W tym roku wydobędziemy w Polsce najmniej węgla kamiennego od 70 lat. Na kopalniach nigdy po wojnie nie pracowało jeszcze tak mało ludzi. Tymczasem bezrobocie na Śląsku mamy najniższe od transformacji, a gospodarka tego regionu nie była tak silna od dawna. Mit, że to na węglu Polska stoi można już chować między bajki

Przed COP24 obalamy mity, na których PiS opiera swoją politykę energetyczną.

Podczas piątkowych (30 listopada 2018) uroczystości przed barbórkowych na Śląsku premier Mateusz Morawiecki nawiązał do górnictwa II RP, które budowało potęgę ówczesnej Polski. Nawiązanie było w dwójnasób słuszne, bo poziom wydobycia węgla kamiennego w naszym kraju nieuchronnie zbliża się do tego sprzed stu lat.


NOWE:Kolejny polski mit umiera. Węgiel się kończy, starczy na 15 lat”


Wydobycie spada, gospodarka rośnie

Szczytowym osiągnięciem II RP było bowiem wydobycie na poziomie 46 mln ton, jakie osiągnęliśmy tuż przed wielkim kryzysem gospodarczym. Tymczasem w 2018 roku wydobycie węgla kamiennego w Polsce spadnie do ok. 64 mln ton. Dla porównania w szczytowym okresie “komuny” sięgało 200 mln ton.

Dla kogoś, kto nie rozumie przemian gospodarczych dokonujących się w krajach wysokorozwiniętych, tak słaby wynik górnictwa będzie powodem do lamentu nad upadkiem polskiego przemysłu. Równie dobrze można by dziś opłakiwać tragiczny wynik polskiej produkcji wozów konnych. Niby mamy dziś w Polsce największego producenta tych pojazdów na świecie, a jednak produkcja już nie ta, co jeszcze w PRL.

Brakuje rąk do pracy

Ku zaskoczeniu wszystkich orędowników trwania Polski przy technologiach sprzed kilkuset lat, województwo Śląskie osiągnie w tym roku – na co wszystko wskazuje – najwyższy poziom PKB w historii. Udział w nim górnictwa węgla kamiennego spadnie do kilku procent, w stosunku do 15 proc. jeszcze w 2005 roku. I chociaż jego wkład w rozwój gospodarczy będzie znikomy, a w regionie brakuje rąk do pracy, to górnictwo wciąż utrzymuje co piątego pracownika w województwie. Wakaty – na szczęście dla firm, które nie miałyby jak funkcjonować – zapełniają imigranci.

Tymczasem na kopalniach zatrudniona jest cała masa fachowców, których poszukuje śląski biznes. Tylko w jednym serwisie ogłoszeniowym w tym momencie zamieszczonych jest ponad sto ofert pracy dla elektryków. Wśród nich między innymi „technik serwisu turbin wiatrowych” – pensja 4500-7000 zł miesięcznie. Kolejny wakat – „elektryk, instalator systemów fotowoltaicznych” – pensja 4900 zł miesięcznie. Oprócz nich mnóstwo ofert pracy dla elektryków płynących z fabryk czy przemysłu spożywczego.

Pomimo spadku zatrudnienia w górnictwie węgla kamiennego z niemal 391 tys. osób w 1990 roku do nieco ponad 80 tys. obecnie, bezrobocie rejestrowane w województwie śląskim wyniosło w październiku 2018 roku 4,3 proc. Ostatni raz tak niskie było 28 lat temu – na początku transformacji gospodarczej. W ostatnich latach na każdy etat likwidowany w górnictwie śląski przemysł tworzył dwa nowe. Podniósł się także poziom aktywności zawodowej.

Tymczasem wciąż jest grupa ekspertów, jak choćby wiceminister środowiska i Pełnomocnik Rządu do spraw Polityki Surowcowej Państwa, prof. Mariusz Orion Jędrysek, którzy przekonują, że jeden etat w górnictwie tworzy od trzech do sześciu powiązanych z nim etatów w innych branżach.

Przykładając te szacunki do 1990 roku, na niespełna 17 mln wszystkich pracujących, prawie 3 mln musiałoby pracować w górnictwie węgla kamiennego i brunatnego lub firmach kooperujących z nimi. Nawet co szósty pracownik w Polsce miałby wobec tego być uzależniony od kopania węgla.

Na szczęście te szacunki okazały się mocno przesadzone, a firmy kooperujące z górnictwem w dużej mierze znalazły sobie innych poddostawców. W miejsce tych, którym się nie udało, wyrosły nowe.

Na garnuszku podatników

Premier Morawiecki słusznie zauważył, że to górnictwo zbudowało potęgę Śląska i bardzo mocno wspierało gospodarkę II RP i PRL. Być może z braku dostatecznych danych (statystyka nie jest mocną stroną polskich polityków, choćby wywodzili się z bankowości) nie dodał jednak, że dziś odgrywa rolę hamulcowego.

Trzyma przy sobie ludzi, którzy są bardzo poszukiwani w prywatnych firmach. Bez nich przemysł Śląska rozwija się wolniej, niż by mógł.

W dodatku sektor wciąż jest na garnuszku podatników – jego wkład do budżetu państwa i samorządów, zamiast sięgać miliardowych kwot (na co wskazywałaby liczba zatrudnionych, od pensji których odprowadzane są przecież podatki), jest per saldo… ujemny. Najwyższa Izba Kontroli opublikowała w ubiegłym roku raport, z którego wynika, że wszystkie zrealizowane płatności publicznoprawne górnictwa węgla kamiennego w latach 2007-2015 wyniosły 64,5 mld zł, podczas gdy wsparcie górnictwa z budżetu państwa było w tym czasie o 1,2 mld zł wyższe. Najbardziej obciążony był system emerytalny. Pozostali podatnicy dokładają się bowiem do górniczych rent i emerytur.

Prywatne innowacje

Śląsk to także nauka, badania, rozwój i innowacje na poziomie, jakimi może się pochwalić niewiele regionów w Polsce. Według Głównego Urzędu Statystycznego nakłady na działalność innowacyjną w województwie wzrosły w latach 2005-2015 o jedną trzecią – do 3,4 mld zł rocznie, z czego w górnictwie inwestuje się… 0,00029 proc. tej kwoty.

W poziomie innowacji kuriozalnie wypadają nie tylko państwowe spółki górnicze, ale cały sektor publiczny. Postęp technologiczny w regionie napędzają niemal wyłącznie firmy prywatne. Podczas gdy udział przychodów netto ze sprzedaży produktów nowych lub istotnie ulepszonych w prywatnym śląskim biznesie przekraczał wg GUS 14 proc., to w sektorze publicznym nie osiągnął nawet 1 proc.

Ciągłe marzenia o wzroście wydobycia

Na piątkowych uroczystościach rząd, obok premiera Morawieckiego, reprezentował minister energii Krzysztof Tchórzewski. „Państwo górnicy, więcej węgla nam potrzeba! Pomyślmy o tym, gdzie na Śląsku pobudować nową kopalnię” – nawoływał podczas swojego przemówienia.

To bodaj największa krzywda, jaką od niemal trzydziestu lat politycy wyrządzają górnikom. Mamią ich wizją utrzymania, a nawet rozwoju górnictwa. Nowymi miejscami pracy. Prawo i Sprawiedliwość dochodziło do władzy z hasłami ponownego uruchamiania kopalni zamkniętych przez rządy PO-PSL.

Naiwny ten, kto w te bajki uwierzył. Zamiast otwierania, mieliśmy zamykanie i dalszą redukcję zatrudnienia. Dla ekspertów nie związanych swoimi pensjami z górnictwem było jasne, że tak będzie.

Polskie kopalnie, podobnie jak te w krajach Europy Zachodniej, wydobyły już wszystkie najtańsze zasoby – leżące najpłycej i o największej miąższości. Teraz sięgają po coraz głębsze i coraz droższe. W dodatku praca górników jest coraz droższa, a niedoinwestowane przez dekady kopalnie potrzebują dużo więcej rąk do pracy, niż amerykańskie, kolumbijskie, australijskie lub rosyjskie, gdzie wciąż jeszcze są zasoby tak płytkie, że można je wydobywać metodą odkrywkową.

W dodatku wiele polskich kopalń ma już tylko węgiel słabej jakości – o niewielkiej kaloryczności, zasiarczony i z dużym udziałem rtęci. Nawet na polskim rynku jest dla niego coraz mniej miejsca, bo elektrownie muszą ograniczać emisje trujących substancji.

O dochodowym eksporcie polskiego surowca nie ma nawet co marzyć.

Co więcej, nowe bloki węglowe, które weszły ostatnio lub wkrótce wejdą do pracy (w Kozienicach, Opolu, Jaworznie), spalają dużo mniej węgla na tę samą ilość generowanej energii. Nawet więc zakładane przez Ministerstwo Energii utrzymanie produkcji prądu z „czarnego złota” do 2030 roku będzie wymagało dużo mniej surowca.

Do tego, ze względu na fatalny stan powietrza w Polsce, coraz mniej węgla kupować także będą gospodarstwa domowe.

Politycy mamią górników

Wydobycie węgla w Polsce nadal będzie spadać, kolejne kopalnie lub ich części będą w Polsce zamykane i rząd nie jest w stanie tego zatrzymać z bardzo wielu powodów. Zamiast wprost to przyznać, politycy od lat powtarzają jednak tę samą mantrę.

Górnicy dowiadują się o likwidacji swoich kopalń na dni lub tygodnie przed ich zamykaniem. W Wałbrzychu jeszcze dzień przed decyzją o likwidacji politycy przekonywali górników, że ich kopalnia przetrwa. Jak w tej sytuacji mieli się do totalnej zmiany swojego życia przygotować?

We Francji i Niemczech, które w tym roku likwidują ostatnie dwie kopalnie węgla kamiennego, górnicy wiedzieli o zamknięciu swojej kopalni z… dziesięcioletnim wyprzedzeniem.

W tym czasie systematycznie odchodzili, otrzymywali pomoc doradców zawodowych, mogli korzystać z kursów przekwalifikowujących lub – we Francji – ze świadczeń przedemerytalnych. W Polsce pomoc państwa zwykle kończy się na tym ostatnim.

Rząd już dzisiaj powinien zaplanować co do roku zamykanie kolejnych kopalń, zamiast czekać na kolejny spadek cen węgla na światowych rynkach i robić jak zwykle – chaotyczną restrukturyzację. Wymagają tego i górnictwo węgla kamiennego, i brunatnego.

Co do tego ostatniego, Ministerstwo Energii przyznało już przynajmniej, że w Polsce nie powstaną nowe odkrywki. Dobre i to. Na początek.


Autor Bartłomiej Derski, prawnik, ekonomista i dziennikarz, pisze w portalu wysokienapiecie.pl. Jest absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Kształcił się także na Uniwersytecie Warszawskim, PAN i Politechnice Warszawskiej.

Wielokrotnie nagradzany, m.in. nagrodą specjalną kapituły konkursu NBP im. W. Grabskiego, jednego z najbardziej prestiżowych konkursów dla dziennikarzy ekonomicznych. W latach 2015 i 2016 aż trzykrotnie odbierał wyróżnienia indywidualne lub redakcyjne w konkursie dla mediów organizowanym przez TGE. W 2016 roku dwukrotnie nagradzany był także jeden z jego artykułów, poświęcony energetyce wiatrowej. W 2017 roku stanął na podium tuż za dziennikarkami TVP w konkursie „Dziennikarze dla klimatu” dzięki artykułowi „Na węglu świat się nie kończy. Zwłaszcza na Śląsku”.


Tekst powstał dzięki grantowi CEE Bankwatch Network dla OKO.press.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym