0:00
Prawa autorskie: Krzysztof Cwik / Agencja GazetaKrzysztof Cwik / Age...
21 września 2021

Turów. Rząd nie chce wyłączać kopalni i płacić kar, a związkowcy zapowiadają protest

Polska musi płacić pół miliona euro dziennie za działanie kopalni Turów. "Nie dostaniecie ani centa" - napisał wiceminister sprawiedliwości. Rząd mówi o zapewnieniu bezpieczeństwa energetycznego, związki o blokadach ulic, a eksperci o porażce Polski w negocjacjach z Czechami

Wydrukuj

"Polski rząd nie zamknie kopalni KWB Turów. Od początku stoimy na stanowisku, że wstrzymanie prac kopalni w Turowie zagrozi stabilności polskiego systemu elektroenergetycznego" - czytamy w oświadczeniu rzecznika rządu Piotra Müllera. To odpowiedź na decyzję TSUE z 20 września 2021.

Wiceprzewodnicząca Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w maju zdecydowała o zastosowaniu tzw. środka tymczasowego w postaci zawieszenia działalności kopalni Turów na trójstyku granic polskiej, czeskiej i niemieckiej. Przychyliła się tym samym do wniosku Czechów, oskarżających polską odkrywkę o osuszanie terenu i lokalne problemy z dostępem do wody. W lutym Czesi, po latach nieudanych negocjacji, pozwali Polskę do TSUE, apelując jednocześnie o zatrzymacie wydobycia do końca procesu.

Polska nie zastosowała środka tymczasowego, a należąca do spółki PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna kopalnia działa bez przeszkód. 20 września TSUE wydało więc kolejną decyzję: nałożenie dziennej kary 500 tys. euro na rzecz Komisji Europejskiej. Kara obowiązuje od momentu otwarcia postanowienia TSUE w specjalnym systemie internetowym e-curia. Jak donosi RMF FM, Polska już otrzymała i otworzyła decyzję.

Burza po decyzji TSUE

"To nawet nie jest szantaż, to jest sędziowski rozbój i kradzież w biały dzień. Nie dostaniecie ani centa" -napisał na Twitterze wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski.

Premier Mateusz Morawiecki na konferencji prasowej mówił z kolei: "To, czy ostatecznie Polska będzie musiała zapłacić te środki, czy nie, to zobaczymy w związku z tym, że przedsięweźmiemy wszelkie możliwe środki prawne, aby wykazać ich ogromną nieproporcjonalność".

Komisja Europejska ma na ten temat inne zdanie. Rzecznik KE Eric Mamer pytany o to przez dziennikarzy, odpowiedział: "Muszą zapłacić. To jest ich prawny obowiązek".

Profesor Sławomir Dudzik, Kierownik Katedry Prawa Europejskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z OKO.press tłumaczy, że nie ma możliwości, aby Polska uniknęła zapłacenia kary.

„Rozliczenia między Unią Europejską a Polską są codziennością. Nie mam więc wątpliwości, że w razie niechęci rządu do płacenia kary, Komisja Europejska będzie mogła np. zmniejszyć jakieś wpłaty dokonywane na rzecz Polski. Może zmniejszyć je o tę kwotę, jaka powinna zostać wpłacona po decyzji TSUE. Dojdzie zatem do potrącenia zasądzonych kwot z należnościami z budżetu UE na rzecz naszego państwa” – ocenia.

To byłby jednak precedens.

„Nie przypominam sobie oficjalnych stanowisk rządowych innych państw członkowskich, które odmawiałyby płacenia kar nałożonych przez Trybunał. Na pewno pojawiały się takie opinie w dyskusjach politycznych, ale nigdy w oficjalnym stanowisku rządu” – podkreśla prof. Dudzik.

Bezpieczeństwo kraju

Piotr Müller w oświadczeniu opublikowanym na stronie Kancelarii Premiera podkreśla również, że kopalnia Turów jest istotna dla bezpieczeństwa energetycznego. "Żadne decyzje Trybunału Sprawiedliwości UE nie mogą naruszać obszarów związanych z podstawowym bezpieczeństwem krajów członkowskich. Bezpieczeństwo energetyczne należy właśnie do tego obszaru" - pisze rzecznik.

Wiceprezes TSUE Rosario Silva de Lapuerta zaznaczała w swojej decyzji, że Polska chciała wykazać, jak wyłączenie kopalni doprowadzi do przerw w dostawie energii cieplnej i wody pitnej w rejonie Zgorzelca oraz Bogatyni. Jednak w jej ocenie przedstawione argumenty były „powtórzeniem lub rozwinięciem” tych, które Polska podnosiła podczas wcześniejszych etapów sprawy.

„Z treści postanowienia Wiceprezes Trybunału wynika, że Polska nie wykazała odpowiednimi dowodami w jaki sposób zawieszenie wydobycia w kopalni Turów negatywnie wpłynie na bezpieczeństwo energetyczne” – tłumaczy prof. Dudzik. „Jak rozumiem z treści uzasadnienia, Trybunał był na taką argumentację otwarty, ale polski rząd nie sprostał ciężarowi przedstawienia odpowiednich dowodów” – dodaje. Dlatego – tłumaczy ekspert – próby odwołania się do względów bezpieczeństwa energetycznego na tym etapie są już spóźnione.

3, 4, 7 czy 8 procent energii?

Część oficjalnego stanowiska rzecznika rządu dotyczy również tego, jaką rolę w całym systemie elektroenergetycznym pełni Elektrownia Turów. To właśnie do niej dostarczany jest węgiel ze spornej odkrywki. Nie można go przetransportować z innych odkrywek - nie istnieje odpowiednia infrastruktura, a na dodatek węgiel brunatny podczas transportu się zbryla. Dlatego zazwyczaj wydobycie jest prowadzone w pobliżu elektrowni.

Jeżeli kopalnia Turów zostanie zamknięta, będzie trzeba wyłączyć także bloki elektrowni w Bogatyni.

Elektrownia Turów odpowiada za nawet 7 proc. krajowej produkcji energii. Jest gwarantem bezpieczeństwa energetycznego dla milionów osób.
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

To argument, który bardzo często pojawia się w wystąpieniach członków rządu. W maju, zaraz po decyzji TSUE dotyczącej zastosowania środka tymczasowego, minister aktywów państwowych Jacek Sasin mówił o 8 proc. energii produkowanej w Turowie. Mateusz Morawiecki trzymał się najbliżej faktów, mówiąc, że jest to od 4 do 7 proc.

Produkcję energii na bieżąco śledzi Fundacja Instrat. Z ich danych wynika, że w 2020 roku Turów produkował średnio 3,3 proc. energii. W 2021 roku udział bogatyńskiej elektrowni wzrósł.

Przyczyn jest kilka. Jedną z nich jest otwarcie nowego bloku. Ma moc 496 MW, budowało go konsorcjum trzech firm (Mitsubishi Hitachi, Tecnicas Reunidas i Budimex) i kosztował ponad 4 mld zł netto.

Drugi powód to zamknięcie nowego bloku energetycznego w Jaworznie o mocy 910 MW. Oddano go do użytku w listopadzie 2020, jednak już w czerwcu kolejnego roku trzeba było go wyłączyć ze względu na usterkę. Naprawa bloku ma potrwać nawet do lutego 2022.

"Celem prac jest trwałe usunięcie wad w rejonie komory paleniskowej bloku, co zapewni bezawaryjną pracę w perspektywie wielu lat" – mówił Sebastian Gola, prezes spółki Nowe Jaworzno Grupa Tauron.

Ponad 5 proc.

Wpływ tych dwóch czynników widać w statystykach.

W styczniu 2021, kiedy jeszcze nie działał nowy blok Turowa, a wciąż działał ten w Jaworznie, elektrownia w Bogatyni produkowała średnio 4 proc. energii w Polsce. W lutym, marcu, kwietniu i maju było to 5-5,6 proc. Czerwiec był rekordowy - wtedy elektrownia Turów wyprodukowała najwięcej, bo 6,7 proc. Tak więc średnia dla pierwszego półrocza 2021 to 5,3 proc.

Czy w takim razie elektrownia Turów jest konieczna dla bezpieczeństwa energetycznego kraju?

Na pewno jest istotna, mówi Paweł Czyżak, analityk z Instratu. "W maju, po pierwszej decyzji TSUE, liczyłem, czy groziłyby nam przerwy w dostawie prądu. Wtedy, według moich szacunków, nie było takiego zagrożenia. Teraz jednak sytuacja się zmieniła na gorsze. Przede wszystkim w zimie zapotrzebowanie na energię jest większe niż latem. Musielibyśmy kupować energię za granicą, a ceny na rynku europejskim są obecnie bardzo wysokie. To oznaczałoby kolejne wydatki. Dodatkowo dochodzi kwestia zamkniętego bloku w Jaworznie, który czymś trzeba zastąpić. Krótkoterminowo, w przypadku ewentualnej awarii Turowa, moglibyśmy uniknąć przerw w dostawie prądu. W dłuższej perspektywie wyłączenie Turowa pogorszyłoby już i tak napiętą sytuację polskiej energetyki i wiązałoby się ze wzrostem cen energii, a nawet ryzykiem jej niedoborów" - tłumaczy Czyżak.

Niestabilność sieci

Problemem są również dostawy ciepła dla Bogatyni, które obecnie zapewnia elektrownia Turów. Co więcej, Polskie Sieci Elektroenergetyczne zwracają uwagę na to, że elektrownia Turów jest podłączona do stacji w Mikułowej. To tam wyprowadza się energię wyprodukowaną w Turowie do domów. Jak argumentował w maju prezes PSE Eryk Kłossowski, wyłączenie elektrowni spowodowałoby niestabilność pracy węzła w Mikułowej.

"Mam na myśli nie tylko bezpośrednią utratę wolumenu wytwarzanego przez Turów, ale konieczność liczenia się z kolejnymi ograniczeniami wprowadzanymi tylko z tego powodu, że zaczynają nam się przeciążać sieci albo mamy do czynienia z niestabilnością napięciową w liniach wychodzących z węzła Mikułowa" - mówił.

„To argumenty, z którymi trudno polemizować, bo jedynie PSE wie, jakie parametry mają konkretne komponenty sieci przesyłowych w kraju i tymi informacjami się nie dzieli. Nie da się jednak ukryć, że Polska miała dużo czasu na rozwiązanie tego problemu. Od złożenia pozwu przez Czechów minęło siedem miesięcy, mogliśmy w tym czasie wypracować scenariusze awaryjne lub po prostu dojść do porozumienia” – mówi Paweł Czyżak.

Czesi stawiają warunki

Nałożenie na Polskę kary w związku z bezczynnością w sprawie Turowa nie może dziwić. Choć w maju premier Morawiecki ogłaszał, że żadnych kar finansowych nie będzie, a porozumienie z Czechami jest na wyciągnięcie ręki, od tamtej pory nie udało się opracować takich warunków umowy międzynarodowej, która zadowoliłaby obie strony sporu.

Czesi przedstawili szczegółowe wymagania: Polska ma dokończyć budowę specjalnego ekranu, który ograniczy odpływ wód podziemnych oraz dołożyć się do budowy wodociągów w regionach Frýdlant i Hrádek. Nasi sąsiedzi domagają się również kontroli działania kopalni, przeglądu istniejących procesów wydawania zezwoleń zgodnie z prawem europejskim oraz przekazania wszelkich dostępnych informacji o skutkach wydobycia. W czerwcu złożyli również wniosek o ukaranie Polski za niezastosowanie środka tymczasowego. Chcieli, by kara wyniosła 5 mln euro za każdy dzień. Do tego wniosku przychylił się Trybunał, choć wyznaczył niższą kwotę.

Lekceważone rozmowy

Czy można było uniknąć sporu przed TSUE i wizji płacenia miliardowych kar? „Długo starałem się rozwiązać ten spór bez walki prawnej. Wynik jest dla nas ważny, czyli pomoc dziesiątkom tysięcy Czechów na granicy” – mówił na początku 2021 roku czeski minister spraw zagranicznych Tomáš Petříček. 12 lutego członek praskiego rządu spotkał się w Warszawie z polskim ministrem spraw zagranicznych Zbigniewem Rau. Miało to być spotkanie ostatniej szansy.

„Niestety, negocjacje nie potoczyły się zgodnie z naszymi pomysłami. Dlatego złożymy pozew” – wyjaśniał wtedy minister Petříček.

Doktor Andrzej Kassenberg z Instytutu na rzecz Ekorozwoju i Koalicji Klimatycznej zaznacza, że od lat było wiadomo, jakie skutki będzie miała rozbudowa kopalni Turów. "Wpłynie niekorzystanie na lokalne stosunki wodne i zwiększy zasięg występowania leja depresyjnego, a przez to wywierać będzie negatywny wpływ na zaopatrzenie w wodę, produkcję rolną oraz leśnictwo. Mimo tych negatywnych opinii, jak i obaw strony czeskiej co do zagrożenia dla wód pitnych, które nie zostały potraktowane poważnie, władze polskie, niezgodnie z prawem, udzieliły koncesji na kontynuowanie wydobycia do 2026 roku. Ponadto w kwietniu br. polski minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka przedłużył koncesję aż do 2044 roku" - komentuje Kassenberg.

Tajne negocjacje

Rozmowy z Czechami rozpoczęły się dopiero, gdy nad Polską pojawiło się widmo płacenia kar lub konieczności wyłączenia kopalni. Negocjacje odbywają się jednak za zamkniętymi drzwiami i trwają już ponad 100 dni.

"Nasi polscy koledzy nie mają motywacji, aby szybko je zakończyć. Ustaliliśmy dotąd, że strona polska rozszerzy monitoring wód podziemnych wokół kopalni i będzie przekazywać nam informacje" - mówił na początku września 2021 czeski wiceminister spraw zagranicznych Martin Smolek.

Polska strona utrzymuje, że Czesi toczą polityczną walkę związaną z wyborami parlamentarnymi w październiku. "Jesteśmy w specyficznym momencie politycznym, za chwilę, na początku października, mamy wybory parlamentarne w Czechach. Sprawy ekologii są w kampanii wyborczej w Czechach niezwykle gorąco dyskutowane. W związku z tym nie spodziewam się, by przed tymi wyborami jakaś ostateczna decyzja mogła zapaść" - mówił w lipcu Jacek Sasin.

Związkowcy chcą protestować

Swoje oświadczenie po najnowszym postanowieniu TSUE opublikował również przewodniczący Komisji Międzyzakładowej KWB "Turów" Wojciech Ilnicki.

Domaga się odrzucenia decyzji i stanowczej reakcji rządu. "Przede wszystkim niepłacenia kar finansowych, a w razie potrzeby wstrzymania wszelkich płatności na rzecz UE, w tym takich jak składki członkowskie. Warto przy tej okazji również rozpocząć dyskusję w naszym kraju nad kosztami i korzyściami płynącymi z obecności Polski w Unii" - czytamy w stanowisku, opublikowanym na portalu "Tygodnika Solidarność".

Związkowcy zapowiadają również akcję protestacyjną "o zasięgu międzynarodowym". W rozmowie z Radiem Maryja Ilnicki mówił o "wycieczce do Luksemburga" i "zburzeniu spokoju". Jeśli to nie zadziała, a Polska nadal będzie musiała płacić kary, związkowcy zablokują drogi. Na razie nie jest jasne, które trasy wybiorą. "Zablokujemy dojazdówkę do Niemiec. Żeby po prostu Niemcy, Czesi, Holendrzy i wszyscy inni odczuli, co to znaczy zamknąć Kopalnię Węgla Brunatnego Turów" - zapowiedział Ilnicki.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne