Prawa autorskie: Hanna Szukalska-KocejkoHanna Szukalska-Koce...
13 listopada 2021

To nie rzucanie kostką brukową jest problemem Marszu Niepodległości [WIDZĘ TO TAK]

Ciesząc się z tego, że w tegorocznym Marszu Niepodległości nie doszło do zamieszek, jesteśmy jak to dziecko z żartu o Stalinie. „Porozmawiał, a mógł zabić"

Po Marszu Niepodległości, który relacjonowałam dla OKO.press już po raz czwarty, zostałam zapytana o tak zwane ogólne wrażenia przez dziennikarza portalu wirtualnemedia. Powiedziałam, że było bezpiecznie i zaledwie kilkukrotnie usłyszałam ze strony uczestników inwektywy w rodzaju "jebać was, szmato". I tylko raz ktoś próbował wyszarpnąć mi telefon.

Biorąc pod uwagę, że dzień wcześniej policja oficjalnymi kanałami instruowała nas, jak nie dać się udusić własną legitymacją dziennikarską, a oficjalny profil Marszu Niepodległości straszył dziennikarza WP ogoleniem głowy na łyso, taki bilans można przyjąć z ulgą.

Niemniej, dziennikarze mówiący, że tegoroczny Marsz Niepodległości przeszedł bezpiecznie, są jak to dziecko z żartu o Stalinie. Cieszą się, że "porozmawiał, a mógł zabić". Sama dla siebie tak zabrzmiałam w wypowiedzi dla wm.

Tekst publikujemy w naszym cyklu „Widzę to tak” – w jego ramach od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.

Poseł na Sejm mówi, że trzeba zabijać

Dziennikarze są grupą, której na tego rodzaju imprezie dostaje się odpryskiem. Co roku wyznaczani są znacznie poważniejsi wrogowie narodu, przeciwko którym należy maszerować. W 2019 roku na przykład motywem przewodnim był tzw. psi gwizdek na antysemityzm, czyli pompowana przez skrajną prawicę akcja "stop 447". Robert Bąkiewicz wołał, że "Żydzi chcą ograbić naszą ojczyznę", na scenie głównej wisiał baner "Stop żydowskim roszczeniom", a demonstrujący nieśli transparenty "Nie chcemy Polin".

Pod hasłem tegorocznego marszu "Niepodległość nie na sprzedaż" krył się m.in. Niemiec, który chce wykończyć Polskę przy pomocy narzucanych rękami UE pakietów klimatycznych i tzw. ideologii gender. Na pierwszy plan wybijała się oczywiście sytuacja na granicy polsko-białoruskiej. Nie maszerowano jednak przeciwko Łukaszence, ale przeciwko migrantom.

W subtelności nie bawił się Robert Winnicki przemawiający na zakończenie na błoniach Stadionu Narodowego:

"Chcemy powiedzieć jasno, wojsko i straż graniczna po to ma broń, żeby w razie czego jej użyć. Jeśli trzeba będzie strzelać, to Wojsko Polskie ma strzelać. Stop nielegalnej imigracji! Stop fałszywemu humanitaryzmowi! Polska dla Polaków, to było i jest nasze hasło".

Poseł na Sejm RP, apelując o otworzenie ognia do cywilów, publicznie przekroczył granicę, która jeszcze tydzień temu wydawała się nieprzekraczalna.

Jeszcze dosadniej intencję tegorocznego marszu wykładali ojcowie założyciele imprezy, czyli Obóz Narodowo-Radykalny, będący w konflikcie z Robertem Bąkiewiczem, byłym członkiem, a obecnie prezesem stowarzyszenia Marsz Niepodległości.

Działacze ONR maszerowali z krzyżami celtyckimi i banerem "It's ok to stay white". Wznoszono hasła "Polska cała tylko biała".

Państwowy policjant o „lewackim ścierwie"

W tym roku przed marszem wstrzymano remont w centrum miasta, wywieziono 400 ton materiałów budowlanych, usunięto kosze na śmieci, ławki, rowery. Sami organizatorzy z kolei zasłaniali na wysokości mostu kamienice, w których oknach wisiały tęczowe i strajkowe flagi. Dzięki tym wysiłkom odnotowano zaledwie kilka incydentów, jak spalenie flagi Niemiec i portretu Donalda Tuska.

Złamano tylko jedną rękę aktywistce, 73-letniej Kindze Kamińskiej (czeka na operację).

Uczestnikom marszu udało się przejść przez miasto i nie spalić mieszkania, nie wysłać do szpitala żadnego policjanta, nie rozbić nikomu głowy kostką brukową, ani nie wyrwać drzewek i ławek. Ale do wszystkich tych zniszczeń nie dochodziło w poprzednich latach w wyniku erupcji agresji niewiadomego pochodzenia, ale w wyniku pielęgnowania uprzedzeń, lęków i złości.

Organizatorzy Marszu Niepodległości i innych tego rodzaju wydarzeń nieustannie pracują nad tym, by tęczowa flaga, gwiazda Dawida, czy symbol strajku kobiet wyzwalały w ludziach niechęć tak silną, że prowadzącą do aktów przemocy.

Odpowiedzialne państwo zdaje sobie sprawę z tego, jakim zagrożeniem dla bezpieczeństwa publicznego jest radykalizacja i mowa nienawiści. Oficjalnie organy mają przecież obowiązek ścigać ją prawnokarnie. Jak wywiązują się z niego mogliśmy przekonać się na przykładzie wydarzeń z Kalisza, gdzie prokuratura nie zgodziła się na zatrzymanie Piotra Rybaka za nawoływanie wprost do mordowania Żydów. Jak miałaby poradzić sobie w takim razie z bardziej zawoalowanym nawoływaniem do nienawiści, jakiego nauczyli się stosować narodowcy-organizatorzy Marszu Niepodległości?

Przez lata nie wypracowano żadnej sensownej strategii przeciwdziałania radykalizacji społeczeństwa. Prawo i Sprawiedliwość zobaczyło w niej raczej szansę niż zagrożenie i od lat, próbując politycznie ograć skrajną prawicę, konsekwentnie zlewa się z nią ideowo. Upaństwowienie Marszu Niepodległości jest tylko symbolicznym zwieńczeniem tego, co widać już gołym okiem.

Dlatego nie zdziwiło nas zupełnie, że policjant wrzasnął na organizatorkę antyfaszystowskiej manifestacji przy Rondzie Dmowskiego: „Idziesz, ty lewackie ścierwo!”.

Nie rzucanie kamieniami podczas Marszu Niepodległości jest największym problemem, ale rzucanie słowami nienawiści i przemocy. Nie podpalanie tego akurat dnia, ale rozpalanie pragnień, które są niebezpieczne dla konkretnych grup, konkretnych osób, dla całego demokratycznego państwa. Zwłaszcza gdy państwo daje takiej nienawiści swój patronat.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne