0:00
Prawa autorskie: Vinnie Langdon IIIVinnie Langdon III
06 listopada 2020

Umarł Trump, ale trumpizm żyje

Przewaga Bidena w Pensylwanii budzi radość pewnego już zwycięstwa. Ale, ale... Partia Demokratyczna jest w szoku i pełna pytań. To Republikanie maszerują dumnie, ich wiara w trumpizm została przywrócona, choć Trump przegrywa. Ksenofobia, rasizm, kłamstwo i antyelitarny populizm nie znikną z amerykańskiej polityki

Wydrukuj

"Biden miał tak zdecydowanie pokonać Trumpa, by Partia Republikańska powróciła do swoich centro-prawicowych korzeni, a antyelitaryzm, ksenofobia i otwarty rasizm Trumpa zostały na zawsze wyparte z amerykańskiego życia politycznego. Ale mimo porażki Trumpa, tak się nie stało" – sytuację analizuje na gorąco Josh Pacewicz* (1980), profesor socjologii na Brown University, badacz procesów politycznych w USA.

Komentuje pewne już na 99 proc. zwycięstwo Bidena, który zyskał przewagę w Pensylwanii i będzie miał co najmniej 273 głosów elektorskich, o 3 więcej niż zwycięskie minimum. Prowadzi także w Georgii, Arizonie, Newadzie... Jednak wynik Bidena pozostaje rozczarowaniem amerykańskiego demokraty, a ogromne poparcie Trumpa dowodem, że Amerykanie nie są aż tak umiarkowanym, rozsądnym i prodemokratycznym społeczeństwem.

Przed rozpoczęciem wyborów, sondaże wskazywały na to, że Biden pokona Trumpa o 9 punktów procentowych. Przedstawiałem w OKO.press trzy możliwe scenariusze.

  • Pierwszy zakładał, że sondaże bardzo się myliły, a Trump wygra wybory.
  • Drugi brał pod uwagę niedoszacowanie notowań Trumpa, co oznaczałoby niejasny wynik wyborów, który mógłby doprowadzić do kryzysu konstytucyjnego.
  • Trzeci scenariusz zakładał, że zgodnie z sondażami Joe Biden wygra ze zdecydowaną przewagą. Byłoby to zwycięstwo polityczne, ale, co równie ważne, moralne odrzucenie trumpizmu.

Miała być klęska trumpizmu, ale nie ma

Przywódcy Partii Demokratycznej oczekiwali rozwoju wypadków zgodnego z trzecim scenariuszem, tymczasem jesteśmy bliżsi drugiego. Demokraci wygłaszali opinie, że Biden tak zdecydowanie pokona Trumpa, że Partia Republikańska powróci do swoich centro-prawicowych korzeni. Antyelitaryzm, ksenofobia i otwarty rasizm Trumpa zostaną na zawsze wyparte z amerykańskiego życia politycznego.

Okazuje się teraz, że - według scenariusza nr 2 - sondaże nie doszacowały poparcia Trumpa o około 4 punkty procentowe. Zgodnie z przewidywaniami, Trump próbuje wywołać kryzys konstytucyjny, ogłaszając się zwycięzcą w dniu wyborów i oskarżając Demokratów o próbę oszustwa wyborczego. Jednak, ze względów, które zaraz wyjaśnię, to zagrywka się nie powiodła i wygląda na to, że Joe Biden lada moment ogłosi zwycięstwo.

Niestety, zwycięstwo Bidena - nawet jeśli ostatecznie wygra w Pensylwanii, Arizonie, Georgii i Newadzie, czyli uzbiera łącznie 306 głosów elektorskich - nie jest nokautującym uderzeniem w trumpizm.

Wręcz przeciwnie, Trump osiągnął znacznie lepsze wyniki niż republikańscy kandydaci w wyborach do Kongresu w 2018, pomimo tego, jak fatalnie zarządza kryzysem pandemii koronawirusa. Republikanie utrzymali kontrolę nad Senatem i zyskali parę miejsc w Izbie Reprezentantów. Ich nastrój w mediach społecznościowych jest optymistyczny, cieszą się ze zdobycia większej liczby głosów niż w 2016.

A to wszystko dlatego, że ogólnie rzecz biorąc, poglądy Trumpa na temat amerykańskiego elektoratu okazały się bardziej trafne niż diagnoza Demokratów.

Kryzys konstytucyjny? Republikanie i Sąd Najwyższy nie poszli za Trumpem

Na szczęście wygląda na to, że próby Trumpa, by wywołać kryzys konstytucyjny, spełzły na niczym.

Zagranie Trumpa opierało się o amerykański system Kolegium Elektorów, które wybiera zwycięzcę poprzez przyznawanie kandydatom głosów w poszczególnych stanach na zasadzie „zwycięzca bierze wszystko”. Ponieważ Trump bagatelizował zagrożenie jakim jest COVID-19, Republikanie częściej głosowali osobiście, podczas gdy wielu Demokratów głosowało korespondencyjnie.

Strategia Trumpa polegała na wskazaniu wygranej Republikanów w kluczowych stanach w dniu wyborów, a następnie zażądaniu, aby zaprzestano zliczania zanim podliczone zostaną wszystkie głosy korespondencyjne.

To dlatego Republikanie upierali się, by głosy pocztowe były liczone już po policzeniu głosów z komisji, co wydaje się rozwiązaniem absurdalnym, bo można to było zrobić wcześniej.

Wieczorem w dniu wyborów, skuteczność tej strategii wydawała się obiecująca, bo Trump miał przewagę we wszystkich kluczowych stanach, choć obecnie wygląda na to, że w kilku z nich, jak Michigan, Wisconsin, Pensylwania i Georgia, ostatecznie wygra Biden.

Jednak do zamachu stanu potrzeba więcej niż jednej osoby. Podczas gdy Trump podżegał swój elektorat na Twitterze, ci którzy powinni go wesprzeć, trzymali się z boku. Wynikało to między innymi z tego, że Trump nie zdołał uzyskać przewagi we wszystkich kluczowych stanach.

Pierwszy wyraźnie zły dla Trumpa sygnał przyszedł z Arizony.

W środę rano sytuacja się zagmatwała, bo

zwolennicy Trumpa, niektórzy uzbrojeni w karabiny automatyczne, ruszyli do lokali wyborczych w Arizonie żądając, by pozostałe głosy zostały zliczone. W tym samym czasie zwolennicy Trumpa w Georgii i Pensylwanii żądali, by w ich stanach zaprzestano liczenia.

W obliczu tej sytuacji, przywódcy partii Republikańskiej zachowali ostrożność. Urzędnicy wyborczy obiecywali, że wszystkie głosy zostaną zliczone.

Republikanie w Kongresie milczeli lub popierali liczenie pozostałych głosów. Sąd Najwyższy, który składa się z sześciu sędziów nominowanych przez Republikanów i trzech przez Demokratów, odmówił zasądzenia sprawy związanej z liczeniem głosów w Pensylwanii, tym samym pozwalając na to, by zliczanie trwało dalej.

W chwili gdy piszę ten tekst, wydaje się pewne, że Biden wygra wybory, choć mniej zdecydowanie niż przewidywano, a w niektórych kluczowych stanach dosłownie o włos - analitycy spodziewają się, że w większości kluczowych stanów o mniej niż 1 punkt procentowy, a w Nevadzie, Arizonie, Wisconsin i Georgii o mniej niż 50 tysięcy głosów z wielu milionów głosów, które zostały oddane.

Trzy założenia demokratów, czyli zgaszone nadzieje

Pomimo prawdopodobnej wygranej, nastrój wśród Demokratów i działaczy Partii Demokratycznej jest dosyć przygaszony. Nadzieje partii zawiodły.

Demokraci uważali, że:

  • Donald Trump jest już coraz mniej popularnym i silnie polaryzującym prezydentem;
  • Amerykanie to umiarkowany naród, zmęczony wybrykami Trumpa, oburzony jego ksenofobią i skołowany jego fatalnym zarządzaniem pandemicznym kryzysem;
  • idee Demokratów dominują w społeczeństwie, a Trump wygrał poprzednie wybory tylko ze względu na niską frekwencję. Komentatorzy często powtarzali, że za każdym razem, gdy głosować idzie duża liczba obywateli, wygrywają Demokraci.

Dlatego właśnie Demokraci wybrali na swojego kandydata Joe Bidena, który był najbardziej „wybieralny” - nie zniechęciłby żadnej grupy demokratycznych wyborców, od których oczekiwano rekordowej frekwencji. Mimo iż wielu Demokratów wolało kandydatów takich jak socjaldemokratyczny socjalista Bernie Sanders lub „na lewo od centrum” Elizabeth Warren, przywódcy partii stanęli murem za Bidenem.

Kampania Joe Bidena była oparta na obietnicy powrotu do normalności: centrowej polityki gospodarczej, przywrócenia tradycyjnych międzynarodowych sojuszy, powrotu do socjo-liberalizmu i wielokulturowości.

Argumentowano, że umiarkowanie pozyska pracujących zawodowo wyborców na przedmieściach. To, w połączeniu z niechęcią do Trumpa pośród wyborców o innym kolorze skóry niż biały, miało poskutkować rekordową frekwencją anty-Trumpowców: „niebieską falą” (niebieski to oficjalny kolor partii Demokratów).

Już w wyborach do Kongresu w 2018, Demokraci zwyciężyli w wielu podmiejskich okręgach i w okręgach z małą liczbą białych wyborców. Z Donaldem Trumpem ubiegającym się o reelekcję i z szalejącym kryzysem covidowym, Demokraci spodziewali się wygrać jeszcze więcej miejsc w Kongresie.

Wszystko zdawało się potwierdzać tę teorię.

Wskaźnik poparcia dla Trumpa był niski, a jego wyniki w sondażach fatalne. Tuż po tym, gdy zdiagnozowano u niego zakażenie koronawirusem, przegrywał w sondażach o 12 punktów procentowych. Pierwsze wyniki wskazywały na rekordową frekwencję, w wielu stanach już przed dniem wyborów oddano więcej głosów niż w ogóle oddano tam w 2016.

Trump odpowiedział ruszając do boju

Teoria Donalda Trumpa była prostsza: za nic nie będzie przepraszał, tylko pomaszeruje przez wiejskie i ekonomicznie zagrożone regiony Ameryki, wzniecając zapał swoich wyborców wiecami oraz zachęcając ich do głosowania (i pozostawiając po sobie ogniska koronawirusa).

Na Florydzie zagrał na emocjach imigrantów z Kuby, przedstawiając Bidena jako niemal komunistę. Jego retoryka przekroczyła wszelkie granice. Straszył, wymyślał i plątał hasło "Wielkiej Ameryki" z niemal zagrożeniem biologicznym narodu jeśli wygra Biden.

Popatrzmy na Teksas, w którym Demokraci mieli nadzieję wygrać w 2020.

Od 2003 roku większość mieszkańców Teksasu ma kolor skóry inny niż biały, a miasta takie jak Houston i Austin mają ogromne przedmieścia zaludnione przez młodych pracowników z wyższym wykształceniem. W 2018 Demokraci przegrali w Teksasie wybory do Senatu o zaledwie 2,6 pkt proc.

Nadzieje demokratów nie okazały się całkowicie błędne. Wyniki Bidena w okręgach podmiejskich były o 2 lub 3 procent lepsze niż wyniki Hillary Clinton. W innych stanach, pozwoliło to Bidenowi wygrać. Tak jak przewidywano, w miastach wyborcy masowo poszli głosować - w Teksasie średnia frekwencja to 50 procent, ale w Houston wyniosła w tych wyborach 70 procent, a w Austin 75 procent.

Ale, tak jak wszędzie w Stanach Zjednoczonych, wyborcy z regionów wiejskich odpowiedzieli równie mocno. W wielu wiejskich okręgach Biden osiągnął wyniki gorsze nawet niż Hillary Clinton, przegrywając 85-15 zamiast 80-20.

A ponieważ frekwencja wzrosła tam nawet bardziej niż w miastach, Biden przegrał w Teksasie o 5 pkt proc.

Teorie Demokratów dotyczące wyborców o innym kolorze skóry niż biały również okazały się błędne, a Biden osiągnął wyjątkowo kiepskie wyniki pośród latynoskich wyborców mieszkających w wiejskich regionach Teksasu.

Bolesnym przykładem jest teksańska dolina Rio Grande, region w 95 procentach latynoski i bardzo ubogi - w niektórych okręgach przeciętny dochód gospodarstw domowych to tylko 15 tysięcy dolarów rocznie (w całym kraju - 68 tysięcy). Wielu mieszkańców doliny mieszka w colonias - skupiskach przyczep kempingowych w środku pustyni, często bez dostępu do utwardzanych dróg lub innych usług komunalnych.

W 2016 i 2018 jeden z tych okręgów - okręg Starr - był najbardziej demokratycznym okręgiem w Teksasie, dając aż 81 proc. (czyli 9289) głosów Hillary Clinton, Trump zebrał marne 2224 głosy.

Ale w 2020, wybryki Trumpa jakimś sposobem wyczarowały tysiące nowych wyborców.

Joe Biden otrzymał prawie dokładnie tyle samo głosów co Clinton - 9 099. Ale 8 229 osób przyszło zagłosować na Trumpa, dając wynik prawie remisowy. Ta sama historia zaistniała w tysiącach miejsc w całej Ameryce, w stanie za stanem.

Podsumowując, Demokratyczni wyborcy i działacze partyjni rozpoczęli wieczór wyborczy, oczekując, że Biden pokona bestię, a zamiast tego zobaczyli go potłuczonego i kulejącego, ale wciąż prężącego bicepsy.

Zarówno w Teksasie jak i w całych Stanach Zjednoczonych, ma to poważne konsekwencje dla Demokratów w Kongresie. Na przedmieściach, wielu wyborców „dzieliło głos”, głosując na Bidena i na republikańskich kandydatów do Kongresu. Brak popularności Bidena wśród wyborców w regionach wiejskich kosztował Demokratów dodatkowe miejsca w Kongresie.

Partia republikańska na stałe odmieniona

Dla Republikanów podsumowanie jest prostsze: osiągnęli lepsze wyniki z Trumpem w 2020 niż bez niego w 2018.

Wielu przywódców partii Republikańskiej, jak lider większości w Senacie Mitch McConnel, który już - już żegnał się ze stanowiskiem, na fali głosów wyborców z regionów wiejskich, którą wyczarował im Trump, z łatwością osiągnęli wygraną.

Przemawiając podczas uroczystości świętujących swoją wygraną, Lindsay Graham, kiedyś umiarkowany Republikanin, który stał się zaciekłym zwolennikiem Trumpa, stwierdził, że wyborcy zagłosowali na niego, bo są zadowoleni z jego poparcia dla prezydenta. „Będę to robił dalej!”- zadeklarował przy ogłuszającym dźwięku braw.

Wniosek, który z tego wszystkiego płynie jest nieoczekiwany, ale ewidentny - partia Demokratyczna zwycięża, ale jest w szoku i pełna pytań. Republikanie maszerują dumnie, ich w wiara w Trumpizm przywrócona, choć sam Trump przegrał.

Jest wysoce prawdopodobne, że Trump na zawsze zmienił już ideologię i skład partii Republikańskiej - z partii centro-prawicowej na partię z antyestablishmentową, otwarcie ksenofobiczną, z bezrefleksyjnie wrogim podejściem do nauki i eksperckości.

Wygląda na to, że w Kongresie Demokraci, którzy stracili swoje miejsce, zostaną zastąpieni przez Republikanów otwarcie wspierających „QAnon”. Ta internetowa teoria spiskowa twierdzi, że Trump pracuje z Johnem F. Kennedym Juniorem, synem zamordowanego amerykańskiego prezydenta, by zwalczać... demokratyczne kręgi pedofilskie. To że Kennedy zginął w katastrofie lotniczej, nie ma tu oczywiście znaczenia.

Co dalej? Trudna jedność Demokratów

Kalkulacje na przyszłość pozostają dla Demokratów niełatwe. Rządy Bidena spotkają się prawdopodobnie z oporem Republikańskiego Kongresu. A Partia Demokratyczna będzie nadal musiała prowadzić wewnętrzne negocjacje z trudnym elektoratem składającym się z pracujących zawodowo mieszkańców przedmieść, ludzi o innym kolorze skóry niż biały, miejskich elit kulturowych i młodych ludzi, którzy wspierają zazwyczaj socjaldemokratyczne programy promowane przez postaci takie jak Bernie Sanders i Alexandria Ocasio-Cortez.

Przekaz Bidena o powrocie do normalności załatał trochę te podziały, ale ostatecznie nie zdołał zainspirować tych grup amerykańskiego społeczeństwa, wśród których taka właśnie trochę staromodna "normalność" nigdy nie była specjalnie popularna - nawet po ośmiu miesiącach chaosu spowodowanego przez pandemię koronawirusa.

Dopiero się okaże, czy przetrwa jedność Demokratów bez jednoczącego ją widma Donalda Trumpa. Chyba, że Republikanie w swoim utrwalonym wcieleniu wystawią do boju następnego Trumpa.

*W ostatniej książce „Partisans and Partners: The Politics of the Post-Keynesian Society” Josh Pacewicz opisuje radykalną polaryzację amerykańskiej sceny politycznej spowodowaną oddolną zmianą w partiach.

Tłumaczenie Victoria Vogt

2020: Trump Loses, but Trumpism Lives On

Going into the election, polls showed Biden beating Trump by 9%, and I laid out three possible outcome scenarios.

The first was that the polls were extremely wrong, leading to a Trump victory. The second was a polling error in Trump’s favor, which left results ambiguous and potentially produced a constitutional crisis. The third was no polling error and a landslide for Joe Biden. This would have been a political victory and, just as importantly, a moral repudiation of Trumpism.

Prior to the election, Democratic party insiders seemed to expect the third outcome. They opined on TV programs that Biden would drub Trump so badly that the Republican party would revert to it’s center-right roots. Trump’s brand of anti-elitism, xenophobia, and open racism would forever be banished from the American public sphere.

It now appears that the polls were wrong in Trump’s favor, by about 4%. Trump did try to foment a constitutional crisis by declaring himself the winner on election night and accusing Democrats of trying to steal the election—though, for reasons I explain, this failed and Joe Biden appears poised to declare victory.

But Biden’s likely victory is no knockout punch for Trumpism. On the contrary, Trump performed far better than Republican candidates during the 2018 midterm elections, despite his epic mismanagement of COVID-19 crisis. Republicans kept the Senate and gained multiple seats in the House of Representatives. Their mood on social media is upbeat as they celebrate having won more votes in 2020 than 2016. And this is because, on balance, Trump’s theory of the American electorate was more correct than that of the Democrats’.

Before dissecting implications of Trump’ narrow loss, a word about why Trump’s effort to foment constitutional crisis fizzled.

Trump’s gambit rested on the American electoral college, which selects the winner by assigning electors to candidates on a winner-take-all basis in each state. Because Trump denies the seriousness of COVID-19, Republicans tend to vote in person, whereas most Democrats voted by mail. Trump’s strategy relied on showing narrow Republican victories in key battleground states on election night, then demanding that officials suspend the count before all the mail ballots were counted.

On election night, this appeared like a real prospect as Trump was ahead in all of the key battleground states—some of which, like Michigan, Wisconsin, Pennsylvania, and Georgia are now won or likely pickups for Biden.

But it takes more than one person to pull off a coup. And while Trump tweeted, those who he needed to mobilize on his behalf remained on the sidelines. This is partially because Trump failed to completely run the table on the key battleground states. Early returns showed Biden winning—narrowly—in Arizona.

By Wednesday morning, the situation was muddled as Trump’s supporters, some armed with automatic rifles, marched on Arizona polling sites demanding that the remaining votes be counted. Meanwhile, Trump’s supporters in Georgia and Pennsylvania demanded that officials in their states suspend the count.

In the face of this, Republican party officials demurred. Election officials insisted that all the votes would be counted. Congressional Republicans remained silent or supported tabulating remaining votes. The Supreme Court, which consists of 6 judges appointed by Republicans and 3 by Democrats, refused to hear a case relating to the Pennsylvania ballot count, thus allowing the count to continue.

So, at the time of writing, it appears that Biden will win a victory, albeit one far narrower than predicted and by a razor’s edge in some key states—analysts expect him to win most battleground states by less than 1% and Nevada, Arizona, Wisconsin, and Georgia by fewer than 50,000 votes out of many millions cast.

Even so, the mood among Democrats and Democratic party operatives is sober. The Party’s theory of the election, which was supposed to produce outsized victory over Trump, fell short.

Democrats understood the situation to be that Donald Trump is a deeply unpopular and polarizing president, something that is largely true. And those who backed Biden believed that the United States is a moderate nation that is sick of Trump’s antics, appalled by his xenophobia, and flummoxed by his mishandling of the COVID-19 crisis. The theory also held that Democratic ideas are widely popular, and that Trump only won before because so few people voted. Before the election, media commentators regularly repeated that every time large numbers of people turn out to vote, Democrats win.

And so, Democrats chose Joe Biden as the nominee because he was the most “electable”: he would alienate nobody within the Democratic coalition, which observers expected to turn out in record numbers. Though many Democrats preferred candidates like Social Democrat Socialist Bernie Sanders or left-of-center Elizabeth Warren, party luminaries lined up behind Biden.

Joe Biden campaigned on the promise of a return to normality: centrist economic policy, recommitment to traditional international alliances, a return to social liberalism and multiculturalism. The argument was that moderation would win professional voters in the suburbs. This, alongside animosity towards Trump among nonwhite voters, would produce a record anti-Trump vote: “a blue wave” (blue is the official color of the Democratic Party).

In the 2018 midterms, Democrats already won many Congressional seats in suburban and nonwhite districts. With Donald Trump up for reelection, and in light of COVID crisis, Democrats expected to win many more.

And everything seemed to confirm this theory. Trump’s approval rating was low and his polling was atrocious, falling at one point to a 12% deficit shortly after he was diagnosed with COVID-19. Early voting suggested that people were turning out in record numbers, with many states surpassing total votes cast in 2016 before election day.

Meanwhile, Donald Trump’s theory was simpler: he would apologize for nothing and beat a path through American’s rural, economic distressed regions, firing up his supporters with massive rallies and driving up turnout (and, seeding COVID-19 infections).

To better appreciate the results, consider one state: Texas, which Democrats hoped to win in 2020. Texas has been majority nonwhite since 2003, and the state contains many suburban cities like Houston and Austin that swell with young educated professionals. In 2018, Democrats narrowly lost the Texas’s Senatorial election by a mere 2.6%.

Biden’s theory of the case was not entirely wrong. He outperformed Hilary Clinton by 2-3% in suburban counties. In other states, such slight improvements in suburban support probably allowed Biden to squeak to victory in Wisconsin, Michigan, Arizona, and Georgia. Likewise, urban voters turned out in droves—whereas voter turnout in Texas is usually around 50%, over 70% turned out in Houston and 75% in Austin in this election.

But, like all over the United States, the rural counties and small towns roared back. Biden underperformed even Hilary Clinton in many rural counties, losing 85-15 rather than 80-20. And because turnout increased even more in the countryside than the cities, Biden lost Texas by 5%.

Democrat’s ideas about Texas’s nonwhite voters were also wrong, and Biden did particularly poorly among Texas’s rural Latinos.

A poignant example is Texas’ Rio Grand Valley, a region that is 95% Latino and desperately poor—median household income is only $15,000/year in many counties, as against a median household income of $68,000 in the nation as a whole. Many residents of the valley live in “Colonias”—collections of mobile homes and trailers in the Texas dessert, often without access to paved roads or other municipal utilities.

In 2016 and 2018, one such county-- Starr county—was the most Democratic in Texas, giving 9289 votes to Hilary Clinton (81%) against 2224 votes for Trump. But in 2020, Trump’s antics somehow conjured scores of new voters. Joe Biden received an almost identical number of votes to Clinton—9,099. But 8,229 people showed up to vote for Trump, a near tie. The same story occurred thousands of times in America, in state after state.

In sum, Democratic voters and party insiders came into election night expecting to see Biden slay the beast, but instead watched him gored and limping to victory.

And, in Texas as in the United States, the consequences are serious for Congressional Democrats. In the suburbs, many professional voters “split their tickets” and voted for Biden and Republican Congressional candidates. Biden’s weakness with rural, working class voters lost Democrats additional seats in Congress.

For the Republicans, the post-mortem is more straightforward: they performed better with Trump in 2020 than without him in 2018.

Many Republican party leaders, like Senate Majority leader Mitch McConnel, appeared in danger of losing their seats, but cruised to easy victory given the rural vote ginned up by Trump. Speaking at his victory celebration, Lindsay Graham, a historically moderate Republican turned saltwort Trump ally, concluded that voters supported him because they liked what he was doing. “I’m going to keep doing it!” he declared to thunderous applause.

The conclusion, though strange, is unavoidable: the Democratic party emerges from victory shell shocked and pensive. Republicans strut, their faith in Trumpism restored even though Trump himself has lost.

In all likelihood Trump has forever changed the ideology and composition of the Republican party—from center-right to anti-establishment, openly xenophobic, and unreflexively hostile to science and expertise. In Congress, the Democrats who lost their seats look likely to be replaced by over a dozen Congressional Republicans who are publically supportive of “QAnon.” This internet conspiracy holds that Trump is working with John F Kennedy Jr, the son of the slain American president who himself died in a plane crash, to disrupt Democratic pedophilia rinks.

And for the Democrats, calculations about the future remain complex. Biden’s presidency is likely to bring obstructionism from a Republican Congress. And the Democratic Party will continue to negotiate a difficult coalition consisting of suburban professionals, people of color, urban cultural elites, and young people who tend to support the Social Democratic agenda championed by figures like Bernie Sanders and Alexia Occasio-Cortez.

Biden’s message of return to normality papered over some of these divisions, but ultimately failed to inspire large segments of the American population for whom normality was never popular to begin with—and this even after eight months of disruption due to the COVID crisis.

It remains to be seen whether the Democratic coalition holds during settled times, and without the specter of Trump to unite it. Although, if the Republicans have anything to say about it, the next Trump is coming.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne