17 czerwca 2020

OKO.press ujawnia: tak zawiodło państwo podczas epidemii na Śląsku. Bałagan, chaos, niekompetencja

Epidemia na Śląsku. OKO.press ujawnia chaos, niekompetencję oraz ignorowanie procedur, które najpierw doprowadziły do wybuchu ogniska zakażeń koronawirusem w kopalniach, a później skazały górników oraz ich rodziny na tygodnie niepewności

[restrict_content paragrafy="2"]„To musiało się skończyć takimi zakażeniami" - uważa K. górnik z KWK ROW Ruch Jankowice. Gdy epidemia zamroziła prawie cały kraj, kopalniane „szole” - windy, którymi zjeżdżają górnicy pod ziemię - wg naszych rozmówców nadal były prawie pełne. Aż do połowy kwietnia.

40 osób, jeden na drugim. 3 do 5 minut w ciasnocie, by dojechać na poziom 700 m. Transport do ściany wydobywczej też w wąskich wagonikach, na łaźniach również ścisk. Maseczki nosiła większość załogi, ale nie wszyscy, bo BHP nie karała za ich brak. Co najwyżej upominała. „Dopiero gdy wykryli u nas więcej osób z koronawirusem, to zaczęli poważniej podchodzić do dystansowania górników" - przypomina sobie A.

Na koniec kwietnia 650 pracowników tej rybnickiej kopalni było na kwarantannie, a w połowie maja koronawirusa potwierdzono u 574 osób. Wtedy była to połowa wszystkich przypadków w Polskiej Grupie Górniczej - 13 kopalniach i zakładach.

Boguszowice - przykopalnianą dzielnicę Rybnika - mieszkańcy nazywali „małe Wuhan”. Gdy pojawiły się pierwsze ofiary w okolicy, górników zmroził strach.

Pracownica jednej z placówek zdrowia w regionie: „Dzwonili do nas i otwarcie prosili o L4. Na cokolwiek. Bo bali się iść do pracy.”

Epidemia na Śląsku: najgorsze dopiero nadchodziło

„Chaos był totalny. Sytuacje jak z filmów Barei" - K. zaczyna opowieść o kwarantannie. Jeden z kolegów z jego oddziału miał wynik pozytywny. Kierownicy powiedzieli im, że przez tydzień od 21 kwietnia mają nie przychodzić do pracy. Żadnych informacji, czy się izolować, czy są na chorobowym.

„Normalnie funkcjonowałem. Dopiero po tygodniu zadzwoniła babka z Sanepidu, że jestem na kwarantannie w totalnej izolacji. Do tego czasu mogłem zarazić dziesiątki osób" - zauważa K.. Wymaz zrobili mu po kolejnym tygodniu. Wyniki nie przychodziły. Dzwonił dziennie po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset razy do Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Rybniku - tej podlega kopalnia. Non stop zajęte. Policjanci, którzy przyjechali powiedzieli mu, że do 3 czerwca mają sprawdzać, czy jest w kwarantannie.

Dopytywał się o wynik testu. Nie wiedzieli. Ale ponad 3 tygodnie w zamknięciu sugerowały, że ma koronawirusa. Później to się potwierdziło. Dostał info z Sanepidu, że kolejne 2 wymazy – tyle potrzeba negatywów aby była pewność, że pacjent jest zdrów – będą w drugiej połowie maja.

Na pierwszy wynik czekał tydzień. Codzienne telefony znów nic nie dawały. Zainstalował więc aplikację, która wydzwaniała do Sanepidu, aż do skutku. Nocą szanse na to były największe. Ok. 10 wieczorem włączał aplikację w telefonie, kładł go obok łóżka i zasypiał. Jeśli usłyszał nocą, że ktoś wreszcie odezwał się po drugiej stronie słuchawki, wybudzał się i zadawał pytania. Nie znalazł innego sposobu.

Na drugi wynik czekał 10 dni. Nawet aplikacja już nie pomagała. Non stop zajęte.

„Tej niepewności nie mogłem już wytrzymać" - wspomina. 3 czerwca, gdy miała skończyć się jego kwarantanna, a on nadal nie miał wyniku, zadzwonił do dawnej znajomej, która pracowała w sanepidzie. Pomogła mu - wynik negatywny. „Inaczej dalej bym czekał w niepewności" - uważa K.

Następnego dnia, gdy mógł już wyjść na zewnątrz, pod jego dom podjechał wymazobus. Mieli wziąć próbki.

„Myślałem, że dostanę kurwicy! "- mówi K. Wystraszył się – kolejnych tygodni w izolacji by nie wytrzymał. Zadzwonił na policję. Nic nie wiedzieli, by był na kwarantannie. Kolejne telefony i okazało się, że to pomyłka. Wymazobus miał pobrać próbki, ale od innego górnika o takim samym imieniu i nazwisku, z tej samej kopalni.

Kobieta z sanepidu tłumaczyła K., że nie mają żadnego system komputerowego, który ułatwiałby im tę pracę. Działają na papierach, nie patrzą na PESEL i stąd pomyłki.

W sumie K. spędził 6 tygodni poza pracą, z czego ponad pięć w totalnej izolacji.

Program Chaos+

„Nie jestem wyjątkiem. Takie historie to standard" - przekonuje K.. Faktycznie - bez problemu znajdujemy kolejne osoby, które opisują ten sam chaos.

Masowe wymazy dla pracowników KWK Jankowice firma zorganizowała 9-10 maja. Zatrudnieni dostali SMS-a z informacją, że każdy, kto nie miał już badania lub nie jest na kwarantannie, ma wykonać test na COVID-19 w tych 2 dniach. I podano cztery numery kopalniane, by dopytać o szczegóły. Cztery numery na 3 tys. pracowników!

„W ogóle nie można było się tam dodzwonić. Większość przyjechała więc na badania w sobotę 9 maja" – tłumaczy A.. Namioty z 5 ekipami do pobrań próbek ustawiono pod Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym nr 3 w Rybniku. Po godz. 14 setki górników w autach utworzyły tak długi korek, że zablokowali tę część miasta.

Niektórzy porzucali auta gdzieś dalej, by podejść piechotą i wsiąść do pojazdów kolegów, którzy stali już w kolejce. Portal Rybnik.com.pl opisał przypadek kobiety, która z mdlejącą matką z powodu korka nie mogła dojechać do szpitala, więc wezwała pogotowie. Rekordziści czekali po 4 godziny.

W bardzo wielu przypadkach stracili tylko czas. Bo dla jednych zabrakło testów, a innym zgubiono wyniki.

Z trójki naszych rozmówców, którzy tam byli, dwójka ich nie dostała. „Musiałem jeszcze 2 razy potem robić wymazy, by móc wrócić do pracy" – mówi A. Tych zagubień musiało być bardzo wiele, skoro organizatorzy – PGG i Śląski Urząd Wojewódzki - ponowili badania, ale ze stanowiskami już pod kopalnią Jankowice, na dużym parkingu. Tam już nie było takiego bałaganu.

Ale chaos rósł z innych powodów.

„To była porażka!" - J. pracownica KWK Jankowice, od 18 kwietnia razem z rodziną siedziała prawie 6 tygodni na kwarantannie. Gdy przyjechał pierwszy wymazobus, próbki pobrano tylko jej mężowi. Był chory. Ale wyniki późniejszych, kolejnych 2 wymazów męża zagubiły się. Gdzie? „Są gdzieś w kosmosie "– żartuje J.

Nikt nie dzwonił. Nie dostali żadnego pisma w tej sprawie. Dopiero godziny wydzwaniania do Sanepidu w środku nocy przyniosły rezultat – J. udało się poznać wynik męża. Jej i dzieciom zrobiono wymazy dopiero po miesiącu od ich odosobnienia - 17 maja. Ale wynik J. też się zagubił. Po czym Sanepid odnalazł go po 2 dniach. Negatyw.

Po tych doświadczeniach J. była już mądrzejsza – gdy 25 maja pobierali mężowi kolejny wymaz, by mógł wrócić do pracy, zapytała, które laboratorium wykona test. Femina w Katowicach. Stamtąd, mailowo dość łatwo uzyskała wyniki. „Gdyby nie to i wydzwanianie nocą, to na kwarantannie siedzielibyśmy do teraz" – J. nie ma wątpliwości. A rozmawiamy 57 dni od momentu, gdy zamknięto ich w domu.

Długie oczekiwanie, gubienie wyników

Rodzinę T. - górnika z likwidowanej kopalni „Krupiński" – chciano zamknąć na kwarantannie na co najmniej trzy tygodnie, bo wykryto koronawirusa u jego teściowej. Dlaczego tak długo? Jak tłumaczył rybnicki Sanepid, w dwa tygodnie nie wyrobią się z pobraniem wymazu i uzyskaniem wyniku. T. dowiedział się od znajomych, że w 12 dniu kwarantanny ma prawo zrobić bezpłatny wymaz w mobilnym punkcie pobrań. Tak też zrobili całą rodziną w pobliskim Wodzisławiu Śląskim. Trzeba było wcześniej tylko poinformować policję o tej podróży.

Wszyscy mieli negatywy. „Siedzieliśmy niepotrzebnie w domu. A gdyby nie to, że sami pojechaliśmy na wymaz, bylibyśmy zamknięci w domu przez trzy tygodnie". T. także słyszał o rodzinach, których odosobnienie trwało nawet 1,5 miesiąca.

Pracownica KWK Jankowice na swoich zmianach słyszała podobne historie od kilkunastu osób, które to przeżyły i właśnie przyniosły dokumenty, by wrócić do pracy. Długie oczekiwania na wymazy, gubienie wyników, ponowne czekanie itp., w efekcie czego nawet zdrowi ludzie siedzieli z rodzinami do pięciu tygodni na kwarantannie.

O myleniu wyników osób o tych samych imionach i nazwiskach słyszymy od trzech naszych rozmówców. Przy kilku tysiącach pracowników i dość popularnych nazwiskach na Śląsku, ludzie, którzy tak samo się nazywają to nic nadzwyczajnego. „Do mnie zadzwonili, że mam wynik dodatni, a ja nie miałem nawet wymazu. Bo od początku pandemii byłem na urlopie rodzicielskim" – słyszymy historię mężczyzny z KWK Jankowice.

Najmniej zarzutów o bałagan pada pod adresem policji, która nawet dwa razy dziennie sprawdzała osoby na kwarantannie.

Dołująca bezsilność

Pracownik powierzchni na KWK Jankowice, chory od 12 maja, mówi, że miał szczęście – znajomą w Sanepidzie. Załatwiła mu, że to oni do niego zadzwonili i szybko pobrali mu wymaz, pierwszy potwierdzający ozdrowienie. Ale na jego wynik czekał już tydzień.

„W ciągu 5 minut będzie u was wymazobus. Pobierzemy od całej rodziny" – odebrał telefon pod koniec maja. I znowu tydzień nerwowego czekania na wynik. Nawet znajomości i setka telefonów do Sanepidu, także w nocy, już nie pomogła. Wpadł na inny pomysł - zadzwonił do sztabu kryzysowego urzędu miasta Rybnika. Tam dodzwonić się łatwo i to oni już kontaktowali się z sanepidem. Dzięki tym trikom kwarantanna A. i jego rodziny trwała tylko 23 dni – 4 czerwca byli wolni.

Z K. już zeszła złość wyhodowana przez 5 tygodni izolacji i chaosu. Wtedy - jak mówi - „najbardziej wkurwiała bezsilność": „Że nie potrafisz się niczego dowiedzieć, nigdzie dodzwonić i zostawiony jesteś sam sobie. To było dołujące"

Jak większość naszych rozmówców K. nie oszczędza na przekleństwach, gdy to wspomina. Ale nie ma żalu do kobiet w Sanepidzie. „To starsze babki, na które spadł taki grom z jasnego nieba. To system jest winny" – uważa.

Zwraca uwagę, że w kwietniu i w pierwszej połowie maja w ich regionie wymazywano głównie jedną kopalnię – Jankowice. Teraz mają aż trzy z nowymi przypadkami – Zofiówka, Borynia i Marcel. „Co tam się teraz musi dziać..." - mówi K.

Uwięzieni we własnym domu

Media lokalne sporo piszą o panującym bałaganie - mieszkańcy regionu wysyłają do nich błagalne listy z prośbą o pomoc. Bo często interwencja medialna to ostatnia deska ratunku.

Rybnickie Radio 90 informuje o wielu zgłoszeniach i opisuje kilka takich przypadków. Matka z 3-letnim synem od 13 maja już miesiąc była na kwarantannie, bo „przez pomyłkę” nie wysłano do nich wymazobusa, a sanepid z automatu wydłużył im kwarantannę. O 2 tygodnie. Po interwencjach, badania wykonano, ale wyniki kobiety zgubiły się.

Szereg podobnych historii opisuje rybnicka podstrona portalu NaszeMiasto.pl Aleksandra Kuczera już w połowie maja zamieściła na YouTube wideo z historią jej rodziny uwięzionej od miesiąca na kwarantannie. Sanepid zgubił ich wyniki i nie zdążył wykonać kolejnych badań na czas, więc z automatu też przedłużono im odosobnienie. I to dwukrotnie!

Agnieszka Smyczek z Rybnika opisywała jak ponad miesiąc z rodziną byli „uwięzieni we własnym domu” i dopiero po publikacji ich historii w mediach, zjawił się u nich wymazobus. Podobnie było w przypadku górnika z Chwałowic – dzielnicy Rybnika. Czekał 4 tygodnie i dopiero nagłośnienie sprawy na lokalnym portalu pomogło.

Na grupie załogi KWK Jankowice na Facebooku też sporo historii. Klaudia Gerc z Boguszowic informuje, że kwarantanna jej rodziny z powodu szeregu błędów trwała aż 47 dni.

Tomasz Misiaszek, który siedział 6 tygodni w odosobnieniu, na forum pisze, że dopiero mail do Ministerstwa Zdrowia spowodował, że Sanepid wreszcie zainteresował się jego sytuacją.

Skala zjawiska jest na tyle duża, że dostrzegły go ogólnopolskie media. „Wydarzenia” Polsatu opisały historię kobiety, u której dwa pozytywne wyniki testów, nagle zamieniły się w negatywne. Uwaga TVN 9 czerwca opublikowała reportaż o kilku osobach, które, z powodu litanii błędów, ponad miesiąc tkwiły już na kwarantannie.

Zapytaliśmy GIS, czy i jak wspierają stacje nadzorujące ogniska epidemii na Śląsku. Do momentu tej publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Po lawinowym wzroście zakażonych w województwie, z końcem maja wojewoda śląski zdymisjonował wojewódzkiego inspektora sanitarnego Urszulę Menderę-Bożek. Na to stanowisko powołano Grzegorza Hudzika, który pełnił tę funkcję za czasów rządów koalicji PO-PSL. Ten najpierw przeprosił w mediach za chaos.

O popełnione błędy, podjęte działania i obecną sytuację na KWK ROW Ruch Jankowice zapytaliśmy rzecznika prasowego PGG. Do momentu publikacji tego artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Udostępnij:

Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne