0:00
0:00

0:00

Rozwój wydarzeń na bliskowschodniej szachownicy nabrał w ostatnich dniach dynamiki. Po wymianie „ciosów”, trudno przewidzieć dalszy rozwój wydarzeń w Iraku, Iranie i na całym Bliskim Wschodzie.

OKO.press publikuje analizę Jakuba Gajdy*, iranisty, eksperta ds. Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Jedno natomiast wydaje się z każdą chwilą coraz pewniejsze – nastąpi zmiana pozycji i zaangażowania Stanów Zjednoczonych w tym regionie. Po zabiciu na polecenie prezydenta Trumpa generała Solejmaniego i rakietowej odpowiedzi Iranu - ataku na bazę w Iraku, w której stacjonują wojska amerykańskie - już nic nie będzie takie, jak dotychczas.

Przeczytaj także:

Fatalni doradcy

Nie dziwi, gdy Irańczycy z ministrem spraw zagranicznych Dżawadem Zarifem na czele wskazują, iż prezydent Trump ma słabych doradców ds. Iranu. Nie sposób się z tym nie zgodzić. W Stanach Zjednoczonych od 1979 (obalenia ostatniego szacha i początku rewolucji islamskiej) większość irańskiej diaspory stanowią osoby związane z dworem królewskim i obaloną monarchią Pahlawich.

To jednak wśród Irańczyków światopoglądowa mniejszość, mająca o współczesnym Iranie wyobrażenie nie przystające do rzeczywistości. Tylko tacy doradcy, lub też ludzie absolutnie nie znający charakteru współczesnego irańskiego społeczeństwa, mogli podpowiedzieć prezydentowi Trumpowi tak kontrowersyjny ruch.

Solejmani terrorysta, czy pogromca ISIS

Co więcej, Trump i jego otoczenie, m.in. sekretarz stanu Mike Pompeo, konsekwentnie próbują wmówić światu, że gen. Solejmani – dowódca sił Kuds, elitarnej jednostki Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, był pospolitym, aczkolwiek bardzo niebezpiecznym dla Stanów Zjednoczonych terrorystą.

Częściowo mają rację – Solejmani lubił nazywać sam siebie „zwykłym żołnierzem” i nie wywyższać się. Takiego zapamiętają go nie tylko Irańczycy, ale i inne społeczeństwa bliskowschodnie.

Solejmani był też niebezpieczny. Szczególnie dla polityki Stanów Zjednoczonych, bo realizował irańską strategię zwalczania amerykańskich wpływów w regionie. Nie należy się dziwić, że Waszyngton za nim nie przepadał. Niemniej nazywanie go terrorystą budzić może pewne kontrowersje i sumarycznie wychodzi Waszyngtonowi na niekorzyść.

Związki z organizacjami uznawanymi za terrorystyczne (głównie przez Waszyngton i jego sojuszników) irański generał posiadał, niemniej w pamięci większości społeczeństw regionu Solejmani jest przede wszystkim pogromcą barbarzyńskiego Państwa Islamskiego i dowódcą, który walczył z jednoznacznie terrorystyczną al-Kaidą.

Wystarczyło obejrzeć relacje telewizyjne z Iraku i Iranu przedstawiające uroczystości pogrzebowe. Porównywanie tych wydarzeń, w których wzięły udział miliony osób, do pochówków przywódców państw totalitarnych czy komunistycznych dygnitarzy, świadczy o kompletnym braku wyobraźni i nieumiejętności analizowania faktów.

„Braterstwo męczenników”

Jak twierdzi prezydent Iranu, „męczeństwo al-Muhandisa i Solejmaniego cementuje braterstwo dwóch narodów – irackiego i irańskiego”.

Bliższa współpraca Bagdadu z Teheranem to bardzo prawdopodobny scenariusz i wydaje się spełniać już od pierwszych godzin po amerykańskim ataku, gdy premier Iraku Adil Abd al-Mahdi uznał działania Stanów Zjednoczonych za „ogromne pogwałcenie suwerenności Iraku”.

Podobnie kondolencje do Teheranu z powodu śmierci Solejmaniego przesłał najpotężniejszy iracki szyicki ajatollah al-Sistani, który zawsze wobec Iranu był dość powściągliwy. Po irańskim odwetowym ataku rakietowym - nota bene na ziemię iracką - władze w Bagdadzie również nie protestowały.

Rozbudzony antyamerykanizm

Rozbudzony antyamerykanizm jest zatem pierwszą konsekwencją śmierci Solejmaniego i te właśnie antyamerykańskie nastroje wydają się obecnie bardziej konsolidować społeczeństwa Iranu i Iraku niż jakakolwiek ideologia polityczna.

Czynniki takie jak religia, pochodzenie etniczne, czy sympatia do rządu odchodzą na bok.

Na wiecach żałobnych podczas uroczystości pogrzebowych Solejmaniego w Iranie, pojawiły się setki tysięcy, a może i miliony osób, które na co dzień deklarują niezadowolenie z działań przywódców Islamskiej Republiki.

Czy takie konsekwencje zostały przewidziane przez administrację najpotężniejszego państwa na świecie?

Sam w sobie Iran, choć gnębiony sankcjami i zawiedziony nadziejami po wypracowaniu porozumienia o międzynarodowej kontroli irańskiego programu nuklearnego (JCPOA), które zerwał Trump, nie przeżywa politycznego trzęsienia ziemi. Islamska Republika ze swoimi mocnymi stronami i wielkimi słabościami trwa od 41 lat.

Teraz Iran ogłosił wyjście z JCPOA. Będzie wzbogacał uran, bez obowiązku składania raportów, jak to było dotychczas. Realnie to niczego jednak nie zmieni.

Wydarzenia toczą się szybko, ale proces budowy broni jądrowej (o ile Iran chciałby taką rzeczywiście budować) trwa relatywnie długo. Jednocześnie daje to państwom takim jak Stany Zjednoczone argument do rozpowszechniania tezy o jeszcze większym niebezpieczeństwie grożącym ze strony Teheranu.

Iran zapowiedział potężny odwet i poprzez atak rakietowy na amerykańskie cele w Iraku udowodnił, że nie rzuca słów na wiatr. Choć obyło się bez ofiar śmiertelnych wśród personelu amerykańskiego i ich sojuszników, władze w Teheranie pokazały, że nie boją się prowadzić bezpośrednich działań przeciwko supermocarstwu, a nie jak dotąd rękami szyickich milicji w innych państwach regionu.

Kto obali republikę ajatollahów

Po tym wydarzeniu wydawało się, że Trump znów odpowie w sposób agresywny. Tymczasem, chyba nieco niespodziewanie, wzywa do większego zaangażowania w regionie partnerów z NATO i - co kluczowe - zapowiada nałożenie kolejnych sankcji na Iran.

To działanie zaczyna sygnalizować wreszcie pewną logikę. Atak na Solejmaniego może przysporzy Ameryce więcej wrogów w regionie, ale kolejne sankcje mogą też docisnąć Iran gospodarczo tak, że w dłuższej perspektywie ten obecnie scementowany męczeństwem Solejmaniego naród, wreszcie zwróci się przeciwko władzom – co jest oczywistym celem Waszyngtonu.

Obalenie Islamskiej Republiki Iranu jest możliwe tylko rękami społeczeństwa, nie poprzez wsparcie marginalnych irańskich ugrupowań opozycyjnych na uchodźstwie, których reputacja w Iranie budzi kontrowersje.

Jeszcze ciekawiej rysuje się jednak przyszłość Iraku. Tam prawdziwej stabilizacji nie było zasadniczo od wkroczenia wojsk amerykańskich w 2003 roku, kraj doświadczył ponadto w ostatnich latach przekleństwa wojny z Państwem Islamskim, jest też wewnętrznie podzielony.

Chiny wchodzą do Iraku

Teraz Irakijczycy chcą wycofania amerykańskich wojsk i… niespodziewanie Chiny zaoferowały zastąpienie ich. Chiny dotychczas stroniły od szerszego zaangażowania na Bliskim Wschodzie, szczególnie militarnego.

Strona iracka wydaje się to akceptować. Takiej szybkiej i zaskakującej reakcji na wydarzenia trudno było się spodziewać. Pojawia się pytanie, czy to rzeczywiście odwrót Stanów Zjednoczonych z Bliskiego Wschodu, czy próba sprytnego wciągnięcia militarnie Chin w region, na którym łamią sobie zęby wszyscy z wyjątkiem producentów uzbrojenia?

W tej sytuacji trudno przewidywać rozwój sytuacji w Iraku.

Mówiąc obrazowo, bokserzy wreszcie wymienili parę ciosów, po czym wrócili do klinczu. Być może to chwila ciszy przed kolejną burzą.

Póki co, pozostaje modlić się za Bliski Wschód i za Amerykę, żywiąc nadzieję, że świat jednak trochę zwolni.

*Jakub Gajda, iranista wykształcony na Uniwersytecie Jagiellońskim, specjalista ds. Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Kiedyś podróżnik, dziennikarz i tłumacz prasowy języków perskiego, dari i paszto. Obecnie przedsiębiorca i doktorant Uniwersytetu Łódzkiego specjalizujący się w stosunkach międzynarodowych.

;

Komentarze