Depresja, próby samobójcze? To na pewno dzwonią dzieci z jakichś patologicznych domów - myślą dobrzy rodzice. „Nie. Dzwonią zewsząd” - mówi koordynatorka telefonu zaufania Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. „Rodzice nawet nie zauważają, kiedy tracą kontakt z dzieckiem". Rozmawiamy o tym, dlaczego ćwierć miliona dzieci ma za sobą próbę samobójczą i jak je ratować

„Powinnam już nie żyć” – zaczęła rozmowę dziewczyna, która dzień wcześniej połknęła cierpliwie uzbieraną szklankę leków. Popiła alkoholem. Przeżyła, obudziła się następnego dnia, spała 26 godzin.

– A rodzice? – pyta konsultantka w telefonie.

– Niczego nie zauważyli. Mama powiedziała: o w końcu wstałaś, dobrze, że odespałaś – tyle stresu teraz w szkole, prawda?

Inna dziewczyna zawrócona z torów po rozmowie z telefonem zaufania, podaje telefon mamie. Konsultantka opowiada, co się dzieje z dziewczyną. „Co pani mówi? Moja córka? Chyba coś pani źle zrozumiała”. Ale zobaczyć, że ma pod rękawami pocięte ręce, nie ma odwagi.

To wcale nie jest tak, że dzwonią dzieci z patologicznych domów – jak myślą często tzw. dobrzy rodzice. „Dzwonią zewsząd. Rodzice nawet nie zauważają, kiedy tracą kontakt z dzieckiem” – mówi Lucyna Kicińska koordynatorka programu pomocy telefonicznej Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Fundacja ma dwa takie bezpłatne numery:

  • Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 [można go wesprzeć tutaj)
  • Telefon dla Rodziców i Nauczycieli w sprawie Bezpieczeństwa Dzieci 800 100 100.

Rozmawiamy o tym, dlaczego nawet ćwierć miliona dzieci – jak szacuje Lucyna Kicińska na podstawie raportu Fundacji – ma za sobą próbę samobójczą i jak możemy je uratować.

Pierwszą część wywiadu przeczytasz tutaj:

Marta K. Nowak: Z naszej ostatniej rozmowy wynika, że w każdej klasie są statystycznie dwie osoby po próbie samobójczej. Codziennie średnio 17 osób, które dzwonią lub piszą do Telefonu 116 111 mówi o samobójstwie. A gdzie rodzice?

Lucyna Kicińska, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę: Często o niczym nie wiedzą. Kiedyś zadzwoniła do nas dziewczyna po próbie samobójczej. Szła na torowisko, żeby spróbować znowu, ale było daleko. Zadzwoniła. Udało nam się ją zawrócić i przekonać, żeby dała telefon mamie. A mama: moje dziecko? Chyba się pani coś pomyliło.

Przekazałam jej informacje o stanie córki. Wszystkiemu zaprzeczała. Nie potrafiła jednak spojrzeć na blizny na nadgarstkach córki. Próbowałam jej uświadomić, że to, że córka przekazała jej telefon, to wyraz wielkiego zaufania i wiary w nią jako rodzica. Ale tej mamie bardzo trudno było poradzić sobie z zaskoczeniem.

To nie jest żaden odosobniony przypadek, rodzice często nie mogą uwierzyć, że ich dzieci potrzebują pomocy.

Dlaczego rodzice często dowiadują się o kryzysie jako ostatni?

Niektórzy nie są w stanie dopuścić do siebie myśli, że ich dziecko może tak strasznie cierpieć. Wolą niczego nie zauważać, myślą „to niemożliwe”, „przecież jakby coś się działo, to by mi powiedział”. Nie są w stanie usłyszeć dziecka, spojrzeć na cięcia, sprawdzić stan apteczki. Inni naprawdę niczego nie zauważają, a dzieci często wolą nie mówić o swoich problemach.

Dlaczego?

Z bardzo różnych powodów. Niektóre boją się odrzucenia. Rodzic – szczególnie taki, który sam odnosi sukcesy i poświęca dziecku uwagę tylko, gdy ono coś osiąga – wydaje dziecku się ideałem, który zasługuje na idealną córkę/idealnego syna. Nie chcą więc pokazać, że są gorsze, że sobie nie radzą.

Zdarza się też, że po prostu nie są gotowe opowiedzieć o tym, co przeżywają. Inne odruchowo chronią rodzica. Słyszą od niego o tych wszystkich problemach w pracy, nasłuchają się tego polskiego marudzenia przy obiedzie i myślą: jaka tragedia, przecież nie mogę im teraz dowalić, ja się lepiej zabiję. Jestem tylko dodatkowym problemem.

Barier ujawniania jest bardzo dużo. Niestety wiele dzieci żyje w poczuciu odrzucenia – powiedziały rodzicom i nikt im nie pomógł. Czasem rodzice rzeczywiście ignorują lub bagatelizują dzieci, które przychodzą opowiedzieć o swoim problemie, ale czasem dzieciom tylko się wydaje, że o nim powiedziały.

To powiedziały czy nie?

Jedna dziewczynka dzwoniła bardzo rozgoryczona, żeby nas przekonać (to bardzo częsta sytuacja), że nie ma po co żyć, bo nawet mama ją odrzuciła. A ona przecież wysyła tak jasne sygnały, że chce się zabić! Dopytaliśmy. Okazało się, że sygnał polegał na tym, że wpatrywała się w mamę znacząco i mrugała powiekami SOS alfabetem Morse’a.

Inny telefon, dziewczyna od roku ma myśli samobójcze, już nie śpi, nie funkcjonuje normalnie, nie daje rady – przychodzi do mamy i jedyne co jest w stanie powiedzieć to: mamo, ja jestem taka smutna ostatnio. A mama na to: masz na kino, rozerwiesz się, przejdzie ci.

Czy ona oszalała? – pyta nas dziewczyna. W swoim odczuciu powiedziała: chcę się zabić. I dostała dwie dychy na kino.

Do kina oczywiście nie poszła, błąkała się kilka godzin po mieście. Wróciła w końcu do domu. Mama pyta: jak było w kinie? Fajnie. Pomogło? Jasne, dzięki. A potem dzieją się dramaty, których rodzice zupełnie się nie spodziewają. I nie można za to winić dziecka.

Czego zabrakło?

Rodziców, szkoły. Za jakość relacji, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa pomiędzy dzieckiem
a dorosłym zawsze odpowiedzialny jest dorosły. Umiejętność i gotowość do komunikowania problemów, zdolność odczytywania własnych i cudzych intencji i stanów emocjonalnych to coś, czego się uczymy. Jak nas nikt nie nauczył, to po prostu nie wiemy jak to robić, tak już jesteśmy skonstruowani.

Rozbieżności między intencją a komunikatem są często dramatyczne. Dzieci nie potrafiąc domyśleć się, jaką intencję miał rodzic, czują się odrzucone i już ponownie nie mówią o tym, że potrzebują pomocy. Rodzice mają poczucie, że wszystko jest świetnie – może nie mają tyle czasu dla tych dzieci ile powinni, ale przecież nic się nie dzieje.

A co się właściwie dzieje? Skąd ta epidemia depresji, samobójstw? Dzieci rodzą się mniej odporne psychicznie?

Tak często myślą dorośli: co się dzieje z tą młodzieżą? Ja jakoś sobie poradziłem, mi też nie poświęcano wystarczającej uwagi albo, ja w twoim wieku miałem gorzej.

Nie rozumieją, że obecnie presja, która jest na nas wywierana, przekracza poziom krytyczny. Dzieci są wobec niej zupełnie bezbronne, bo nikt ich nie nauczył radzenia sobie z problemami.

My, dorośli, nawet jeśli się tego uczyliśmy metodą prób i błędów, to mimo wszystko działo się to w bardziej sprzyjających warunkach. Dzisiaj dzieci są ofiarami wielu zaniedbań, a żyją w świecie, który atakuje je ze wszystkich stron. Muszę osiągnąć, być lepszy, zadowolić, pasować, poradzić sobie… A czasu spędzonego z rodziną i poczucia bezpieczeństwa jest coraz mniej.

Presja jest w końcu nie tylko zewnętrzna, ale też wewnętrzna. Autopresja kształtuje się dziś u dzieci bardzo wcześnie.

Czy możemy dzieci uratować?

Oczywiście, że możemy, a nawet musimy. Ale do tego potrzebna jest świadomość, której dzisiaj nie ma. Na przykład tego, jak działa depresja, jak ją szybko rozpoznać i zapobiegać. Otóż depresja pojawia się w wyniku współwystępowania czynników z trzech grup:

  • czynników biologicznych, czyli wrodzonej podatności, sposobu działania naszego układu nerwowego czy hormonalnego. Niektórzy są zwyczajnie podatni na depresję, odziedziczyli to po rodzicach czy dziadkach. Innym poziomy hormonów zmieniają się z różnych powodów, np. diety;
  • czynników psychogennych, czyli wpływu naszego charakteru, temperamentu, schematów myślenia, reagowania w sytuacjach stresowych – zwykle przyjętych z otoczenia;
  • czynników sytuacyjnych lub środowiskowych, czyli negatywnych doświadczeń, np. przemocy rówieśniczej, rozwodu czy uzależnienia od alkoholu w rodzinie, wykorzystania seksualnego etc.

Te trzy grupy czynników, to system naczyń połączonych. Możemy mieć bardzo wysoką podatność genetyczną, ale jeśli czynniki psychogenne i środowiskowe są na niskim poziomie, udaje się zapobiegać rozwojowi depresji.

Paradoksalnie może być tak, że dzieci z większą podatnością genetyczną są lepiej chronione przed depresją, choćby dlatego, że rodzice wiedzą jak ją rozpoznać i umieją szybko zareagować.

Uważne, świadome i opiekuńcze środowisko oraz wyuczone umiejętności radzenia sobie z problemami czy płynąca z edukacji motywacja do sięgania po pomoc w trudnych sytuacjach, mogą dzieci uratować.

Niestety psychiatrzy nie pozostawiają złudzeń: depresja, z którą teraz borykają się dzieci i młodzieży nie jest genetyczna tylko właśnie psychogenna i środowiskowa. Dzieci mają niewielkie umiejętności szukania rozwiązań, a środowisko jest często nieprzyjazne.

Brakuje możliwości kontaktu z psychologiem czy pedagogiem, bo minister edukacji (ten i pięciu poprzednich) się o to nie zatroszczył. Ministrowie zdrowia nie reagowali na postępujący kryzys w psychiatrii dzieci i młodzieży.

Ministrowie odpowiadający za wsparcie rodzin również robili niewiele w zakresie upowszechniania wśród rodziców programów profilaktycznych czy dobrego rodzicielstwa. Przez to dom nie zawsze jest schronieniem. Dzieci nie mają poczucia bezpieczeństwa, bo nikt go nie zbudował. Nie czują z rodzicami więzi, bo ci nigdy o nią nie zabiegali – nie wiedząc jak.

Bardziej niż katastrofy klimatycznej boje się dziś tego, że zabije nas brak relacji.

Co z tą więzią? Dlaczego jest tak źle?

Dawniej, chcąc nie chcąc, spędzaliśmy ze sobą więcej czasu (także dlatego, że nie było alternatyw). Przekazywanie wartości działo się prawie na zasadzie osmozy. Nawet na podwórku był rodzaj sąsiedzkiej społecznej kontroli, teraz tego nie ma, cierpimy na chroniczny brak uważności.

Nawet jak siedzimy w jednym pokoju, to oprócz nas jest telewizor, dwa komputery i trzy komórki. W domach mamy coraz mniej interakcji, a więź buduje się cały czas, a nie od święta.

Zachłysnęliśmy się możliwościami i zgubiliśmy sens spędzanego razem czasu. Wozimy dzieci na coraz więcej zajęć dodatkowych, żeby miały lepszy start, żeby się rozwijały – dzieci są wykończone, nie mają siły na naukę, a szkoła dużo od nich wymaga.

Dziecko nie pomyśli potem – o kurcze, wziąłem na siebie za dużo, muszę z czegoś zrezygnować, tylko – nie daję sobie rady, coś ze mną nie tak. A to nie odpowiedzialność dziecka, tylko nasza – to my musimy interweniować, czasem przyznać się do błędu, bo to my zapisaliśmy je na te wszystkie zajęcia. Zapominamy, że dzieci muszą się czasem ponudzić i spędzać więcej czasu z nami.

Jaka jest rola rodzica?

Czasem kiedy rozmawiamy z dzwoniącymi dziećmi o wsparciu rodziców, słyszymy: „Pani jest taka mądra, pani jest psychologiem, ale moja mama pracuje na kasie, jak ona ma mi pomóc?”. A rola rodzica nie polega na tym, żeby zastąpić psychologa, tylko żeby być przy dziecku. Nawet jeśli nie wie jak pomóc, musi wiedzieć, co się z dzieckiem dzieje, żeby je wspierać i poszukać specjalisty, który pomoże.

Ale nie wie. Wciąż nie rozumiem jak to możliwe.

Niestety, rodzice nawet nie zauważają, kiedy tracą kontakt z dzieckiem. Mówią potem: nie poznaję własnego dziecka. Ale tego dziecka nikt w nocy nie podmienił, ono rozchodziło się z rodzicami od lat i to nie jego wina, bo to rodzic musi o więź z dzieckiem zabiegać i uczyć jej. Wychowanie, to proces aktywny.

To właśnie brak tej więzi i zainteresowania rodzica powoduje, że nie zauważają też symptomów depresji. Kiedy zaczyna się kryzys, reakcją jest często wycofanie się z relacji, z zajęć, które dotychczas lubiliśmy.

A jak rodzic ma zauważyć, że dziecko wycofuje się z relacji z nim, jeśli nigdy nie była bardzo silna?

Albo, że przestaje się z kimś przyjaźnić, skoro mama czy tata nie wie nawet, jak miała na imię ta koleżanka. Nagle zupełnie traci zainteresowanie hobby, a my zamiast drążyć dlaczego, mówimy: nareszcie wybiłeś sobie z głowy te głupoty i się do nauki przyłożysz.

Na doświadczenie zdrady pada: mówiłam ci, że on nie jest dla ciebie.

Często zamiast budować z dzieckiem relacje kiedy ono ma problem, wydajemy opinię, pokazujemy, że mieliśmy rację. Codziennie stopniowo zamykamy sobie drogę do naszych dzieci.

Nie wystarczy zapytać po szkole – jak było, żeby usłyszeć – fajnie. Trzeba być dla dziecka dostępnym wtedy, kiedy chce nam o czymś opowiedzieć, interesować się, dopytywać i przede wszystkim: uważnie słuchać i obserwować, wiedzieć, na co zwracać uwagę, bo depresja dzieci i nastolatków różni się od tej dorosłych [więcej informacji tutaj].

Dzieci najbardziej cierpią przez brak rozmów, brak poczucia bezpieczeństwa. Potrzebują rodziców, którzy stale zapewniają, że je kochają, jego problemy są ważne i zawsze zostaną wysłuchane.

Zaniedbanie emocjonalne ma na dzieci gorszy wpływ niż przemoc. Nie chodzi o to, że rodzic mówi dziecku: żałuję, że się urodziłeś, jesteś beznadziejny, tylko o to, że rodzic nie mówi nic, nigdy nie ma czasu, albo wyłącznie wydaje opinie. To sprawia, że dzieci 11 razy częściej próbują się zabić.

Czyli rodzic ma być dla dziecka zawsze dostępny. To znaczy – rzucić pracę?

Nie chodzi wcale o to, żeby wracać np. do modelu kobiety w domu z dzieckiem. Można mieć karierę zawodową i dobrą relację z dzieckiem. Chodzi o to, żeby lepiej wykorzystywać wspólny czas. Od małego. Na przykład przez wieczorny rytuał czytania książki. Niektóre dzieci, kiedy dzieje się coś, co je niepokoi, nie powiedzą o tym od razu, tylko zaczną to z siebie wyrzucać przy wspólnej zabawie albo właśnie wieczorem.

Rodzic czyta, a dziecko zaczyna mówić o czymś zupełnie innym – bo właśnie wtedy jest gotowe. I jeśli rodzic powie: cicho, nie przerywaj, dziecko słyszy: nie interesuje mnie o czym chcesz opowiedzieć. I dziecko to zapamięta. Jeśli rodzic włączy dziecku pięknego audiobooka i wyjdzie, też odbierze sobie szansę na budowanie więzi.

Nasze wspólne spędzanie czasu powinno być ciągłym dawaniem okazji do rozmowy.

Rodzice muszą też pamiętać, że nie ma złotej strategii wychowania, bo każde dziecko jest inne. To trochę tak, jakby każde dziecko było niezapisaną kartką, ale jedna będzie w linie, inna bez linii, pognieciona albo czarna – nie da się pisać po tak różnych kartkach tym samym długopisem.

Jeśli coś nie działa, szukajmy wsparcia, najlepiej u specjalistów. Konsultacja z psychologiem jest na pewno lepsza niż błądzenie.

Jakie błędy popełniają rodzice?

Część uważa, że dzieci należy przed problemami chronić, nie mówiąc, że istnieją. A problemy w końcu się pojawiają – jako naturalna część życia i dziecko jest na nie zupełnie nieprzygotowane.

Zdarza się, że oglądamy telewizję, słuchamy wiadomości, dzieje się coś złego  i myślimy – mojego dziecka to nie dotyczy. To straszny błąd! Naszego dziecka to dotyczy, chociażby dlatego, że już o tym zdarzeniu usłyszało albo zaraz usłyszy gdzie indziej.

Wszyscy debatujemy o podwójnym roczniku, morderstwie Blanki czy gwałcie w szpitalu psychiatrycznym, a mało kto zauważa, że słyszą lub czytają to także dzieci, że to przeżywają.

Mieliśmy wiele telefonów od nastolatków martwiących się tegorocznym naborem do szkół, coraz trudniej przekonać je też, że szpital może im pomóc. „Nie chcę, przecież mnie tam zgwałcą”. Z dziećmi trzeba rozmawiać, także na trudne tematy.

Ale jak? Ja sama nie wiem, jak sobie z tymi historiami poradzić, co miałabym powiedzieć dziecku?

Nie chodzi o to, żeby udawać. Można powiedzieć: trudno mi to zrozumieć albo poradzić sobie z jakimś wydarzeniem, to nie powinno tak wyglądać. A potem powiedzieć co zrobiono albo co można zrobić, żeby zapobiec takiej sytuacji w przyszłości.

To są bardzo ważne momenty, kiedy można dziecku wytłumaczyć np. jak dbać o własne bezpieczeństwo.

A co z tymi rodzicami, którzy przegapili już moment na rozmowy. Jest za późno?

Pod numerem 116 111 codziennie ratujemy komuś życie rozmową, wiem więc, że nigdy nie jest za późno. Wsparcie do rozmów z dziećmi rodzice mogą uzyskać dzwoniąc do Telefonu dla Rodziców w sprawie Bezpieczeństwa Dzieci 800 100 100 Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.


Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Komentarze

  1. Tadeusz Kuzmin

    Dzieciństwo, szkoła, szukanie pracy to maraton poniżania. Niewiele się zmieni jeśli nie będzie się uczyć dzieci wspólnotowego myślenia, i że dowalanie innym by samemu poczuć się lepszym nie prowadzi społeczeństw ku świetności. Raczej się na to nie zapowiada.

  2. Mateusz Głazowski

    Współcześni rodzice polscy nie nawiązują kontaktu ze swoimi dziećmi. Dziecko jest i trzeba mu zapewnić spacer, jedzenie, ubranie. Matka idąca z dzieckiem w wózku nie reaguje na jego pytania bo jest zajęta rozmową przez telefon. Kiedy jestem na placu zabaw ze swoimi Córeczkami traktowany jestem jak dziwoląg bo towarzyszę im w pokonywaniu nowych przeszkód. Objaśniam zasady jak działa dany sprzęt, itd. Rodzicom szkoda czasu na dzieci, tyle się przecież dzieje.

  3. Momo Olejnik

    @Mateusz Głazowski @Tadeusz Kuzmin w pełni się z Panami zgadzam, obecni rodzice których można zobaczyć na ulicy, placu zabaw czy w przedszkolu to zazwyczaj obraz klęski naszego społeczeństwa. Na przykład wspomniany w wywiadzie rytuał czytania książki wieczorem jest arcyważny, ale zaniedbywany przez 90% rodziców. Może nawet więcej, ale chcę się łudzić że chociaż te 10% ma tego świadomość 😉 Najgorsze jest to, że wielu rodziców po prostu nie zdaje sobie sprawy z błędów, które popełnia. Moim zdaniem wprowadzenie obowiązkowych "nauk rodzicielskich" dla młodych rodziców powinno być warunkiem dla otrzymywania 500+ lub ulg podatkowych. Od tego jest Państwo – od dbania o jak najlepsze relacje w rodzinie, bo to przekłada się na społeczeństwo. Wiele tzw. "madek" i tak by od razu olała to czego by uczyli na takich lekcjach, ale nawet jeśli kolejne 10% rodziców poprawiłoby swoje podstawowe błędy, to już nasze społeczeństwo by to odczuło. Tylko że nie mamy polityków na tyle odważnych, żeby poruszyć ten problem. A mamy cholerny problem, co właśnie już teraz widać po ilości problemów psychicznych wśród dzieci (nie pamiętam dokładnie które badania wskazywały, że 30% nastolatków cierpi na depresję!). Będzie tylko gorzej, bo problemy się pogłębiają a rządy – wcześniej PO a tym bardziej PiS – całkowicie to lekceważą.

  4. Michał Kowalski

    Zacznijmy od tego, że w naszym kraju nie istnieje profesjonalna pomoc psychologiczna. Owszem, prywatnych psychologów czy psychoterapeutów mamy multum i wielu z nich to konkretni profesjonaliści. Tylko, że nie każdego stać żeby płacić za wizytę 150-200 zł. Tym bardziej, że sesje terapeutyczne nie trwają 2-3 tygodnie, tylko kilka miesięcy a nawet lat. W małych miejscowościach w ogóle brakuje specjalistów i albo dojedziesz sobie do większego miasta do dobrego psychologa (dodatkowe koszty dla kogoś kto musi liczyć się z każdym groszem). Albo na NFZ dostaniesz zmęczoną życiem panią, która od 20 lat mówi pacjentom, aby myśleli pozytywnie i problem się rozwiąże. Oczywiście nieco trywializuję, ale polska psychiatria zmierza do tego, że jeśli nie masz pieniędzy to nie otrzymasz żadnej profesjonalnej pomocy psychologicznej. Do tego samego
    generalniezmierza całe służba zdrowia, edukacja itp. W takim razie po co płacimy podatki? Po co podwyższane są składki zdrowotne? Żeby usłyszeć, że pierwszy możliwy wolny termin u specjalisty jest za 4-6 miesięcy? Gdzie jest rząd, który ma rzekomo wyrównywać szanse biednych z bogatymi? Ich wyrównywanie szans ogranicza się do transeru 500 zł na konto? A co z emerytami, którzy mają dorosłe dzieci i nie pobierają 500+ oraz nie stać ich na prywatne wizyty? Jeśli chodzi o mnie to ja wolałbym nie płacić podatków w celu uniknięcia podwójnej zapłaty za tę samą usługę, bo jak czegoś potrzebuję to i tak idę prywtanie. Na szczęście mogę sobie na to pozwolić. Problem w tym, że wielu ludzi nie może, a też płaci składki zdrowotne i też należy im się pomoc specjalistów. Niestety nikt nic z tym nie robi i olewa sprawę udając, że jest dobrze.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press