Amerykański prezydent zapewnia, że niczym się nie martwi. W końcu, jak twierdzi, Iran został pokonany, a Amerykanie blokują ich eksport w Cieśninie Ormuz. Iran jest jednak gotowy na ten test wytrzymałości
Najnowsza propozycja Iranu na zakończenie wojny się Donaldowi Trumpowi nie podoba. I to tak bardzo, że nawet nie doczytał jej do końca i nazwał ją „kupą szajsu”.
Na pytanie dziennikarza o to, co znajduje się w tej propozycji, Trump zaczął opowiadać, że ludzie zastanawiają się, czy ma plan. Tymczasem jego plan to najlepszy plan w historii, a Iran został już kompletnie pokonany. Jaki to plan? „Iran nie może mieć broni atomowej” – mówił prezydent. Jaki jednak jest plan na to, by ten postulat zrealizować, nie powiedział.
Dalej dodawał, że częścią tego planu jest również blokada morska Iranu, która jest wyrazem „militarnego geniuszu”.
„To była zła propozycja, głupia propozycja, stworzona przez ludzi, którzy nie mają pojęcia, w jakim są niebezpieczeństwie. Bardzo głupia propozycja” – przekonywał Trump.
Mówiąc krótko: Donald Trump nie sprawia wrażenia, by faktycznie miał plan, jak zakończyć wojnę z Iranem na warunkach akceptowalnych dla Amerykanów. Trump wielokrotnie przekonywał i mówił to też 11 maja, że Amerykanie dysponują najsilniejszą armią świata. I najpewniej to prawda. Ale podejmując decyzję o ataku, amerykański prezydent najwyraźniej zapomniał, że siła armii to nie wszystko.
Posiadanie najsilniejszej armii nie oznacza jeszcze automatycznie, że Amerykanie mogą z łatwością pokonać wszystkich i wszędzie. Widzieliśmy to doskonale choćby w Afganistanie. W 2001 roku wojska amerykańskie pojawiły się tam, by pokonać Talibów, którzy wspierali i gościli Al-Kaidę i Osamę bin Ladena. 20 lat później Amerykanie z Afganistanu się wycofali, a władzę niemal natychmiast przejęli Talibowie.
Dzisiaj Trump krok po kroku poznaje ograniczenia kampanii, jaką próbował przeprowadzić w Iranie. Działania Amerykanów wskazują na to, że sądzili, iż bazy w krajach Zatoki Perskiej to wyłącznie ich atut. Stały się też dużym problemem. Iran odpowiedział intensywnymi atakami na bazy oraz na cele energetyczne w tych krajach.
W zeszłym tygodniu Trump zapowiedział swój „Projekt Wolność”, czyli eskortowanie statków przez Cieśninę przez irańską blokadę. Projekt nie osiągnął nic, zanim został przez Trumpa przerwany. Później okazało się, że jednym z powodów była odmowa ze strony Arabii Saudyjskiej na użycie przez Amerykanów bazy lotniczej Amir Sultan. Pomimo rozmowy telefonicznej pomiędzy Trumpem a księciem koronnym Mohammadem bin Salmanem, Saudyjczycy nie zmienili zdania.
To jasno pokazuje, że kluczowi sojusznicy USA w regionie mają dosyć wojny i nie wahają się wyrazić sprzeciwu w tak zdecydowany sposób. A Trump traci kolejny punkt nacisku na Iran.
Dziś amerykański prezydent twierdzi, że ma dużo czasu i amerykańska kontrblokada sama załatwi sprawę.
Czego Iran domagał się w propozycji? Nie znamy dokładnej treści dokumentu. Ale to, co o nim wiemy, pokazuje, że postulaty się nie zmieniają. To zakończenie wojny, uznanie zwierzchnictwa Iranu nad Cieśniną Ormuz, reparacje wojenne za zniszczenia dokonane przez siły zbrojne Izraela i USA.
Trudno się Trumpowi dziwić: to postulaty, które oznaczałyby przyznanie się do porażki. Żeby zakończyć tę wojnę, potrzebne będą faktyczne negocjacje, w których obie strony uznają rzeczywistość. Na razie nic takie się nie wydarzyło. By do czegoś dojść, Amerykanie muszą uznać, że nie osiągnęli tego, co zaplanowali, a Republika Islamska Iranu ma sporo argumentów: Cieśninę Hormuz, utrzymanie się przy władzy mimo tak zmasowanych nalotów na ich kraj.
Na razie od początku zawieszenia broni ponad miesiąc temu obie strony wymieniają wiadomości i stanowiska tak, jakby były przekonane o swoim zwycięstwie. Trump dalej powtarza, że wojna została wygrana, irańska armia zniszczona. Dalej rzuca groźby, choć ze znacznie mniejszym przekonaniem niż na początku kwietnia.
A Iran nie pozostaje dłużny.
„Nasze siły zbrojne są gotowe na każdą odpowiedź wobec agresji. Złe strategie i złe decyzje zawsze dają złe rezultaty, cały świat już to zrozumiał” – napisał w poniedziałek 11 maja w mediach społecznościowych przewodniczący irańskiego parlamentu, główny negocjator w ostatnich rozmowach z USA i jeden z najważniejszych irańskich polityków, Mohammed Bagher Ghalibaf.
I dodał, że jeśli Amerykanie wrócą do ataków, będą zdziwieni odpowiedzią.
12 maja jeden z irańskich polityków poszedł o krok dalej.
„Jedną z możliwości, jeśli zostaniemy ponownie zaatakowani, jest wzbogacanie uranu do 90 proc. Będziemy o tym dyskutować w parlamencie” – napisał w mediach społecznościowych Ebrahim Rezai, poseł i rzecznik komisji bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej.
Może to być kontynuacja polityki z czasów Alego Chameneiego. Wówczas Iran twierdził, że nie dąży do bomby. Ale program atomowy rozwijał, m.in. po to, by móc wykorzystać go w negocjacjach.
Nigdy dość przypominania: wynegocjowana w 2015 roku umowa JCPOA (Joint Comprehensive Plan of Action) skutecznie ograniczała irański program atomowy, co wielokrotnie potwierdzała Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej. Obowiązywała jednak jedynie trzy lata, ponieważ Donald Trump z umowy wystąpił.
Dziś Iran dysponuje około 450 kg wysoko wzbogaconego uranu, którego nie byłoby, gdyby nie decyzja Donalda Trumpa. Amerykański prezydent w 2018 miał jednak sprytny plan, by wynegocjować lepszą umowę. Przewińmy szybko do 2026 roku i mamy sytuację, w której Amerykanie chwilowo ani nie są w stanie niczego nowego wynegocjować, ani nie palą się do dalszej wojny.
Trump mówi, że wystarczy poczekać. Jeśli tak, to w obecnym stanie, gdzie nie mamy do czynienia ani z pokojem, ani z wojną, możemy zostać przez długie miesiące.
7 maja „Washington Post” na podstawie rozmów ze źródłami w wywiadzie pisał, że CIA ocenia, że Iran może przeczekać jeszcze 3-4 miesiące do momentu, gdy amerykańska blokada zacznie przynosić faktyczne koszty gospodarcze dla kraju.
Te same źródła mówią, że Iran zachował 75 proc. wyrzutni rakiet i 70 proc. zapasów rakiet. Jeszcze w zeszłą środę 6 maja Trump mówił, że Iran zachował 18-19 proc. rakiet. Irańska władza wykazuje determinację, by przetrwać i przeczekać Trumpa.
To wszystko nie znaczy, że Irańczycy nie odczuwają gospodarczych konsekwencji wojny, blokady, kontrblokady i całej konfrontacji z USA. Na łamach agencji prasowej Tasnim irański urzędnik Gholamhossein Mohammadi powiedział, że wojna spowodowała utratę aż miliona miejsc pracy.
Część tego problemu to ograniczenie dostępu do internetu Irańczykom. Od początku wojny władze odłączyły obywatelom dostęp do międzynarodowej sieci. Jednocześnie władze zaczęły w programie „Internet Pro” rozdawać koncesjonowany dostęp dla części firm, które polegają na sieci w swojej działalności. Ci, którzy nie mają takiej możliwości, muszą polegać na bardzo drogim z perspektywy dzisiejszych dochodów w Iranie dostępie do sieci VPN.
A pamiętajmy, że irańska gospodarka miała poważne kłopoty również przed wojną. Silny wzrost i tak wysokiej inflacji sprowokował antyrządowe protesty na przełomie grudnia i stycznia. To, co stało się dalej, tłumaczy, dlaczego pomimo pogarszającej się sytuacji irańskich gospodarstw domowych, władze emanują pewnością siebie.
W styczniu protesty zostały krwawo stłumione. Liczba ofiar jest dziś nieznana, ale na podstawie wiarygodnych szacunków niezależnych organizacji można powiedzieć, że chodzi o tysiące osób. Władze Republiki Islamskiej są gotowe, by ewentualny kolejny wybuch niezadowolenia stłumić. A Irańczycy mają pełne prawo bać się buntować.
Dodatkowo coraz szerzej trafiają do nas doniesienia, że władze często stosują karę śmierci wobec protestujących ze stycznia 2026 roku. Irańscy obywatele, którzy są przeciwnikami władz czy w ogóle systemu Republiki Islamskiej – a tych jest przecież wielu – mają przed sobą trudny czas.
A przed Donaldem Trumpem spotkanie w czwartek 14 maja z Xi Jinpingiem w Pekinie. Gdy w październiku 2025 obaj liderzy spotkali się w koreańskim Busan, Trump z pewnością nie sądził, że będzie leciał do stolicy Chin, by usłyszeć od chińskiego przywódcy, że wojna USA z Iranem powinna się jak najszybciej zakończyć. Bo trzeba zapomnieć o nadziei, że uda się ogłosić jej koniec przed spotkaniem z Xi.
Chińczycy są w bliskim kontakcie z Pakistańczykami, którzy pozostają kluczowym pośrednikiem pomiędzy Iranem a USA. I w ostatnich tygodniach wielokrotnie podkreślali, choćby przez ministra spraw zagranicznych Wanga Li, że Cieśnina Ormuz musi być otwarta dla wolnego handlu.
Chiny wiedzą, że blokadę rozpoczęli Irańczycy. Ale z całą pewnością pamiętają też, że przed atakiem USA na Iran cieśnina była otwarta. Spotkanie w Pekinie z Xi Jinpingiem, wobec którego Trump wielokrotnie wyrażał podziw i szacunek, może wcale nie być tak przyjemne dla amerykańskiego prezydenta.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze