0:00
20 października 2021

Uciekałem przez Polskę. Na Białorusi bili mnie na oczach rodziny - uchodźca z ośrodka w Eisenhüttenstadt

Mężczyzna stoi metr ode mnie. Dzieli nas zamknięty szlaban i dwóch ochroniarzy. Wyciąga rękę z telefonem, obraca ekran, bym mogła przeczytać wiadomość. Widzę słowo: fence, (płot). Rozmawiamy w Eisenhüttenstadt. Wkrótce w OKO.press kolejne relacje z niemieckiego ośrodka recepcyjnego [FILM]

Wydrukuj

Publikujemy pierwszą historię uchodźcy, który przedarł się przez granicę z Białorusią i dotarł do Niemiec.

Płot to metalowa siatka otaczająca centralny ośrodek recepcyjny w Eisenhüttenstadt na wschodzie Niemiec, 25 km od Frankfurtu nad Odrą. To pierwszy punkt kontaktu dla osób, które ubiegają się o azyl w Brandenburgii. Należy do Centralnego Urzędu ds. Rejestracji. Cudzoziemców (ZABH). Może pomieścić 1000 osób, ale jest już prawie pełen, przebywa w nim 700 uchodźców.

Mężczyzna bierze za ręką małą dziewczynkę, przechodzi kilkanaście kroków wzdłuż płotu i czeka, aż podejdę.

Nie mówi po angielsku, wpisuje w tłumacza na telefonie, co chce powiedzieć i przeciska telefon przez niewielkie oczka płotu, ja czytam i odpisuje.

Przez płot

Na imię ma Malvin, ma 39 lat, pochodzi z Iraku. Dziewczynka o dużych ciemnych oczach, która śmieje się, kiedy przepychamy smartfona przez płot, to jego córka Fatima. Malvin prosi, aby nie ujawniać imion ani jego ani rodziny, więc wszystkie dane zostały zmienione.

Mieszkają w „strefie deportacyjnej”, to kilkadziesiąt kontenerów i namiotów wojskowych. Przebywają tam uchodźcy, którzy dopiero dotarli do ośrodka.

Ośrodek dla uchodźców w Eisenhüttenstadt w Niemczech. Październik 2021 r. Fot. Julia Theuss / OKO.press

Malvin jest tu od tygodnia. Ochroniarze nie mogą wypuścić go na zewnątrz, bo jest na obowiązkowej kwarantannie.

Chce opowiedzieć mi swoją historię, żeby ostrzec innych przed tym, co go spotkało.

Ma żonę i czwórkę dzieci: 9-letnia Fatima jest najstarsza, najmłodsza Nadia ma 3 lata. W Iraku pracował w przemyśle, przez 20 lat zajmował się produkcją aluminiowych okien i drzwi.

Ponad dwa miesiące temu postanowił opuścić kraj. „W Iraku chodziłem na antyrządowe demonstracje, a każda osoba, która protestuje może zostać ukarana, grozi jej śmierć. To nie jest bezpieczne miejsce dla mnie ani dla mojej rodziny”.

O tym, że może pojechać z rodziną na Białoruś, a potem przedostać się do Europy powiedział mu znajomy.

Na oczach dzieci

„Dowiedziałem się, że Białoruś otworzyła granicę, a sytuacja w Iraku robiła się dla nas niebezpieczna. Ktoś zrobił mi zdjęcia podczas demonstracji. Moja rodzina potrzebowała ochrony, więc zdecydowałem się wykupić wizę. Nie wiedziałem, ile cierpienia nas spotka”.

Malvin ponad dwa miesiące temu wykupił lot do Mińska, przyjechał tam z całą rodziną. Po kilku dniach wziął „taksówkę”, która miała przewieść go na Zachód. Nie chce mi powiedzieć, ile zapłacił. Rodzina wsiadła do samochodu.

Znowu przepycha telefon przez płot: „Białoruska policja wyciągnęła mnie z taksówki i zaczęła bić na oczach rodziny. To były tortury. Nie wiedziałem, czy przeżyję. Płakałem i krzyczałem, a żona i dzieci na to patrzyły. Na nogach nadal mam ślady pobicia. Moje dzieci płaczą za każdym razem, kiedy widzą policjanta”.

Pokazuje mi zdjęcie swoich nóg. Siniaki są tak duże, że zasłaniają skórę, która pokrywa prawe udo. Otaczają je ciemnofioletowe przebarwienia i krwiaki. Na lewym udzie siniaków jest nieco mniej.

Uchodźca z ośrodka w Eisenchuttenstadt, fot. Archiwum własne / OKO.press

Nie wie dlaczego został pobity.

Taksówka

Opowiada, że policja zawiozła rodzinę z powrotem do Mińska. Następnego dnia spróbowali przekroczyć granicę po raz drugi, ale tym razem z granicy zawrócili ich Polacy. Przepycham telefon z pytaniem, czy jest pewien, że to Polacy.

„Polacy wypychali nas w stronę granicy białoruskiej, a Białorusini w stronę granicy polskiej. Zadzwoniłem po osoby, które miały nas przewieźć przez granicę”.

„Moje dzieci i żona pojechały samochodem z Polakiem. Mnie złapała białoruska armia i przemocą wypędziła na polsko-białoruską granicę” – mówi. „Szedłem przez bagna, w rzece zgubiłem wszystkie swoje rzeczy. Bałem się, nie wiedziałem, co dzieje się z moją rodziną. Zastanawiałem się, czy jeszcze ich zobaczę, czy są żywi, czy już martwi”.

Wysłał pinezkę z lokalizacją osobie, która miała mu pomóc przedostać się przez granicę. Smartfon Malvina wędruje na moją stronę płotu: „Przyjechał po mnie samochodem. Znaleźliśmy moją rodzinę, która po polskiej stronie czekała w mieszkaniu jednego z moich znajomych. Przejechaliśmy przez Polskę. Wysiedliśmy przy moście na granicy Polski i Niemiec. Wzięliśmy taksówkę, żeby Polacy nas nie zobaczyli i nie cofnęli znowu na Białoruś. Tak dojechaliśmy do Niemiec. Zgłosiliśmy się na policję i dotarliśmy tutaj, do Eisenhüttenstadt”.

Odciski palców

Malvin chce zostać w Niemczech. Mówi, że to tutaj „zostawił swoje odciski palców”, a nie w Polsce. Odciski palców uchodźcy składają, kiedy chcą ubiegać się o azyl i są weryfikowani przez służby.

Zasady rozpatrywania wniosku o azyl przez państwa UE określa tzw. system dubliński oparty na Konwencji dublińskiej. Według niej za rozpatrzenie wniosku o ochronę międzynarodową odpowiedzialne jest tylko jedno państwo członkowskie UE - to, które jest bezpieczne, i którego granicę osoba ubiegająca się o azyl przekroczyła jako pierwsze.

Ośrodek dla uchodźców w Eisenhüttenstadt w Niemczech. Październik 2021 r. Fot. Julia Theuss / OKO.press

Procedurę azylową w Niemczech prowadzi federalny Urząd do spraw migracji i uchodźców (Bundesamt für Migration und Flüchtlinge, BAMF). BAMF najpierw sprawdza, czy uchodźca rejestrował się wcześniej w innym kraju UE. Jeśli tak, to przekazuje go (również wbrew jego woli) do tego państwa, bo to kraj pierwszej rejestracji odpowiada za przeprowadzenie procedury azylowej.

Odciski palców, które Malvin złożył w Niemczech, nie gwarantują więc, że to tutaj rozpocznie się jego procedura azylowa. Zgodnie z systemem dublińskim służby niemieckie mogą cofnąć go do Polski.

A uchodźcy w Eisenhüttenstadt po tym, co przeżyli na granicy polsko-białoruskiej powtarzają, że Polska nie jest dla nich krajem "bezpiecznym". Nie chcą tu wracać. Również Malvin.

Nie do Polski

Przeciska telefon przez druty „Czy możesz nam pomóc? Nie mamy ubrań, jedzenie tu nie jest dobre. Nie mamy niczego”. Obawia się o przyszłość swojej rodziny. Jeżeli zostaną objęci procedurą azylową, będą mogli swobodnie przemieszczać się po Eisenhüttenstadt. Dostaną pokój w budynku oddalonym 20 minut od centralnego ośrodka deportacyjnego. Tam poczekają do końca procedury.

Malvin przytula córkę i znowu podaje mi telefon. „Chcemy tylko spokojnego życia. Przeżyliśmy, ale czujemy głęboki smutek, bo nie wiemy, co będzie dalej” – czytam na ekranie.

Do ośrodka mogłam wejść dopiero później, podczas oficjalnej wizyty. Zobaczyłam wtedy Malvina, stał z żoną w zamkniętej części ośrodka, na kwarantannie. Pomachali mi ręką.

W OKO.press będziemy publikowali kolejne historie uchodźców z Eisenhüttenstadt, którzy przedzierali się przez polsko-białoruską granicę.

Udostępnij:

Julia Theus

Dziennikarka, pracowała w „Gazecie Wyborczej” i Wirtualnej Polsce. W OKO.press od 2021 roku, absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stypendystka nauk humanistycznych i społecznych na Sorbonie IV w Paryżu (Université Paris Sorbonne IV).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne