"Turysto uważaj na foki, bo zostaną z ciebie zwłoki" - taki plakat kilka lat temu można było zobaczyć na polskim Wybrzeżu. Część rybaków nienawidzi fok, bo wyjadają im ryby z sieci. I chcą ich odstrzału, choć to gatunek ściśle chroniony. Jest inne rozwiązanie, ale rybacy nie palą się do jego wdrożenia

„Jak walczyć z tymi fokami?”- zapytał dziennikarz Wirtualnej Polski. „Nie wiem, odstrzał” – odpowiedział rybak Patryk z Helu. „Odstrzał byłby rozwiązaniem?” – dopytał reporter.

„Tak, trzeba zmniejszyć populację. Bo przecież będzie tak, że trzeba będzie dzieci na plaży pilnować, bo foka wciągnie do wody, pogryzie, czy zaciągnie na głębszą wodę. Tak to będzie wyglądało” – dopowiedział rybak.

Te antyfocze uprzedzenia wśród rybaków mają się dobrze. Kilka lat temu w Kuźnicy na Półwyspie Helskim można było zobaczyć taki plakat (na którym zresztą autor pomylił fokę z uchatką):

Powodem tej niechęci są straty w połowach –  niektóre foki nauczyły się nie tylko wybierać ryby z sieci rybackich, ale też je ogryzać. Dla tych morskich drapieżników to bardziej opłacalna strategia niż ściganie pływających ryb.

W efekcie, w kutrach lądują ryby poszarpane, na wpół zjedzone, które nie nadają się już do zjedzenia przez ludzi. Problem więc jest, nawet jeśli ma lokalny charakter. Bo – jak zauważył prof. Jan Marcin Węsławski z Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie –

„foki sprawiają kłopoty tylko rybakom łowiącym łososie w ujściu Wisły”. Przede wszystkim w okolicach Helu i Zatoki Gdańskiej.

Obecnie w Bałtyku żyje ok. 30 tys. fok, a to – zdaniem polskich rybaków z tej okolicy – „za dużo”. Henryk Indyk, rybak z Helu: „Według nas, rybaków, foki nie przynoszą żadnego pożytku w środowisku Morza Bałtyckiego”. Twierdzi, że w zupełności wystarczyłoby ich 10 tys. I oczekują odstrzału tych ssaków.

Nic więc dziwnego, że gdy w ostatnich dniach odnaleziono ciała aż pięciu fok, które nosiły obrażenia wskazujące na śmierć z ludzkiej ręki, to podejrzenie padło właśnie na rybaków. Zresztą niektórzy z nich sami podsycali te domysły, mówiąc o „tępieniu tych łajz na własną rękę”, czy odgrażając się, że „foka złapana w sieci nie ujdzie żywa”.

Ale odstrzał to droga donikąd. Zdaniem ekspertów, klucz do rozwiązania problemu leży przede wszystkim w zmianie narzędzi połowu na „fokoodporne”. Ale do tego wymagana jest inicjatywa rybaków.



Polskich fok jest tylko 300

By na foki można było polować, należałoby wykreślić je z listy zwierząt chronionych, a potem wpisać na listę gatunków łownych. Albo każdorazowo ubiegać się o zgodę na odstrzał w Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (GDOŚ), jak dla wszystkich gatunków chronionych. Dla obydwu rozwiązań z oczywistych powodów brak podstaw.

Jednak przede wszystkim – i to wymaga szczególnego podkreślenia – w Polsce… nie ma do czego strzelać, bo populacja fok związana z polskim wybrzeżem liczy zaledwie maksymalnie  300 osobników.

Wynika to z charakteru naszego wybrzeża. Jest tak ukształtowane, że ludzie mogą dotrzeć w niemal każde jego miejsce. Foki po prostu nie mają u nas spokoju. „Foka potrzebuje lądu, żeby wydać na świat potomstwo i je odchować. Potrzebuje lądu do odpoczynku, także w okresie linienia na przełomie maja i czerwca. Wówczas większość fok nie wchodzi do wody, dopóki kompletnie nie zmienią futra, chyba że zostaną spłoszone.

Bezpieczne lądowe siedlisko jest dla foki równie ważne jak wodne i po prostu nie zamieszka tam, gdzie go nie znajdzie”

mówiła „Wyborczej” dr Iwona Pawliczka, kierowniczka Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego, która sprawuje pieczę nad odtwarzaniem populacji foki szarej w Polsce.

Albo odstrzał, albo ochrona

Badaczka wskazała również na to, że na polskim wybrzeżu – właśnie ze względu na jego ukształtowanie – nigdy nie będziemy mieli tylu fok, jak w Szwecji (ok. 15 tys.) czy Finlandii (ok. 11 tys.).

„Mamy do nich strzelać teraz, kiedy w końcu udało się sprawić, żeby po wielu latach nieobecności wróciły do naszych wód?” – pytała dr Pawliczka.

Zresztą takiego samego zdania jest Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. „Odcinam się od jakiegokolwiek strzelania do fok” – mówił na początku kwietnia szef tego resortu Marek Gróbarczyk.

„Mamy stację na Helu, która otrzymuje dotację unijną w celu rozmnażania fok. A z drugiej strony byśmy strzelali?” – podkreślił.

Prof. Węsławski z Instytutu Oceanologii wskazał na inną wadę odstrzału: „Nawet jeśli zastrzelimy te, które już tu są, to zaraz z północy przypłyną następne. Dla fok przepłynięcie ze Szwecji do Polski to dwudniowy spacerek. Szybko się też uczą, gdzie można znaleźć łatwy posiłek”.

Wreszcie, co może najważniejsze, jak czytamy w przygotowanym przez polskich naukowców projekcie Krajowego Programu Ochrony Foki Szarej z 2012 roku (nie wszedł w życie):

„Nie ma dowodów, by prowadzone odstrzały selektywnie eliminowały te osobniki fok, które wykazują zachowania postrzegane przez człowieka jako konfliktowe (np. regularnie korzystają z ryb w sieciach jako źródła pokarmu), ani by zmieniały sposób wykorzystywania przestrzeni morskiej przez foki (np. odstraszając foki od łowisk rybackich) […]”.

Autorzy zaznaczają, że odstrzały mogą, co najwyżej „wzbudzać strach fok przed korzystaniem z określonych fragmentów brzegu morskiego”.

Społeczeństwo będzie protestować

Jednak rybaków nie przekonują takie argumenty. Wskazują na to, że odstrzały fok są prowadzone w Szwecji, Estonii i Finlandii. Te jednak – przekonywała dr Pawliczka – ostatecznie nie rozwiązały konfliktu z rybołówstwem. „Dlatego te kraje próbują go rozwiązać bez uśmiercania fok” – dodała.

Przyrodnik i dziennikarz Adam Wajrak zauważył, że podawanie jako przykładu „dobrej praktyki” Skandynawii i innych nadbałtyckich krajów, gdzie do fok można strzelać, nie jest właściwe. Bo fok jest tam – o czym mówiła dr Pawliczka – zdecydowanie więcej niż w Polsce. Ale też dlatego, że „Szwedzi czy Finowie akceptują zarządzanie naturą przez strzelanie, Polacy nie”.

Rzeczywiście, Polacy krzywym okiem patrzą na strzelanie do gatunków objętych reżimami ochronnymi, nawet jeśli odbywa się ono w majestacie prawa. Dobitnie pokazuje to przykład łosi i żubrów. Były minister środowiska Jan Szyszko chciał przywrócić pod koniec ubiegłego roku polowania na łosie. Co prawda, łoś nie znajduje się na liście gatunków chronionych, ale od 2001 roku obowiązuje moratorium na jego odstrzał.

W wyniku kampanii społecznej i medialnej #jestemzłosiem – i nie bez wsparcia prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który nie ma sympatii dla polowań – Szyszko ostatecznie wycofał podpisane już rozporządzenie.

Silne emocje budzi również w Polsce odstrzał żubrów. To gatunek chroniony, ale prawo pozwala na odstrzał niektórych osobników pod pewnymi warunkami. Do tego roku Lasy Państwowe sprzedawały odstrzały w nadleśnictwach Borki i Krynki. Ale – znów po protestach, w szczególności Greenpeace Polska – wycofały się z komercjalizacji odstrzałów.

