech lat w Gazie. W drugiej kolejności opisujemy też systemowe uwarunkowania, oficjalne decyzje oraz ewolucję dyskursu, które sprawiły, że dana zbrodnia mogła mieć miejsce. Ostrożnie podchodzimy też do źródeł, które mogą mieć pewien program polityczny: takich, które oprócz świadectwa danej krzywdy opowiadają się za konkretną ideologią. Nie ukrywamy też swoich błędów, które na pewno popełniliśmy. Czytelnicy bez problemu dostrzegą, że z czasem nasza metodologia stała się lepsza i dokładniejsza, bo poprawiła się też jakość źródeł z Gazy.

KML: Z jakimi reakcjami w Izraelu spotkało się wasze archiwum? A na jakie reakcje miałeś nadzieję?

LM: Spodziewałem się o wiele gorszych reakcji: być może nawet zwolnienia i konieczności rozpoczęcia życia gdzie indziej. Ale pushback ze strony Izraelczyków był nieznaczny. To ciekawe, bo być może

ta sama apatia, która przyczyniła się do zbrodni w Gazie, oznaczała też apatię wobec próby ich nagłośnienia w samym Izraelu.

Oczywiście regularnie otrzymywałem wiadomości pełne nienawiści oraz groźby, ale byłem wtedy w Stanach Zjednoczonych, więc łatwo mi było po prostu zamknąć komputer i je zignorować. Nigdy nie osiągnęły też krytycznego poziomu, na który byłem gotowy. Mało kto próbował też podważać same materiały; kontrowersje generowało pytanie, czy to, co dzieje się w Gazie, można nazwać ludobójstwem, ale ten dylemat wcale nie wydaje mi się kluczowy.

Rozliczeń nie będzie

KML: Dlaczego nie? To przecież jedna z najbardziej zażartych debat medialnych i prawnych ostatnich lat.

LM: Bo wydaje mi się, że pytanie o ludobójstwo jest pytaniem o framing, a ten był interesujący tylko do połowy 2024 roku. Wtedy pojawiały się osoby po obu stronach z ciekawymi i wartymi rozważenia argumentami. Ale z czasem polityka izraelskiego rządu stawała się coraz bardziej jednoznaczna, a dyskusja mimo to trwała, odbierając uwagę należną Gazie i jej mieszkańcom. Ludzi interesował pojedynek na słowa, a nie to, z czym musieli żyć Palestyńczycy.

Po wielu miesiącach oglądania i analizowania materiałów z Gazy sam doszedłem do wniosku, że Izrael popełnił ludobójstwo w Gazie.

Z tym, że nie ma znaczenia, co myślę ja, ty i 99 proc. innych osób, bo nie zasiadamy w żadnym sądzie ani rządzie. A skoro słowo „ludobójstwo” tak bardzo odstrasza Izraelczyków i osoby, dla których Izrael zajmuje ważne miejsce w sercu, to możemy przecież mieć dokładnie taką samą dyskusję bez tego słowa. Możemy porozmawiać o liczbie zabitych dzieci, zniszczonych rodzin i upadku infrastruktury cywilnej bez tak instynktownej niechęci z drugiej strony jak przy użyciu słowa „ludobójstwo”. Być może za jakiś czas międzynarodowe sądy orzekną, że w Gazie nie było ludobójstwa, być może taka interpretacja też jest możliwa — Izraelczycy na pewno by się ucieszyli. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Czy powinniśmy świętować, bo popełniliśmy prawie-ludobójstwo? Co mówi o naszym społeczeństwie, że byliśmy oskarżani o ludobójstwo? Co zrobimy z osobami, które niewątpliwie popełniły zbrodnie i mieszkają wśród nas?

KML: Czy ufasz izraelskiemu rządowi, że odpowiedzialnie przeprowadzi śledztwo w przypadku doniesień o zbrodniach wojennych?

LM: Absolutnie nie. Izraelski rząd do dziś nie potrafi powołać komisji, która zbadałaby wydarzenia 7 października 2023 r., więc tym bardziej nie potrafię sobie wyobrazić, że zostanie przeprowadzone śledztwo w sprawie wydarzeń w Gazie. Następny rząd – nawet jeśli nie będzie już prawicowy – także tego nie zrobi, bo nie ma w Izraelu politycznej woli. Po pierwszej wojnie w Libanie Izrael powołał komisję śledczą i nawet ustalił, że rząd poniósł pośrednią winę za masakrę palestyńskich cywilów w Sabrze i Szatili, ale nikt za to nie poszedł do więzienia. Albo świeższy przykład: żołnierze, którzy zgwałcili i maltretowali Palestyńczyków w więzieniu Sde Teiman. Faktycznie zostali chwilowo zawieszeni i oskarżeni z urzędu, ale gdy tylko sprawa przycichła, prokurator wycofał zarzuty. Wrócili do wojska, a jeden z nich jest nawet mini-celebrytą-komentatorem w prawicowym Kanale 14. Czy w takiej rzeczywistości można sobie w ogóle wyobrazić niezależne śledztwo w sprawie zbrodni w Gazie?

KML: Jeśli nie Izrael własnymi instytucjami, to kto? Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, oenzetowskie agencje?

LM: Też nie. Nie wierzę już w to, żeby system potrafił zmienić się od środka, a międzynarodowe sądy i organizacje są jego częścią. Tragedia w Gazie jest także ich winą. Jak Palestyńczycy — albo, na dobrą sprawę, ktokolwiek inny — mogą dziś spojrzeć na ONZ i mieć nadzieję, że gdy będą w niebezpieczeństwie, największa globalna organizacja stanie po ich stronie? Ostatnie trzy lata pokazały nam, że jeśli dane państwo jest wystarczająco silnie powiązane z innym potężnym państwem, społeczność międzynarodowa nie potrafi powstrzymać nawet tak poważnych zbrodni jak ludobójstwo.

Moja teoria zmiany jest inna: uważam, że przyjdzie ona prawie wyłącznie dzięki obywatelskiemu i oddolnemu zaangażowaniu.

Nie możemy dłużej siedzieć w domach i mieć nadziei, że jakiś urzędnik w Hadze czy Waszyngtonie zatrzyma nasz rząd, gdy ten dopuszcza się zbrodni. Jeśli brakuje odpowiedzialnych i odważnych instytucji państwowych, naszym obowiązkiem jest zbudowanie ich od podstaw. A dziś, dzięki rozwojowi technologicznemu, stosunkowo niewiele zdeterminowanych i skupionych osób jest w stanie zrobić naprawdę wiele. Bearing Witness jest najbardziej kompleksowym archiwum zbrodni wojennych izraelskiego rządu, jakie kiedykolwiek powstało. Nie stoi za nim ONZ, Międzynarodowy Trybunał Karny ani żaden inny rząd: powstało jedynie dzięki wytrwałej pracy zwykłych ludzi.

Na zdjęciu Kacper Max Lubiewski
Kacper Max Lubiewski

Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.

Komentarze