Wyższe płace i koniec śmieciówek zapowiadał w exposé Mateusz Morawiecki. Eksperci są zgodni: nie da się tego osiągnąć bez wzmocnienia Państwowej Inspekcji Pracy. Jednak jej inspektorzy ledwo zipią: mają coraz więcej obowiązków, a zarabiają mało. Tymczasem sejmowa komisja finansów obcięła planowany budżet PIP. O skuteczne kontrole będzie jeszcze trudniej

„Zrobimy wszystko (…) w systemie edukacyjnym, żeby to pokolenie mogło znaleźć pracę tu, w Polsce, żeby była to praca na godnych warunkach, nie na umowach śmieciowych, praca z jak najwyższym wynagrodzeniem” – mówił w Sejmie w grudniu 2017 rok Mateusz Morawiecki.

Premier nie wyjaśnił, co dokładnie ma na myśli upatrując w systemie edukacji recepty na patologie polskiego rynku pracy. „Umowy śmieciowe” wyglądają tu jak popularne hasło doklejone na siłę. Tak czy inaczej, realizacja tego hipotetycznego „planu Morawieckiego” na walkę z uśmieciowieniem pracy w Polsce zajęłaby lata, jeśli nie dekady. Tymczasem rządzący mają do dyspozycji rozwiązania, które mogą zadziałać od razu.

Jednym z nich jest wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy – instytucji, która sprawdza, czy pracownicy są zatrudniani zgodnie z kodeksem pracy. PIP jest instytucją skrajnie niedofinansowaną. Adriana Rozwadowska z „Gazety Wyborczej” opisywała niedawno, jak inspektorzy PIP piszą do posłów z prośbą o pieniądze dla ich instytucji. Na każdego inspektora zatrudnionego w PIP przypada 10 tys. firm. Podniesienie budżetu pozwoliłoby tej instytucji złapać oddech, co pozytywnie wpłynęłoby na warunki zatrudnienia w Polsce.

Proste? Nie dla rządzących (zresztą nie tylko w tej kadencji Sejmu). Sejmowa Komisja Finansów obcięła wydatki na PIP w projekcie budżetu na 2018 rok. PIP ma dostać o 23 mln zł mniej niż planowano w pierwszej wersji ustawy budżetowej.

Dwa miliony na śmieciówkach

Tymczasem warunki zatrudnienia w Polsce mają się kiepsko. Na samozatrudnieniu pracuje ok. 1.1 mln Polaków. W 2016 roku Główny Urząd Statystyczny szacował, że 51 proc. samozatrudnionych zostało do tej formy pracy zmuszonych. Do tego dochodzi liczba 1,3 mln pracowników pracujących na umowach o dzieło albo umowach zlecenia. Większość osób pracujących w pracy głównej na umowach cywilnoprawnych (80,2 proc.) pracowała w takiej formie nie z własnego wyboru. Odsetek ten był najwyższy wśród osób pracujących na umowę-zlecenie (84,3 proc.). W Polsce jest zatem nawet 2 mln osób, które znajdują się po niekodeksowej stronie rynku pracy. Ten stan nie ulegnie znaczącej zmianie, jeśli nie wzrośnie skuteczność kontroli.

Niebezpieczna praca

Kolejną sferą jest bezpieczeństwo, także kontrolowane przez PIP. Według danych GUS w 2016 roku ogółem 87 tys. 183 osoby uległy wypadkom przy pracy ze skutkiem lekkim (o 0,4 proc. więcej niż w 2015 roku), 464 osoby – wypadkom z ciężkimi obrażeniami ciała (o 7,6 proc. mniej niż w 2015), wypadkom śmiertelnym – 239 osób (o 21,4 proc. mniej).

Od 2010 roku liczba wypadków spada – z wyjątkiem 2015 roku, gdy śmiertelnych wypadków było wyjątkowo dużo (aż 303). 2016 rok był z kolei bardzo „bezpiecznym” rokiem. Jednak bez względu na trend, nie ma wątpliwości, że ogromnej części wypadków dałoby się uniknąć, gdyby pracownikom zapewniono bezpieczne warunki pracy.

„Kluczowy problem to brak środków i odpowiednio licznej kadry PIP. Trzeba zwiększyć budżet tej instytucji” – mówił OKO.press Jakub Grzegorczyk z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.

Rynek pracy wymusza poprawę, ale to za mało

Z danych GUS wynika, że w trzecim kwartale 2017 roku spadła nieco (o 3,1 proc rok do roku) liczba umów o pracę na czas określony, które – jak sama nazwa wskazuje – też stanowią jedną form niestabilnego zatrudnienia. Być może z śmieciówkami jest podobnie – pracodawcy w kilku branżach zaczynają bardziej zabiegać o pracowników i kusząc ich proponują im umowy o pracę. Sytuacja na rynku pracy jest lepsza od tej, do której się przyzwyczailiśmy (co nie znaczy, że jest dobra. Współczynnik aktywności zawodowej wciąż jest w Polsce niski, a pracy szuka się średnio ponad 10 miesięcy). W żadnym wypadku nie oznacza to, że nie potrzebujemy dofinansowania PIP.

Tymczasem budżet PIP wyniesie niecałe 325 mln zł, niecały milion więcej niż w 2017 roku. W pierwszej wersji ustawy budżetowej wydatki na PIP miały być o 23 mln większe, ale sejmowa komisja postanowiła je obciąć. Przy zwiększeniu liczby obowiązków i spadku wartości pieniądza oznacza to de facto zmniejszenie jej możliwości finansowych.

Pozwolimy sobie na dygresję. Ta sama komisja finansów zwiększyła budżet kancelarii Sejmu o 13 mln zł. Część z pieniędzy pójdzie na uposażenia i mundury dla Straży Marszałkowskiej, a reszta trafi do sejmowej restauracji (artykuły spożywcze – 3 mln zł, drobny sprzęt gastronomiczny – 145 tys. zł, bielizna stołowa – 60 tys. zł, zastawa stołowa – 120 tys. zł, ekspresy ciśnieniowe – 100 tys. zł). Koniec dygresji.

A inspektorzy faktycznie będą mieć więcej pracy, m.in. w związku z ograniczeniem handlu w niedziele.

„(…) Jak to się już przez wiele ostatnich lat przyjęło, uznano, iż inspekcji pracy nie potrzeba ani nowych specjalistów, ani dodatkowych szkoleń, a wypełnianie dodatkowych zadań ustawowych nie będzie związane z żadnymi dodatkowymi kosztami” – pisze Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP.

Na 2018 rok PIP zaplanowała 72 tys. kontroli. Dla porównania – w 2017 roku planowała 79 tys., a w 2016 wykonała 82,5 tys. kontroli.


W OKO.press zajmuje się polityką społeczną i gospodarką.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym