0:00
Prawa autorskie: Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.plRoman Bosiacki / Age...
26 grudnia 2021

To nieprawda, że duchy Bożego Narodzenia nie istnieją. Dziś też udzielają nam lekcji realnego [STAWISZYŃSKI]

Dawno nie było takich świąt, których kontekst, na wielu poziomach, byłby zarazem tak przygnębiający i napawający lękiem. Dlatego mamy wyjątkową szansę, żeby odrobić świąteczną lekcję Ebenezera Scrooge'a - pisze Tomasz Stawiszyński

Wydrukuj

Dlaczego Ebenezer Scrooge, bohater nieśmiertelnej „Opowieści wigilijnej” przechodzi głęboką wewnętrzną przemianę? Dlaczego przestaje być archetypowym egocentrykiem, wzorcowym wcieleniem skąpstwa i zimnego serca? Wbrew pozorom wcale nie dlatego, że dzieje się magia. Owszem, bez spirytystycznej interwencji jego zmarłego wspólnika Jacoba Marleya oraz trzech duchów Świąt Bożego Narodzenia reprezentujących przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, zapewne w Scrooge’u nic by nawet nie drgnęło.

Pamiętajmy jednak, że literatura rządzi się swoimi prawami i za pośrednictwem z pozoru nierealistycznych rekwizytów potrafi konstruować sytuacje jak najbardziej realistyczne. Charles Dickens, jeden z najznakomitszych psychologów wszechczasów, świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie opisana przez niego metamorfoza pewnego wyjątkowo antypatycznego sknery dotyka czegoś uniwersalnego, co aktualne jest także dzisiaj, po niemal stu osiemdziesięciu latach od publikacji. Scrooge się zmienia, bo w pewnym momencie dostrzega, że świat jest brutalny i niesprawiedliwy. Że ludzie cierpią w nim nie z własnego wyboru i nie z własnej winy. Dostrzega też, że inni mają dokładnie takie same lęki, uczucia i pragnienia, jak on. I że na głębokim poziomie wszyscy jesteśmy do siebie podobni.

To nieprawda, że duchy Bożego Narodzenia nie istnieją i nie nawiedzają nas także dzisiaj. To nieprawda, że nie pokazują nam nieustannie – tak jak kiedyś Scrooge’owi – tych aspektów świata, od których zazwyczaj, z różnych powodów, odwracamy wzrok. Dzieje się to nieustannie, nie tylko pomiędzy 24 a 26 grudnia. Ostatecznie „Boże Narodzenie” to tutaj tylko metafora, poręczny rekwizyt pozwalający skierować naszą uwagę na coś istotnego. Podobnie jak „duchy”, które współcześnie chętniej posługują się mediami społecznościowymi, portalami, książkami, tekstami prasowymi i relacjami na żywo, nawet tymi tworzonymi za pomocą telefonów komórkowych. A także innymi ludźmi – bliskimi i dalekimi.

W tym roku, jak się wydaje, mamy na spotkanie z nimi szczególną szansę.

Dawno nie było takich świąt, których kontekst, na wielu poziomach, byłby zarazem tak przygnębiający i napawający lękiem. Spójrzmy tylko, co się dzieje dookoła.

Pandemia, z powodu której zmarło już w Polsce ponad 90 000 osób. A przecież to dopiero preludium, jak ostrzegają eksperci, bo nadchodzi omikron i fala przewyższająca te dotychczasowe. Ile będzie z powodu tych śmierci pustych miejsc przy wigilijnych stołach, ile rozpaczy, poczucia winy i żalu? I to zupełnie niezależnie od tego, czy zasiądą przy nich zwolennicy teorii spiskowych i przeciwnicy szczepień, czy też ludzie uznający elementarne fakty.

Dalej – sytuacja na granicy, która zapewne wywoła różne reakcje w różnych domach. W jednych akcent padnie na tragiczny los ludzi, którzy w poszukiwaniu lepszego życia trafili do jednego z najgorszych możliwych miejsc. W drugich – na postawę władzy, wojska i straży granicznej, którzy nas, zgodnie z linią rządowej narracji, chronią przed inwazją złych mocy. W obu jednak będzie dominować obawa przed eskalacją, przed kolejnymi akordami konfliktu, w którym ścierają się wielkie interesy i ambicje oraz kryzysu humanitarnego, w którym poczucie godności, zdrowie i życie tracą niewinni.

Wreszcie, coraz bardziej radykalny antagonizm polityczny. Czy raczej – polityczna wojna, która nie rozgrywa się już wyłącznie wewnątrz elit, ale ogarnia nas wszystkich. Sprawia, że zaczynamy postrzegać ludzi o odmiennych politycznych przekonaniach jako wcielenie najgorszego zła, jako osobników wyzbytych empatii, rozumu i wszelkich właściwie pozytywnych cech. Dlatego właśnie prawie już ze sobą nie rozmawiamy i nie chcemy rozmawiać. Z odmowy dialogu czynimy cnotę, podkreślając na każdym kroku, że owi „inni” na dialog nie zasługują.

Cały ten krajobraz, cały ten kontekst, w codziennym pędzie i zabieganiu może sprawiać wrażenie oddalonego i zamglonego. Marginalizuje się go, przesuwa na dalszy plan. Święta jednak to czas, w którym – właśnie dlatego, że rytmika codzienności ulega zawieszeniu – nie da się już za bardzo stosować tych wszystkich mechanizmów obronnych. Choćby dlatego, że kolacja wigilijna w rodzinnym gronie zmusza do rozmowy nie tylko o pogodzie. A wtedy rozmaite starannie ukrywane animozje, napięcia, lęki, obsesje, żale i wrogości wydobywają się na powierzchnię. Konfrontacja z nimi bywa trudna wprost proporcjonalnie do nierealności ideału pięknych i rodzinnych świąt, który w naszej przenikniętej familijnym mitem kulturze zamienia się w bezwzględny imperatyw: „ma być miło i uroczyście”. Cóż, zderzenie mitu z rzeczywistością odbywa się zawsze z niekorzyścią dla tej drugiej.

Może jednak tego rodzaju bolesne i nieuchronne zderzenie dałoby się potraktować w kategoriach dickensowskich? Może dałoby się o nim pomyśleć jako o chwilowym odsłonięciu tego, co realne, a nie wyobrażone. Tego, co faktycznie dookoła nas, nie zaś wyłącznie w naszej głowie. Jednym słowem –

może dałoby się wziąć przykład z Ebenezera Scrooge’a, który w pewnym momencie zobaczył jak się sprawy faktycznie mają i już nigdy więcej nie zatopił się w trzęsawisku własnych fantazji i uprzedzeń?

Oto, powtórzmy, lekcja, którą daje nam Scrooge. Świat jest brutalny i niesprawiedliwy. Ludzie cierpią w nim nie z własnego wyboru i nie z własnej winy. Inni mają dokładnie takie same lęki, uczucia i pragnienia jak my. Na głębokim poziomie wszyscy jesteśmy do siebie podobni.

Czyż nie taki właśnie obraz maluje się na oddziałach covidowych i w pogrążonych w żałobie domach, z których pandemia kogoś na zawsze zabrała, na granicy polsko-białoruskiej i w skonfliktowanych rodzinach, w których polityczna różnica zamieniła się w przepaść nie do przekroczenia?

Udostępnij:

Tomasz Stawiszyński

filozof, eseista, autor książek „Potyczki z Freudem", „Co robić przed końcem świata", „Ucieczka od bezradności", "Misja Sowy" oraz "Reguły na czas chaosu" ; w radiu TOK FM prowadzi m.in. „Kwadrans filozofa" i „Godzinę filozofów" oraz - wraz z Cvetą Dimitrovą - podcast internetowy „Nasze wewnętrzne konflikty"; twórca podcastu „Skądinąd" dostępnego m.in. na Spotify, Apple Podcasts i Google Podcasts; stały felietonista „Tygodnika Powszechnego"; jego teksty i audycje można znaleźć na stronie www.stawiszynski.org

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne