0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
12 września 2022

Płyniemy tonącą łodzią. Rząd trzyma się węgla, a transformacja energetyczna tkwi w zamrażarce

"Mówienie, że mamy węgiel, więc go używajmy, to tak jakbyśmy mówili, że przed domem stoi rower sąsiada, więc będę z niego korzystał. Dziś okradamy nie sąsiada, a nasze dzieci. Okradamy ich z możliwości życia w normalnym środowisku" - mówi Mikołaj Troczyński, ekspert ds. OZE z WWF.

Wydrukuj

Ustawa, która odblokuje inwestycje w elektrownie wiatrowe — w sejmowej zamrażarce. Wiatraki na morzu — na razie są tylko na papierze. Elektrownia jądrowa — obiecywana od lat, wciąż w powijakach.

Transformacja energetyczna w Polsce wlecze się, bez pomysłu i bez chęci do działania. "Bez węgla i gazu można przetrwać, ale za chwilę może zabraknąć wody, żywności, za chwilę do Europy przyjedzie 100 mln migrantów klimatycznych z terenów, które zostały zalane przez ocean. I co wtedy? Będziemy budowali kolejne płoty na granicach?" - mówi w rozmowie z OKO.press Mikołaj Troczyński, ekspert ds. OZE z Fundacji WWF.

Katarzyna Kojzar, OKO.press: Wojna za wschodnią granicą, niedobory surowców, bardzo wysokie ceny energii — to wszystko przyspieszy transformację energetyczną Polski? Czy może wręcz przeciwnie: jesteśmy tak skupieni na najbliższej zimie, że transformacja odchodzi na dalszy plan?

Mikołaj Troczyński, WWF: Nie jestem optymistą przy obecnej sytuacji politycznej na świecie. Wszyscy zapomnieli o głównym zagrożeniu, które nad nami wisi – o globalnym ociepleniu. Wszyscy, płynąc na łodzi, martwią się o paliwo do silnika, a nikt nie myśli o powiększającej się dziurze w dnie.

Bieżące problemy przysłaniają jeszcze gorszy scenariusz, który jest zagrożeniem dla biologicznych podstaw życia człowieka na ziemi.

Zmiana klimatu już trwa – a warunkiem, żebyśmy to zatrzymali na poziomie znośnym do życia, jest odejście od paliw kopalnych. Szczęście w nieszczęściu, że problemy z energetyką dotyczą paliw kopalnych, a więc drogi do rozwiązania tych problemów są zbieżne w znacznym stopniu z celami klimatycznymi.

Mimo tego mam wrażenie, że wiele osób rządzących tego nie dostrzega. Może dobrze by było, żeby wywiady o klimacie z decydentami rozpoczynać od pytania: czy pan/pani wierzy, że globalne ocieplenie spowodował człowiek?

To jest punkt wyjścia, mam wrażenie, że wielu miałoby problem z odpowiedzią na to proste pytanie. Jest przez to wiele ślepych uliczek, którymi próbują podążać nie tylko nasze władze, ale też rządy na całym świecie.

Na przykład?

Jedną z nich jest to, że rozwiązaniem problemów z paliwami kopalnymi ma być jeszcze większe zużycie paliw kopalnych. Tak naprawdę, nie potrzebujemy węgla, gazu, ropy. My potrzebujemy energii – a tę energię możemy uzyskać z wiatru i słońca, których nie trzeba przecież sprowadzać z zagranicy.

Ale przecież mamy też swój surowiec — węgiel, którego, jak mówił prezydent Andrzej Duda, wystarczy na 200 lat. Mimo że mamy go "pod dostatkiem", to ludzie stoją w kolejkach pod kopalniami, bo boją się, że nie będą mieli czym ogrzać domów zimą.

Ta trudna sytuacja jest sumą wielu czynników, ale wyraźnie pokazuje, że paliwa kopalne nie są tak pewnym źródłem energii, za jakie były uważane.

Nie zazdroszczę tym, którzy martwią się o opał na najbliższą zimę – to naturalne, że najbardziej przejmujemy się tymi najbardziej palącymi problemami. Jak mam myśleć o globalnym ociepleniu, skoro mogę mieć zimno w domu?

Ale też nie wszyscy o ten węgiel walczą. Ci, którzy mają ogrzewanie oparte na innych rozwiązaniach, np. pompy ciepła, mogą czekać na zimę spokojnie. Chyba że zabraknie też energii elektrycznej, która w Polsce w 70 proc. uzyskiwana jest właśnie z węgla...

Gdyby program Czyste Powietrze albo inne dopłaty do wymiany źródła ciepła funkcjonowały lepiej, mniej osób teraz musiałoby stać pod kopalniami.

Te kilka miliardów złotych, które były włożone w promocję fotowoltaiki, przyniosły bardzo dobre skutki. A dziś rząd wydaje kilkadziesiąt miliardów na węglowe dopłaty, które po prostu trafią do pieców.

Z tych pieniędzy wydanych na węgiel, po jego spaleniu nic nie zostanie, poza zanieczyszczeniem powietrza. Gdyby wydać je np. na docieplenie domów, to ten efekt byłby trwały. To skrajny przykład, kiedy daje się ludziom rybę, a nie wędkę.

Co do węgla i zapasów na 200 lat: może i mamy go tak dużo. A może nie? Ale to nie jest najważniejsze, to żaden argument. Epoka kamienia nie skończyła się dlatego, że zabrakło kamienia. Epoka paliw kopalnych nie skończy się dlatego, że zabraknie węgla i gazu. Nawet jeśli będziemy mieli zapasy na kolejne lata, to nie znaczy, że możemy je zużyć.

Mówienie, że mamy węgiel, więc go używajmy, to tak jakbyśmy mówili, że przed domem stoi rower sąsiada, więc będę sobie z niego korzystał. Tylko że w tym wypadku nie okradamy naszych sąsiadów, ale nasze dzieci i wnuki.

Okradamy ich z możliwości życia w normalnym środowisku, bez wydatków na uzdatnianie powietrza do oddychania, bez wydatków na klimatyzację, czystą wodę, której w Polsce mamy katastrofalnie mało. Będziemy musieli zapłacić za to rachunek.

Już teraz płacimy, patrząc na ceny energii.

A może być gorzej, bo nie rozwiązaliśmy problemów wcześniej. Bez węgla i gazu można przetrwać, ale za chwilę może zabraknąć wody, żywności, za chwilę do Europy przyjedzie 100 mln migrantów klimatycznych z terenów, które zostały zalane przez ocean. I co wtedy? Będziemy budowali płoty na granicach?

Na świecie toczą się poważne rozmowy na temat tzw. mechanizmu finansowania szkód i strat klimatycznych. Możliwe, że za kilkanaście lat kraje wysoko rozwinięte, które wyemitowały najwięcej CO2 – w tym Polska – będą zmuszone do tego, żeby płacić krajom, które najbardziej tracą na zmianie klimatu.

Więc nie, to nie całkiem jest tak, że mamy węgiel i możemy sobie go używać – to jest bałamutne. To zła droga.

O konieczności transformacji energetycznej wiemy nie od dziś. Sprawa coraz bardziej paląca, a mam wrażenie, że wszystko postępuje bardzo powoli. Rząd zapowiadał powołanie Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE), która miała przejmować elektrownie węglowe. Mówiło się o tym od dawna, często zresztą w krytycznym tonie. W marcu rząd przyjął projekt, a umowa miała być podpisana do końca czerwca. Mamy wrzesień, a o NABE cisza. Nie da się tego wszystkiego zrobić szybciej?

Nasz system elektroenergetyczny powstawał w latach 60., 70. i praktycznie w dużej części jest w takim stanie, jak wtedy. Dyskusja o tym, jak wygaszać elektrownie, jest oczywiście ważna, ale może się okazać, że za kilka lat same się rozpadną albo będzie trzeba je awaryjnie wyłączać.

Myślę, że problem – znowu – leży głównie w nastawieniu decydentów. Osoby decyzyjne nie wierzą, że możemy i musimy to zrobić, że OZE, poza ochroną klimatu, to krok w przyszłość, rozwój cywilizacyjny, jak wyjście z epoki kamienia.

Elektrownie można by było wyłączać szybciej, ale szkopuł w tym, że rząd nie chce tego robić. Jest presja społeczna, jest nacisk polityczny ze strony Unii, więc coś obiecamy, coś powiemy, kiedyś postawimy kilka wiatraków na morzu i jakoś to będzie.

Inna sprawa: żeby wyłączyć elektrownie węglowe, trzeba mieć je czym zastąpić. My nie mamy. A jeszcze modernizujemy bloki węglowe, i inwestujemy w infrastrukturę gazową, co może okazać się wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

W ubiegłym roku połowę energii, którą zużywamy, uzyskaliśmy z importowanych paliw. Jeśli nie przyspieszymy transformacji, okaże się, że będziemy zmuszeni w znacznie większym stopniu polegać na imporcie energii.

Popatrzmy na to, co się stało z fotowoltaiką – niewielka pomoc z budżetu i postawiliśmy, a właściwie obywatele postawili, 10 GW mocy z paneli. Ludzie po prostu uwierzyli, że to jest droga, którą trzeba iść i która się opłaca.

10 GW to moc, jaką według rządowych planów z zeszłego roku, mieliśmy osiągnąć dopiero za 20 lat.

Te plany zostały w marcu zrewidowane i postawiono nieco wyższe cele. Choć wciąż dalekie od potrzeb klimatycznych. Fotowoltaika to coś, co ludzie mogli sobie założyć sami, nie czekając na wielkie inwestycje.

Ale bez odpowiedzialnej polityki rządu się nie obejdzie: np. sieci energetyczne, duże magazyny czy wsparcie dla społeczności i walka z ubóstwem energetycznym – to przykłady zadań na poziomie państwowym.

Energia elektryczna to mniej niż 1/3 energii zużywanej w naszym kraju, poza tym są przecież transport i ciepło. Ciepło również można sobie samemu pozyskać – dzięki pompom ciepła. Te rozwiązania już są dostępne.

A gdybyśmy pokryli większość zabudowań miast i większych miejscowości panelami fotowoltaicznymi, to produkcja energii elektrycznej z nich byłaby porównywalna z tym, co zużywamy w ciągu roku. To oczywiście nie jest aż tak proste, bo to dużo paneli a fotowoltaika działa okresowo, wymaga więc magazynowania energii. Ale to nie jest niemożliwe.

Po tegorocznej zmianie rozliczeń prosumentów widać zahamowanie w rozwoju fotowoltaiki?

To zahamowanie jest widoczne, ale wynika z tego, że każdy zdecydowany na instalację spiął się, zapożyczył i założył ją jeszcze przed zmianą przepisów. Ci nieprzekonani się z kolei wycofali.

Chociaż nie byłbym tak pochopny w twierdzeniu, że była to zmiana na złe. Zmiana w sposobie rozliczania może pobudzić rynek magazynów energii i zachęcić do odłączania się od sieci i przechodzenia na off-grid. Można było to zrobić lepiej, pomóc prosumentom w przemianie. Ale nawet w tych warunkach wydaje mi się, że fotowoltaika prosumencka będzie się rozwijać, z dodatkowym elementem magazynowania energii.

A ta duża, wielkoobszarowa fotowoltaika?

Tu jest duży potencjał. W tym wypadku mamy komfort, że na dziś nie są niezbędne duże magazyny, żeby wykorzystać energię z istniejących elektrowni PV. Ona jest konsumowana na bieżąco. W miarę rozrastania się tych instalacji będzie trzeba pamiętać o projektowaniu OZE w połączeniu z magazynami, które będą mogły energię przechowywać w okresie krótkoterminowym albo nawet długoterminowym, czy przetwarzać na wodór.

Rozwijają się nowe zastosowania, jak agrowoltaika, gdzie buduje się panele nad pastwiskami czy polami. Ma to wiele zalet: nie wyłącza się gruntu z produkcji żywności, a panele dają zacienienie, potrzebne zwierzętom i niektórym gatunkom roślin.

Rząd argumentuje, że nie można narzekać na tempo transformacji, bo osiągnęliśmy w ubiegłym roku cel dla OZE na poziomie 15 proc.

Krótko przed terminem tego celu zastosowano bardzo kreatywnie klasyfikację odnawialnych źródeł. Włączono w to biomasę, używaną w gospodarstwach domowych do opalania i uzyskania ciepła, w tym pellet i drewno.

15 proc. to zresztą bardzo mało, nie jestem pewien, czy to powód do chwalenia się. Powinniśmy mieć znacznie więcej energii z OZE, ale z tych najlepszych źródeł, sprzyjających klimatowi. To są, poza fotowoltaiką, wiatraki na lądzie.

Pan mówi: wiatraki na lądzie. A rząd woli offshore, czyli te na morzu. W Polityce Energetycznej Polski do 2040 roku poświęca dużo uwagi offshore, a onshore zaledwie kilka zdań.

Wiatraki morskie to gałąź, którą jak najbardziej trzeba wykorzystać. Oczywiście mądrze i z zachowaniem zasad ochrony środowiska, żeby nie rozwiązywać jednego problemu, powodując kolejne. Przy określaniu lokalizacji „pól wiatrowych” należy zwrócić szczególną uwagę na zachowanie morskich obszarów chronionych. Offshore to dobre rozwiązanie, ale nie zastąpi wiatraków lądowych.

Nie rozumiem oporu przeciwko energetyce wiatrowej na lądzie. Mamy pieniądze, technologię, firmy, które chcą inwestować, przychylne społeczeństwo.

Jest możliwe tworzenie klastrów, spółdzielni energetycznych, które dałyby obywatelom realny udział i korzyści czy energetyczne, czy finansowe.

Jak pan myśli, skąd ten opór?

Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych – ale trudno nie zauważyć, że energetyka wiatrowa na morzu będzie kontrolowana przez duże spółki, również z udziałem skarbu państwa. Rozproszona energetyka wiatrowa wymyka się spod tej kontroli i rozbija monopol. Być może stąd niechęć rządu, żeby oddać tę pałeczkę energetyce obywatelskiej, czy inwestorom zewnętrznym.

Ale to tylko domysły... Energetyka na morzu to dobry krok, szczególnie jako uzupełnienie energetyki rozproszonej na lądzie, na cele przemysłu energochłonnego. Znowu problemem jest także planowanie: żeby z offshore korzystać, sieć musi być w stanie przesłać i rozprowadzić energię z morzą na ląd.

To można zaprojektować, ale trzeba się na serio za to zabrać, a my do tej pory nie mamy nawet portu instalacyjnego, który by obsługiwał planowane inwestycje.

Rozwój wiatraków na lądzie od 2016 roku blokuje tzw. zasada 10H. Rząd w czerwcu przyjął projekt nowelizacji, który teraz utknął w Sejmie. Ale czy te proponowane w projekcie zmiany, jeśli byłyby przyjęte, wystarczą?

WWF pilnie przyglądał się pracom nad tym projektem. Od początku myślałem sobie, że w deklaracje uwierzę, dopiero jak zobaczę, że ten projekt wszedł w życie. Na razie leży w zamrażarce sejmowej i nikt nie wie, kiedy stamtąd wyjdzie.

On nie jest doskonały, stwarza problemy administracyjne, a elektrownie wiatrowe będzie można budować jedynie w oparciu o miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. To nadal ogromna biurokracja, która utrudni rozwój tej gałęzi.

Jednocześnie to krok w dobrą stronę, choć wymaga dalszych prac i udrażniania tej ścieżki. Może w Polsce nie da się stworzyć dobrej ustawy, która w niezmienionej formie będzie działała 10 lat, bez poprawek? Częsta jest praktyka, że najpierw się coś uchwala, a potem to w nieskończoność poprawia.

Ten projekt jest o tyle dobry, że przełamuje zasadę 10-krotności wysokości i oddaje samorządom ostateczną decyzję. Odblokowałby ogromną część Polski pod inwestycje, a także umożliwił powstawanie najbardziej efektywnych, wysokich turbin, powyżej 200 m wysokości.

Cały świat idzie w tę stronę. Nie ma dla nas wymówki. Nie ma żadnej racjonalnej, naukowej przyczyny, przez którą nie można by było rozwijać energetyki wiatrowej na lądzie.

Mamy nieco ponad 7 GW mocy z wiatraków. A ile moglibyśmy mieć?

Według IMGW około 60 proc. naszego kraju ma dobre warunki, jeśli chodzi o wietrzność i możliwość budowania turbin wiatrowych. Moglibyśmy mieć 3 razy więcej mocy z wiatru na lądzie i drugie tyle na morzu i nie byłoby to jakieś wielkie osiągnięcie. No i trzeba sobie życzyć, żeby to wreszcie ruszyło.

Gdyby w każdej statystycznej gminie postawić kilka dużych wiatraków o mocy 5 GW, to udałoby się uzyskać taką produkcję, jak zużycie w ciągu roku.

Co pana zdaniem jest najbardziej palącym zadaniem, przed którym stoi rząd?

Wpędziliśmy się w taką sytuację, że nie ma wyjścia na krótką metę. Najważniejsze moim zdaniem jest odblokowanie możliwości budowania wiatraków na lądzie, zainwestowanie w tę drogę, ułatwienie rozwoju, bo to najbardziej wszechstronne źródło energii. Nie potrzeba sprowadzać paliwa z zagranicy, nie trzeba rurociągów.

Sceptycy mówią: a co zrobimy, jak nie wieje? A ja zapytam: a co, jak brakuje węgla i gazu? Jakby ktoś dziś chciał się ze mną założyć, to bym chętniej postawił na to, że tej zimy będzie pod dostatkiem wiatru, niż gazu.

Kolejną ważną sprawą jest sięgnięcie po unijne fundusze i odblokowanie KPO. Bez tego jakiekolwiek przyspieszenie transformacji będzie bardzo trudne.

Ja nie mam złudzeń, nie liczę na to, że już za dwa lata przestawimy się na OZE. Ale zacznijmy iść w tę stronę. Zacznijmy te działania, bo czas ucieka, a my stoimy w miejscu. Kto nie wiosłuje, spływa z prądem. I w energetyce wygląda na to, że jesteśmy właśnie w takiej sytuacji.

Mikołaj Troczyński - specjalista ds. OZE w zespole Klimat WWF Polska. Absolwent wydziału Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, doktor nauk rolniczych i inżynier elektrotechniki.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne