0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. SVEN NACKSTRAND / AFPFot. SVEN NACKSTRAND...

– Kochamy wszystki nasz pacjencik! – mówi z błyskiem w ciemnych oczach młodsza pielęgniarka (po szwedzku: undersköterska) wychodząc z pokoju, w którym właśnie pobrała pacjentowi krew. Nie mam pojęcia, skąd jest, w Szwecji należy do dobrego tonu, by takich pytań nie zadawać, bo mogłoby to zostać uznane za podkreślanie czyjegoś braku przynależności. Sama na ogół przestrzegam tej zasady i dlatego

zajęło mi trzy miesiące, żeby dojść do tego, że nowa koleżanka na jodze jest Polką, jak ja.

Pogadywałyśmy w szatni, słyszałam jej akcent, ona mój, ale że jest to akcent wspólny, dowiedziałyśmy się dopiero wtedy, gdy inna polska koleżanka wróciła z długiej podróży, weszła do jogowej szatni i zawołała do nas obu: cześć.

To w sumie ciekawe, bo pytanie „skąd jesteś” może być przecież pełne życzliwej ciekawości. W USA, kraju imigrantów oraz ludzi, którzy rzadko mieszkają w tym samym stanie, w którym się urodzili, pytanie Where are you from? przełamuje pierwsze lody i bywa wyrazem nadziei na szybkie znalezienie wspólnego mianownika: „Ok, jesteśmy od niedawna w Nowym Jorku, ale może każde z nas pochodzi z Sacramento? Może mamy wspólny home town?”. No, ale Stany to Stany, a Europa to Europa, inna rzeczywistość.

Chirurg z Afganistanu i pielęgniarka z Iraku

Wracając do sztokholmskiej kliniki, w której spędziłam ostatnio sporo czasu, bo odwiedzałam bliską mi osobę, to właśnie szpitale są tymi miejscami w Szwecji, w których wielokulturowość jest bardzo widoczna i świetnie funkcjonuje. Chirurg z Afganistanu operuje z pomocą szwedzkiej pielęgniarki i drugiego lekarza z Włoch, na korytarzach widać pielęgniarki i pielęgniarzy ze wszystkich stron świata, jest kolorowo i wielu pracowników nie mówi idealnie po szwedzku. Tak jak wspomniana młodsza pielęgniarka pochodząca nie wiem skąd, może z Iranu czy z Iraku. Po szwedzku mylą się jej słowa oraz liczba pojedyncza z mnogą, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo jest świetna w tym, co robi. A w dodatku serdeczniejsza od pielęgniarek szwedzkich, które też są miłe, ale nie mówią pacjentom, że ich kochają.

Mój przyjaciel, chirurg, który od ponad dwudziestu lat pracuje w szpitalu Karolinska twierdzi, że wielokulturowość jest tam po prostu częścią codzienności, ale jej za bardzo nie zmienia, ani nie utrudnia, ani nie ubarwia. Umówmy się, że Polacy w Polsce nie przychodzą do pracy w strojach krakowskich, podobnie jak hinduskie lekarki w Indiach nie występują w pracy kolorowych sari. Nie dzieje się tak także wtedy, gdy pracują za granicą.

– Wszyscy mamy wspólne cele i wszyscy mówimy po szwedzku – opowiada Rafał, który jest chirurgiem transplantologiem. – Zdarza się, że na konferencjach i zebraniach rodowici Szwedzi są w mniejszości. W szpitalnej stołówce nie siadamy do stołów w narodowościowych podgrupach, tylko się ze sobą mieszamy. Zdarza mi się mówić po szwedzku także z polskim lekarzami, bo po tylu latach pracy w języku szwedzkim, brakuje mi po polsku medycznej terminologii.

Nie czuję, żeby czyjeś pochodzenie wpływało na to, jakim jest lekarzem.

No może zdarza się, że ktoś z południa ma żywszą gestykulację w rozmowie. Albo ktoś ma wyraźny akcent, do którego wszyscy się już dawno przyzwyczaili. Nie mam poczucia, że wielokulturowość nas wzbogaca, ona po prostu jest częścią naszej codzienności, niespecjalnie istotną, chyba że myśli się w takich kategoriach, że dzięki wielokulturowości Szwecja ma dziś dostęp do najlepszych specjalistów z całego świata.

Mam kolegów z Bagdadu, z Oslo i z wielu innych miast. Tak po prostu jest, nie organizujemy sobie dni próbowania przysmaków z międzynarodowych kuchni, my po prostu razem pracujemy, używając tych samych, sprawdzonych metod i tego samego języka.

Przeczytaj także:

Mieszkać koło sobie podobnych

Szwecja jest jednym z najbardziej wielokulturowych krajów w Europie. 22 procent mieszkańców urodziło się w innych miejscach na Ziemi, prawie 15 procent spośród nich pochodzi z krajów pozaeuropejskich. Przez wiele lat, dokładniej od czasów premiera Olofa Palmego, kolejne szwedzkie rządy dostosowywały wyjątkowo otwartą i liberalną politykę migracyjną do koncepcji humanitarnego mocarstwa, za które Szwecja miała uchodzić. O problemach z integrowaniem imigrantów nie dyskutowano w obawie, że może być to rasistowskie lub sprzyjać populistycznej partii Szwedzkich Demokratów.

Nie mogłam się nadziwić temu milczeniu i tabuizowaniu tego, co ważne do przedyskutowania, pisałam o tym w mojej książce „Moraliści”.

Jakiś czas temu, całkiem niedawno, atmosfera w kraju całkowicie się zmieniła.

Ostatnie wybory odbyły się pod znakiem licytacji, która partia szybciej uszczelni granice, a o imigrantach mówi się teraz głównie jako o problemie i obciążeniu dla budżetu (w czasie recesji!). Ciągle czytam, że imigranci się nie integrują, że kaleczą szwedzki, albo w ogóle go nie znają, że nierodowici Szwedzi mają gorsze wyniki w szkole, że to tylko nie-Szwedzi częściej zostają kryminalistami i tak dalej.

Narzekaniom nie ma końca, a wielokulturowość z pojęcia wyidealizowanego i czczonego przekształciła się w temat kontrowersyjny i kojarzony z problemami. Pozostaje pytanie, czy żyjąc w wielokulturowym kraju, doświadczam wielokulturowości na co dzień, poza rzadkimi w moim przypadku kontaktami ze służbą zdrowia? Czy mogę reklamować szwedzką wielokulturowość, opowiadając o cudownej sąsiadce z Syrii i zaprzyjaźnionym joginie z Afganistanu? No nie.

Dlaczego? Po prostu z tego powodu, że Szwecja jest krajem ogromnej segregacji mieszkaniowej, za którą idą także inne formy segregacji, na przykład w szkolnictwie. Z tej przyczyny imigranci, którzy mają normalne zarobki i należą do klasy średniej, a do tego chcą, by ich dzieci nauczyły się jak najlepiej szwedzkiego i znalazły miejsce w nowym kraju, robią wszystko, żeby mieszkać w okolicach, w których są dobre szkoły. A takie okolice bywają bardzo szwedzkie.

Mój syn chodził przez pewien czas do podstawówki, w której był jedynym dwujęzycznym dzieckiem w klasie. Później chodził do szkoły szwedzko-amerykańskiej, gdzie panowała większa różnorodność, ale nadal nie była to wielokulturowość naturalna, zrodzona z tego, że ludzie mieszkają na jednej ulicy. W Szwecji jest zazwyczaj albo tak, że gdzieś mieszkają tylko imigranci, albo tak, że gdzieś mieszkają prawie tylko Szwedzi, a jeśli imigranci, to w większości Europejczycy, w dodatku mocno zasymilowani.

Niedawno w dzienniku „Svenska Dagbladet” przeczytałam artykuł autorstwa Charlotte Boström, Szwedki mieszkającej w Amsterdamie. Opowiadała o tym, że był czas, gdy wstydziła się swojej dzielnicy Amsterdam West przed odwiedzającymi ją znajomymi ze Szwecji. Dlaczego? Bo na chodnikach leżą tam psie kupy i część mieszkańców jest ewidentnie bezrobotna – wysiadują całymi dniami na ławkach przed blokami. Poza tym wśród jej sąsiadów są ludzie z Surinamu i Iranu, co dla Szweda z klasy średniej jest wyraźnym sygnałem, że dzielnica jest mało prestiżowa. Tymczasem Amsterdam West jest okolicą, w której idealnie mieszają się bardzo drogie mieszkania oraz czynszówki i która aż kipi od ciekawych instytucji kultury.

Cóż, skoro znajomi i rodzina ze Szwecji nie mogą się nadziwić, dlaczego w mieszkaniu obok apartamentu Charlotte mieszka samotna matka z dołów społecznych (oczywiście szwedzcy goście nigdy nie użyją określenia „doły społeczne”, są na to zbyt politycznie poprawni – używają innych słów, ale sens jest właśnie taki). Pytają, bo jak to formułuje autorka tekstu ”W Szwecji ludzie mieszkają obok sobie podobnych. Zwłaszcza w miastach”.

Boström twierdzi, że wprawdzie kocha Szwecję, ale kiedy odwiedza swój kraj, ma coraz silniejsze poczucie sztuczności „Odwiedzam moich białych przyjaciół z klasy średniej i moją kochaną białą rodzinę z klasy średniej i widzę tylko białych członków średniej klasy, ich dobrze przystrzyżone trawniki (bo rzecz jasna mieszka się w willi!), ludzi, którzy codziennie chodzą do pracy, ich markowe kurtki, ich remonty i tylko trochę wzburzone, blond czupryny, a także czekające przed drzwiami papierowe torby z gotowym, zdrowym jedzeniem”.

Jednocześnie autorka ma pełną świadomość, że w Szwecji jest mnóstwo ludzi, którzy nie są blondynami i nie mają ani willi, ani własnościowego mieszkania. Rzecz w tym, że ona ich nie widuje. Może w metrze, ale nie na wszystkich trasach.

Bańki w osiedlu marzeń

W moim szwedzkim życiu najbardziej wielokulturowo jest na moich zajęciach jogi, ale trzeba powiedzieć, że to wielokulturowość zbudowana głównie z dobrze zarabiających ekspatów z Norwegii i Stanów Zjednoczonych, dobrze zasymilowanych imigrantów z krajów europejskich oraz Szwedów o nieszwedzkich korzeniach.

Jednym z powodów takiej sytuacji jest fakt, że jogę uprawiają raczej członkowie klasy średniej, drugim fakt, że studio jogi, w którym praktykuję ashtangę, znajduje się w bardzo eleganckiej dzielnicy Östermalm. Nie wybrałam go ze względu na snobizm, tylko dlatego, że jest to w zasadzie jedyne miejsce w Sztokholmie oferujące tak zaawansowany program ashtangi w stylu Mysore, którą uprawiam. Moi jogowi znajomi są przemili i bywali w świecie, ale nigdy nie zapomnę, jak kilku z nich nie mogło się nadziwić, kiedy wspomniałam, że chcę pokazać gościowi z Polski imigrancką dzielnicę Tensta.

– Naprawdę tam pojedziecie? – pytał zdumiony kolega, sztokholmczyk z dziada pradziada, mieszkaniec Östermalm, który w Tensta nigdy nie postawił nogi i pewnie się tam już nie wybierze, bo kiedy tęskni za wielokulturowością, jedzie praktykować jogę na Goa.

W „Dagens Nyheter” czytam o żyjącym w Norwegii byłym gangsterze Ghulamie Abbasie, który zszedł ze złej drogi, studiuje nauki społeczne i napisał książkę o norweskich problemach z integracją imigrantów. Szwedzkiemu dziennikarzowi mówi, że Norwegia jest i tak w znacznie lepszej sytuacji, bo nie ma, jak Szwecja, etnicznych gett. „Uniknęliśmy gett dzięki innej polityce mieszkaniowej.

Nie można robić tak jak w Szwecji, że ściąga się ludzi z różnych krajów, a potem wrzuca wszystkich do jednej dzielnicy i niech tam siedzą. To niesamowicie naiwne”.

Są w Szwecji takie miejsca jak wielokulturowe, szwedzko-nieszwedzkie Sofielund w Malmö, w którym 44 procent ludności urodziło się poza Szwecją. W dzielnicy tej wybudowano ileś lat temu osiedle Trevnaden, mające być realizacją wszystkich urbanistycznych marzeń o miejscu stworzonym do tego, by ludzie się ze sobą spotykali i nawiązywali kontakt.

Na stronach biura architektonicznego niektóre z domów na osiedlu prezentują się zjawiskowo, jednak badania socjologiczne, zarówno szwedzkie, jak i norweskie przeprowadzone na osiedlu, o których pisze w piśmie „Kvartal” Henrik Höjer, wykazują, że na wzorcowym osiedlu nie ma wzorcowej bliskości i jedności. Ludzie trzymają się w swoich grupach narodowościowych, Arabowie narzekają na Somalijczyków, Somalijczycy na inne nacje, Szwedzi zwyczajowo otaczają się innymi Szwedami i narzekają na hałas.

Cytowany w artykule mieszkaniec osiedla mówi tak: „Chciałbym, żebyśmy wszyscy byli happy-happy, pletli sobie afrykańskie warkoczyki, tańczyli różne tańce i interesowali się kulturami, z których pochodzimy. Ale tak nie jest”.

Socjolodzy twierdzą, że jedną z przyczyn niepowodzenia może być brak pozytywnej wizji tego, czym ma być szwedzka wielokulturowość na tak zwanej górze, czyli w państwie.

Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że logika wielokulturowości w Szwecji przypomina do złudzenia logikę Facebooka. Są na nim wszyscy, pełna różnorodność, szkopuł w tym, że każdy siedzi w swojej bańce czytając wybierane przez algorytm teksty ludzi do niego podobnych. W Szwecji też są wszyscy i każda grupa siedzi w swojej bańce wśród ludzi podobnych. Trochę bez kontaktu z resztą.

Jestem jednak optymistką, więc nazwę to wielokulturowością potencjalną – ona nadal może się wydarzyć. I jeśli będzie kiedyś taka, jak w szwedzkich szpitalach, to będzie naprawdę dobrze.

Na zdjęciu: świętowanie Midsommar (szwedzkiego odpowiednika nocy świętojańskiej) w zamku Tyresö pod Sztokholmem, 22 czerwca 2007 roku.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, niepokoją, zaskakują właśnie.

;

Udostępnij:

Katarzyna Tubylewicz

Pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka literatury szwedzkiej. Autorka m.in. reportaży o współczesnej Szwecji „Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami”, „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”. Ostatnio wydała: „Szwedzka sztuka kochania. O miłości i seksie na Północy”.

Komentarze