Te dwa przykłady pokazują, że decyzja o legalizacji odstrzału tych morskich ssaków wiązałaby się z protestami organizacji ekologicznych i silnym sprzeciwem społecznym.



Ryby w klatki

„Jesteście teraz w sytuacji, w której my tutaj, w Szwecji byliśmy siedem lat temu. Mieliśmy wtedy tylko kilkanaście fok. Teraz już nikt nie jest w stanie łowić sieciami, rybołówstwo jest możliwe tylko narzędziami odpornymi na ataki fok” – mówił w 2017 roku do polskich rybaków ich szwedzki kolega po fachu.

Alternatywne narzędzia połowu chronią połów przed żerującymi fokami, zmniejszając jednocześnie ryzyko przyłowu ssaków.

Ta druga rzecz jest również ważna. Przyłów to wszystkie zwierzęta, które złapały się w sieć, ale nie były celem połowu. Na polskich wodach przyławiane są również foki: zaplątują się w rybackie sieci i nie mogąc wypłynąć – toną. Podobnie giną też ptaki.

Do alternatywnych narzędzi zaliczają się m.in. sieci dostosowane do konkretnych gatunków ryb i różnego rodzaju klatki połowowe.

„Są trwalsze, pozwalają na selekcję złowionych, żywych ryb pod kątem przydatności do gospodarczego wykorzystania (wypuszczenie ryb niewymiarowych i chronionych), zyskowności (odpowiedniej wielkości i popytu), nie muszą być obsługiwane codziennie (dają oszczędności czasu pracy rybaka), umożliwiają przeżycie złowionym rybom w okresach sztormu” – czytamy w projekcie programu ochrony foki szarej.

Czyli w zasadzie same plusy i tylko jeden minus – są droższe od typowych sieci. Jednak rybacy w Polsce nie są nimi zainteresowani i dalej wolą łowić głównie tzw. sieciami skrzelowymi, z których wyciągają martwe już ryby, a czasem i przyłów.

Problem z odszkodowaniami

„Nasi rybacy – z tego, co słyszę – założyli od początku, że w polskich wodach i w polskich warunkach te sieci się nie sprawdzą. Tylko może najpierw należałoby je przetestować, choćby te konstrukcje, które stosują w innych krajach bałtyckich?” – mówiła „Wyborczej” dr Pawliczka.

„A jeśli by się nie sprawdziły, to można zaprząc do pracy specjalistów – technologów od narzędzi połowowych, biologów znających zachowania zwierząt, rybaków znających praktyki połowowe – żeby wspólnie pracowali nad konstrukcjami dostosowanymi do naszych warunków. A w międzyczasie powinny być wypłacane rybakom odszkodowania” – dodała.

Niestety, z wypłacaniem odszkodowań jest problem. Państwo przeznaczyło na nie 4 mln zł, ale rybaków zniechęcają formalności. A przede wszystkim – czas oczekiwania.

Foka sprzymierzeńcem rybaków

Pewnie niewielu rybaków dałoby dziś temu wiarę, ale – w pewnym sensie – foka może być ich sprzymierzeńcem. Mówił o tym nieżyjący już prof. Krzysztof Skóra, twórca Stacji Morskiej na Helu. Wskazywał, że foka w Bałtyku jest „naturalnym higienistą”, bo „selekcjonuje ryby tak, by przetrwały te najsilniejsze – najzdrowsze”.

„A my – ludzie, przecież jesteśmy zainteresowani łowieniem i jedzeniem jak najlepszych ryb. Foki dokonują dla nas ich wstępnej selekcji, a jedząc – testują ich jakość” – mówił w 2015 roku.


Dziennikarz i publicysta. Członek zespołu redakcyjnego „Dzikiego Życia”. Jeśli czegoś nie pisze lub nie czyta, to najpewniej siedzi gdzieś w lesie. Instruktor sztuki przetrwania. W OKO.press pisze o ekologii i dokonaniach komisji smoleńskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym