Rozmowy, którymi w ostatnich dniach chwalił się Trump, ograniczają się do wymiany wiadomości za pośrednictwem Pakistanu. Trump z jednej strony mówi, że wszystko idzie zgodnie z planem, z drugiej Amerykanie planują dalszą eskalację
Pakistan faktycznie od wielu dni próbuje doprowadzić do rozmów między USA i Iranem. Jednocześnie to, co rzeczywiście się dzieje, wciąż jest bardzo dalekie od tego, co słyszymy w opowieściach Trumpa.
Co zatem działo się w dyplomacji w ostatnich dniach?
W niedzielę 29 marca 2026 ministrowie spraw zagranicznych z czterech ważnych krajów szeroko rozumianego regionu: Turcji, Pakistanu, Arabii Saudyjskiej i Egiptu spotkali się w Islamabadzie i rozmawiali o drogach do zakończenia konfliktu.
Pakistan wyraził zadowolenie, że i Iran, i USA, ufają Pakistańczykom na tyle, by mogli oni pośredniczyć w rozmowach między tymi krajami. Według Reutersa Asim Munir, szef pakistańskiej armii i prawdopodobnie najpotężniejszy człowiek w Pakistanie, ma być w regularnym kontakcie z amerykańskim wiceprezydentem J.D. Vance’em.
Szef biura Al Dżaziry w Teheranie napisał w poniedziałek 30 marca wieczorem, że za pośrednictwem Pakistanu, prowadzone są rozmowy na poziomie militarnym i poziomie bezpieczeństwa. Bardzo możliwe, że tego rodzaju techniczne rozmowy (lub też raczej wymiana wiadomości) pomiędzy urzędnikami odpowiedzialnymi za konkretne obszary, rzeczywiście mają miejsce.
Problem w tym, że na razie w żaden sposób nie przybliża nas to zakończenia tej wojny.
Nieco ponad miesiąc po rozpoczęciu wojny jak na dłoni widać, że Trump swoimi decyzjami wykiwał sam siebie.
Swoją frustrację prezydent USA wylewa na swoich sojuszników.
„Do wszystkich krajów, które nie mogą zdobyć paliwa lotniczego z powodu Cieśniny Ormuz, jak Wielka Brytania, która odmówiła udziału w dekapitacji Iranu, mam sugestię: Po pierwsze, kupujcie od Stanów Zjednoczonych, mamy tego mnóstwo, a po drugie, nabierzcie trochę odwagi, jedźcie do Cieśniny i po prostu weźcie stamtąd ropę” – czytamy w jego porannym wpisie w Truth Social.
W drugim wpisie Trump zaatakował z kolei Francję. „Francja nie pozwalała samolotom lecącym do Izraela, załadowanym sprzętem wojskowym, przelatywać nad swoim terytorium. Francja była BARDZO NIEPOMOCNA w stosunku do »Rzeźnika Iranu«, którego udało się skutecznie wyeliminować! USA BĘDĄ PAMIĘTAĆ!!!” – napisał Trump.
19 marca podczas spotkania z premier Japonii Trump mówił wprost, że nie informował sojuszników w Azji i Europie o decyzji o ataku. Amerykanie podjęli atak bez konsultacji z Europejczykami, ale w momencie problemów Trump oczekuje bezwzględnej uległości. Ten przykład dobitnie pokazuje, że wcześniejsze założenie, że Trumpa należy chwalić i mówić to, czego oczekuje, a w zamian stosunki z USA będą udane – jest błędne. Wystarczy jedna decyzja nie po myśli amerykańskiego prezydenta i kraj automatycznie staje się najgorszy, niewdzięczny, wrogi.
Trump ma jednak realne powody do frustracji. Sprowokował globalny kryzys energetyczny, którego nie potrafi zatrzymać. A zrobił to, ponieważ nie potrafił wyobrazić sobie, że Iran zablokuje cieśninę Ormuz. Amerykański prezydent myślał, że Amerykanie w kilka dni, za pomocą precyzyjnych uderzeń z powietrza, wstrząsną irańskim systemem władzy. I chociaż zadają razem z Izraelem Iranowi wiele ciosów, to nic takiego sie nie dzieje.
Wróćmy teraz do negocjacji. Szansę na ich powodzenie w najbliższych kilku czy kilkunastu dniach nieustannie należy oceniać jako bardzo nikłą. Obie strony sądzą bowiem, że rozmawiają z pozycji siły i zwycięzcy.
Główne warunki obu stron znane są od dłuższego czasu, pisaliśmy o nich między innymi tutaj. Amerykanie chcą m.in. ograniczenia irańskiego programu produkcji rakiet balistycznych, otworzenia cieśniny Hormuz, zrzeczenia się prawa Iranu do wzbogacania uranu i zwrócenie ok. 450 kg wysoko wzbogaconego uranu, zaprzestania finansowania swoich niepaństwowych sojuszników, takich jak Hezbollah w Libanie.
Dla Iranu takie warunki to kapitulacja. Rzecznik irańskiego MSZ Esmail Baghei nazwał amerykańskie propozycje „nierealistycznymi, nielogicznymi i wygórowanymi”. Bardzo podobne warunki stawiali Amerykanie przed wojną. Wówczas jednak cieśnina Ormuz była otwarta. Teraz Irańczycy ją blokują i traktują to jako swój główny punkt nacisku.
Po ataku USA Iran wziął jako zakładnika globalną gospodarkę, a Trump nie ma pomysłu, jak ją uwolnić.
Iran pomysł ma – domaga się reparacji wojennych, gwarancji, że nie zostanie znów zaatakowany, uznania zwierzchnictwa Iranu nad cieśniną Ormuz, natychmiastowe zatrzymanie wojny.
Przyjęcie takich warunków byłoby dla USA wielopiętrową kompromitacją. Ale jednocześnie USA nie jest na dziś w stanie wymusić na Iranie większej uległości w rozmowach za pomocą środków militarnych. Z tego powodu jesteśmy dziś w skrajnie niebezpiecznej sytuacji.
Podobnie sytuacja wyglądała w lutym tego roku.
Wówczas Trump próbował dwutorowej ścieżki: z jednej strony rozmowy, z drugiej strony nacisk militarny i koncentracja wojsk amerykańskich wokół Iranu. Ostatecznie nie do końca mieliśmy do czynienia z rozmowami, a raczej z próbą wymuszenia amerykańskich warunków przy pomocy groźby użycia siły.
Takie podejście zdradza fundamentalne niezrozumienie Iranu, irańskiej władzy i strategii politycznej Republiki Islamskiej.
Teraz Trump popełnia identyczny błąd. Z tą różnicą, że tym razem jego pozycja jest gorsza niż wcześniej.
Dziś dwutorowa ścieżka wygląda tak: z jednej strony Trump przekonuje, że rozmowy z Iranem idą świetnie, a w rzeczywistości mamy powolny proces wymiany wiadomości za pośrednictwem Pakistanu. Z drugiej Amerykanie szykują inwazję lądową na wyspy na cieśninie Ormuz. W okolice Iranu wysłane zostały m.in. 82. Dywizja Powietrzno-Desantowa czy marines, łącznie kilka tysięcy żołnierzy.
Trump twierdzi, że zdobywając irańskie wyspy w cieśninie Ormuz, Amerykanie mogą ponownie otworzyć ruch w cieśninie. Znajduje się tam kilka strategicznych wysp – niewielki Chark, wyspa kluczowa dla irańskiego eksportu ropy, czy większa, długa na ponad 100 km wyspa Keszm, znajdująca się w najwęższym punkcie cieśniny.
Bardzo możliwe, że doskonale wyszkolone amerykańskie jednostki są w stanie np. zająć Chark, być może też inne wyspy. Jak to wpłynie jednak na ruch w cieśninie? Jeśli to jest główny plan na odblokowanie ruchu morskiego w regionie, to wydaje się on bardzo krótkowzroczny. Zdobycie wyspy to bowiem jedna rzecz, a jej utrzymanie – to zupełnie osobna historia. Zajęcie nawet wszystkich wysp może ułatwić kontrolę tego, co dzieje się w cieśninie, ale w żaden sposób jej nie zagwarantuje. Iran dalej będzie miał możliwość uderzania w cele w cieśninie, a także na tych wyspach, by Amerykanów odeprzeć. Jest tu więc potencjał na katastrofę.
Czyli: na dziś przed Trumpem stoją dwie główne opcje:
Opcja numer jeden to przyznanie się do porażki. Opcja numer dwa to bardzo wysokie koszty, pogłębiony kryzys energetyczny i niemal na pewno znacznie więcej niż dotychczas zabitych amerykańskich żołnierzy.
Tymczasem sondaże poparcia dla Trumpa dołują. Wykonany między 20 a 25 marcem sondaż Uniwersytetu Massachusets we współpracy z YouGov daje mu 33 proc. poparcia oraz ujemne poparcie netto w wysokości 29 punktów. W sondażowej średniej spadł już poniżej 40 proc. poparcia.
Trump nie lubi takich wyników, nie lubi, gdy wygląda na słabego. Lubi też krótkoterminowe ryzyko. Jeżeli więc nikt z jego zaplecza go nie powstrzyma, atak lądowy na irańskie wyspy wygląda na prawdopodobny.
Pozostaje jeszcze możliwość trzecia: „Wall Street Journal” pisze, że Trump rozważa też zakończenie wojny… bez otwarcia cieśniny Ormuz. Trump mógłby uznać, że wojna jest wygrana: Amerykanie z Izraelem zniszczyli sporo konwencjonalnych możliwości militarnych Iranu, w tym dużą część ich marynarki wojennej, i nazwać to zwycięstwem. A o cieśninę – jak sugerował we wspominanych wpisach na Truth Social – niech się martwią Europejczycy.
Amerykanie bowiem nie sprowadzają wiele ropy z Bliskiego Wschodu. Większość wykorzystywanej w USA ropy naftowej pochodzi z własnej produkcji i z importu z Kanady.
Problem z tym rozwiązaniem polega na tym, że ceny ropy są kształtowane na globalnym rynku. A sytuacja w cieśninie Ormuz ma tutaj ogromny wpływ. I przekłada się to na ceny na amerykańskich stacjach – od początku wojny wzrosły one o jedną trzecią.
Trump nie ma więc dziś prostych rozwiązań, które pomogłyby mu wyjść z sytuacji, którą stworzył sam.
Mówimy głównie o USA, ale nie jest tak, że Iran z wojny wyjdzie bez szwanku. Irańskie władze mogą dziś kreować się na zwycięzców tej konfrontacji, bo od początku mieli bardzo proste kryterium sukcesu: przetrwanie. Od początku wiadomo było, że zmiana systemu politycznego za pomocą samych nalotów jest skrajnie trudna, nic dziwnego więc, że się nie wydarzyła.
Jednocześnie, choć system działa, to został znacznie osłabiony. Ludzi z takim doświadczeniem jak Ali Laridżani (sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego zabity w izraelskim ataku 17 marca) nie jest łatwo zastąpić. Głos nowego Najwyższego Przywódcy jest dziś niemal nieobecny w przestrzeni publicznej i nie wiemy, jaki jest jego wpływ na podejmowanie decyzji. Rządzący Iranem – a centrów władzy jest kilka – mają problemy ze skuteczną komunikacją. Z drugiej strony sposób prowadzenia wojny sugeruje wystarczający poziom koordynacji przynajmniej w kwestii prowadzonych ataków.
Wojna jedynie pogłębi problemy gospodarcze kraju. W ich rozwiązaniu pomogłoby zniesienie sankcji. A to proponują Amerykanie w zamian za przyjęcie ich warunków. Ale te są dla Irańczyków nie do zaakceptowania. Iran może więc skończyć z bardziej konserwatywnym i zmilitaryzowanym przywództwem, opartym na Strażnikach Rewolucji. I tysiącem problemów wewnętrznych, które bez głębokich reform (do których Republika Islamska właściwie nie ma narzędzi) będą się tliły i mogą regularnie wybuchać np. w postaci kolejnego buntu społecznego.
A wojna, pomimo rozważań, jak ją zatrzymać, trwa. Iran oskarżył dziś agresorów o atak na budynki firm produkujących leki. Ataki ostatnich dwóch dni uszkodziły budynki Światowej Organizacji Zdrowia. Żaden z pracowników nie ucierpiał, ale ataki utrudnią działanie organizacji w kraju.
28 marca siły amerykańsko-izraelskie uderzyły w Uniwersytet Nauki i Technologii, niszcząc kilka budynków. Irańczycy twierdzą, że od początku wojny uderzonych zostało około 20 uniwersytetów w całym kraju.
Na razie w najbliższych dniach należy spodziewać się dalszych zniszczeń.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze