Minister środowiska Jan Szyszko nie poniesie konsekwencji prawnych za udział w rzezi bażantów w OHZ Grodno 11 lutego 2017 roku. Prokuratura nie wszczęła postępowania, o które zabiegały organizacje ekologiczne, a sąd przyznał jej rację. Wymiar sprawiedliwości pominął, że w świetle polskiego prawa to w ogóle nie było polowanie

W marcu 2017 roku Wirtualna Polska ujawniła, że 11 lutego minister środowiska Jan Szyszko i inni członkowie Polskiego Związku Łowieckiego, w tym jego prezes Lech Bloch, w Ośrodku Hodowli Zwierzyny (OHZ) w Grodnie wzięli udział w tzw. polowaniu klatkowym na bażanty. Myśliwym wypuszczono pod lufy kilkaset ptaków – w sześciu miotach.

Według ostatnich danych bażantów było 700 (pierwotnie mówiono o 500), z których zastrzelono 336. Podczas polowań na ptaki jest wiele tzw. postrzałków, czyli rannych zwierząt, które przeżywają samo polowanie, ale potem umierają od ran, albo osłabione obrażeniami giną zabijane przez drapieżniki. Można się więc spodziewać, że liczba ptaków, która zginęła w wyniku tego polowania, była większa.



„Minister realizował swoją pasję”

Sprawa zbulwersowała opinię publiczną. Strzelanie do zwierząt dopiero co wypuszczonych z klatek uznano za barbarzyńską rzeź, zwłaszcza, że w polowaniu brał udział minister środowiska. Czyli ktoś, kto z założenia dba o polską przyrodę, a tego rodzaju rozrywki powinny być mu obce.

Przyciśnięty do ściany Szyszko wydał nawet oświadczenie. Nie odniósł się do zarzutów, za to pouczył o biologii bażanta. A od rzeczniczki prasowej PZŁ Diany Piotrowskiej można się było dowiedzieć, że polityk „był na polowaniu prywatnie” i „realizował swoją pasję”.

Eksperci zwracali uwagę, że Szyszko i jego koledzy-myśliwi złamali zasady etyki łowieckiej.

Sposób przeprowadzenia tego polowania stał w sprzeczności z Kodeksem Etycznym Myśliwych Unii Europejskiej. Ten mówi, że należy unikać uwalniania zwierzyny bezpośrednio lub podczas polowania (art. VII, pkt. 8). Ponadto złamano zapis „Zbioru zasad etyki i tradycji łowieckich”, czyli oficjalnego dokumentu PZŁ. Punkt 4 mówi, że myśliwy jest zobowiązany do dbałości o pozytywny obraz łowiectwa, a swoim postępowaniem powinien przyczyniać się do kształtowania dobrej opinii o PZŁ i jego członkach. Strzelanie do bażantów 11 lutego 2017 w oczywisty sposób szkodzi wizerunkowi myślistwa w Polsce.



„To nie polowanie, ale nielegalny ubój”

Sprawa budziła również poważne wątpliwości od strony prawnej. 27 marca 2017 roku Fundacja na Rzecz Prawnej Ochrony Zwierząt i Kontroli Obywatelskiej Lex Nova oraz Fundacja na Rzecz Ochrony Zwierząt Ius Animalia złożyły zawiadomienie o przestępstwie. Zdaniem tych fundacji

myśliwi – z ministrem na czele – złamali przepisy ustawy o ochronie zwierząt.

Zdaniem obydwu organizacji wydarzeń z 11 lutego nie można uznać za polowanie, ponieważ nie strzelano do zwierząt w stanie wolnym, ale wyhodowanych w OHZ. „Nie były one zwierzętami dzikimi i nie stanowiły własności Skarbu Państwa. Zatem zgodnie z prawem łowieckim nie spełniały definicji zwierzyny łownej, na którą można polować” – napisała w komunikacie prasowym Anna Gdula z Lex Nova.

Z kolei przepisy ustawy o ochronie zdrowia zwierząt oraz zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt (art. 2 pkt 1) kwalifikują bażanta jako drób. A w przypadku uboju drobiu zastosowanie znajdują przepisy ustawy o ochronie zwierząt (art. 33 i 34), zgodnie z którymi uśmiercane zwierzę musi zostać uprzednio ogłuszone. I to w taki sposób, by było nieświadome aż do śmierci – po to, by oszczędzić mu męki.

„Ptaki zabito strzelając do nich amunicją śrutową. Były świadome, kiedy je raniono i umierały. A więc cierpiały. Dlatego sposób ich uśmiercenia był niezgodny z przepisami ustawy o ochronie zwierząt” – powiedziała OKO.press Gdula.



Tłumaczenia prokuratury

Jednak prokuratura w Toruniu odmówiła wszczęcia śledztwa. Tę decyzję zaskarżyła do sądu Lex Nova. A Sąd Rejonowy w Toruniu podtrzymał decyzję prokuratury. To oznacza, że sprawę – pociągnięcie do odpowiedzialności ministra Szyszki – można uznać za zamkniętą, bo decyzja jest prawomocna.

Stało się to już miesiąc temu, ale do tej pory sąd nie podał do publicznej wiadomości uzasadnienia swojej decyzji.

Tymczasem dla „Gazety Pomorskiej” wypowiedział się rzecznik toruńskiej prokuratury Andrzej Kukawski. „Prokurator odmówił wszczęcia śledztwa dotyczącego uboju bażantów, wobec stwierdzenia braku znamion czynu zabronionego”.

Zdaniem rzecznika wszystko odbyło się legalnie, bo bażanty to zwierzęta łowne i można na nie polować w tym okresie, gdy strzelano w OHZ Grodno. Ponadto, polujący posiadali legitymacje członkowskie PZŁ i pozwolenia na posiadanie broni myśliwskiej. Wypowiedział się też o rzeczy kluczowej:


Nie ma żadnych przepisów, które precyzowałyby jaki czas powinien upłynąć od uwolnienia bażantów hodowlanych z klatek, a rozpoczęciem polowania na nie.

Andrzej Kukawski, Gazeta Pomorska - 05/09/2017

Fot. Prokuratura Okręgowa w Toruniu


Nie szkodzi. W świetle polskiego prawa to nie było polowanie


Prokuratura prześlizgnęła się nad podstawową trudnością. Owszem, nie ma przepisów, które by mówiły, od kiedy można polować na hodowlanego bażanta wypuszczonego na łowisku z klatki.

Ale rzecznik toruńskiej prokuratury całkowicie zignorował fakt, że zwierzęta nie były wolno żyjące. A to jest podstawowa rzecz, która określa, czy w ogóle można na nie polować.

Bażanty były uwolnione, ale nie wolne

W Polsce można polować tylko na zwierzęta wolno żyjące, które znajdują się na liście zwierząt łownych, a ich odstrzał nie jest objęty moratorium. Takie nieudomowione i żyjące w warunkach niezależnych od człowieka zwierzęta są własnością Skarbu Państwa.

„Z pewnym uogólnieniem da się stwierdzić, że

aby zwierzę mogło zostać uznane za wolno żyjące, powinno przebywać w „warunkach wolnościowych” na tyle długo, by doszło u niego do wykształcenia umiejętności pozwalających na przetrwanie bez pomocy człowieka, w konkretnym środowisku, w dowolnej porze roku”

– pisze w artykule „Polowanie na klatkowe bażanty nielegalne” („Brać Łowiecka”, 12/2016) dr Miłosz Kościelniak-Marszał, prawnik i myśliwy.

Autor rozwija tu wątki zawarte w postanowieniu Sądu Najwyższego (sygn. V KK 151/11) z 3 października 2011 roku. Mowa w nim o tym, że zwierzę hodowlane, które np. w wyniku opuszczenia terenu hodowli tymczasowo pozostawało w stanie wolnym, nie staje się przez to automatycznie zwierzęciem wolno żyjącym, będącym własnością Skarbu Państwa. Takie zwierzę jest „uwolnione”, ale jeszcze nie „wolne”.

Dlatego bażanty wypuszczone z klatek 11 lutego 2017 roku nie były ptakami wolno żyjącymi. Nie wiadomo, czy były one w stanie samodzielnie przetrwać w środowisku ponieważ na wolność wypuszczono je tuż przed śmiercią.

W związku z tym wszystkim rzeź w OHZ Grodno trudno uznać za polowanie.


Abonament na wolność słowa!

lub

Przez przelew tradycyjny lub PayPal

Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym