Nieco ponad miesiąc wojny, ponad dwa miesiące negocjacji. Iran i USA podpisały wstępne porozumienie. Teraz czas na dalsze negocjacje. W Iranie dominuje dziś niedowierzanie: warunki powszechnie interpretowane są jako bardzo korzystne. Co osiągnął Trump?
Wstępna umowa kończąca wojnę USA z Iranem została podpisana. Nie zrobiono tego, jak pierwotnie planowano, wspólnie, w piątek 19 czerwca Genewie. Wówczas podpisywać go mieli wiceprezydent USA J.D. Vance i przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf. Politycy ci spotkali się już podczas rozmów o zawieszeniu broni w Islamabadzie w kwietniu tego roku.
Podpisanie dokumentu ostatecznie przyspieszono.
Donald Trump podpisał porozumienie we Francji podczas szczytu G7. Ze strony irańskiej zrobił to prezydent Masud Pezeszkian.
Pamiętajmy: nie jest to porozumienie pokojowe. To wstępne porozumienie o warunkach zakończenia wojny i kolejnych krokach, które na drodze do pokoju należy podjąć. Po angielsku mówi się o memorandum of understanding (MoU), co można tłumaczyć jako protokół ustaleń. A to brzmi znacznie mniej doniośle niż traktat pokojowy.
Co znajduje się w MoU? To 14 punktów, które potwierdzają wcześniejsze ustalenia i nieco rozszerzają naszą wiedzę na temat porozumienia. W całości, w języku angielskim, można je przeczytać choćby na stronie BBC. To stosunkowo krótki dokument, który ma niewiele ponad tysiąc słów, czyli jest krótszy niż ten tekst.
Wśród punktów, które już dobrze znaliśmy, znajdują się:
Z dokumentu dowiadujemy się też jednak o kilku szczegółach, o których dotychczas nie pisano szeroko:
Po podpisaniu MoU Trump z jednej strony starał się przedstawiać dokument jako sukces.
„Sądzę, że staną się teraz wspaniałe rzeczy na Bliskim Wschodzie. Co ważne, cena ropy spada, a giełda idzie w górę” – mówił amerykański prezydent. I uzupełniał: „Najważniejsze, że Iran nie będzie miał broni atomowej. W pełni się na to zgodzili, uwzględniając kontrolę, więc nie będą mieć broni atomowej, a o to w tym wszystkim chodziło”.
Jednocześnie amerykański prezydent lekceważył wagę porozumienia:
„To protokół ustaleń. Jeśli mi się nie podoba, jeśli nie będą się zachowywać, wrócimy do zrzucania bomb prosto na ich głowy” – mówił we Francji Trump.
Trump mówi przede wszystkim do własnych odbiorców w USA. Jego słów słucha jednak cały świat, także Iran i irańscy politycy. A tego typu uwagi będą tam odbierane jako potwierdzenie, że Trumpowi nie można ufać w dotrzymywaniu zobowiązań. Bo skoro chce wrócić do wojny, jeśli tylko coś mu się nie spodoba, to jak brać go na poważnie? To też rodzaj groźby, której Trump wielokrotnie użył w trakcie wojny. I za każdym razem, gdy uciekał się do tej metody, gróźb nie spełniał. A więc groźby te straciły swoją moc i powagę.
W umowie nie ma ani słowa o irańskim programie produkcji rakiet balistycznych. W tym temacie Trump powiedział we Francji: „skoro mają je inne kraje, byłoby to niesprawiedliwe, gdyby Iran ich nie miał”.
To zmiana tonu o 180 stopni wobec tego, co mówili Amerykanie przed wojną i na jej początku.
Wówczas irański program balistyczny przedstawiano jako jedno z podstawowych zagrożeń. Nie tylko dla regionu, ale nawet dla USA. 25 lutego 2026, na trzy dni przed atakiem sekretarz stanu Marco Rubio mówił w Kongresie, że Irańczycy pracują w kierunku budowy rakiet, które będą w stanie dosięgnąć teren USA. 2 marca Rubio mówił, że zniszczenie irańskich rakiet krótkiego zasięgu to jeden z głównych celów wojny.
28 lutego, podczas pierwszego przemówienia po ataku, Trump powiedział wprost:
„Zniszczymy ich rakiety i zrównamy z ziemią ich zdolności do produkcji rakiet. Zostaną kompletnie wymazane”.
Dziś amerykański prezydent lekceważy to, co niecałe cztery miesiące temu było poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa USA i podstawowym celem wojny, którą rozpoczęli sami Amerykanie.
W dzisiejszych słowach Trumpa słyszymy: najważniejsze, że Irańczycy nie zbudują broni atomowej. Przypomnijmy więc: porozumienie atomowe (Joint Comprehensive Plan of Action, JCPOA) z 2015 roku pomiędzy USA, Francją, Niemcami, Chinami, Rosją i UE oraz Iranem, w jasny i skuteczny sposób ograniczało możliwości Iranu we wzbogacaniu uranu. Ale obowiązywało w pełni zaledwie trzy lata. Kto wysadził je w powietrze? Donald Trump. W maju 2018 roku wystąpił z JCPOA. Ogłosił, że to zła umowa, która gwarantowała zbyt mało w kwestii programu atomowego, a jednocześnie nie obejmowała programu produkcji rakiet balistycznych, ani wsparcia Iranu dla bliskowschodnich, niepaństwowych sojuszników, takich jak Hamas i Hezbollah.
Trump zapewniał, że będzie pracował nad lepszym rozwiązaniem, a Irańczycy będą chcieli podjąć rozmowy.
Dziś Iran posiada około 450 kg wysoko wzbogaconego uranu. Z perspektywy Iranu deklaracja, że nigdy nie będzie posiadał bomby atomowej, nie jest wielkim ustępstwem. Bo dokładnie to samo Irańczycy deklarowali przez lata. W 2003 roku Ali Chamenei publicznie ogłosił, że budowa broni masowego rażenia jest zabroniona. Irańczycy regularnie cytowali to stanowisko w rozmowach na temat swojego programu atomowego.
To nie oznacza automatycznie, że Iran nigdy nie dążył do zwiększenia możliwości nuklearnych, że nie mógł zmienić stanowiska, że nie grał swoim programem w negocjacjach. W ostatnich latach Iran faktycznie przyspieszył proces wzbogacania uranu. Irańscy politycy oficjalnie przyznawali, że jest to podbijanie stawki w potencjalnych negocjacjach. Faktem jednak jest, że jeśli Iran nagle zmieniłby doktrynę w tym temacie, byłby stosunkowo blisko budowy broni atomowej. A atak Izraela i USA w czerwcu 2025 roku dał Iranowi nowych argumentów, by ku temu dążyć, by budować politykę odstraszania.
Spójrzmy na dokładny zapis na temat problemu atomowego w MoU (punkt ósmy):
„Islamska Republika Iranu potwierdza, że nie będzie nabywać ani rozwijać broni nuklearnej. Stany Zjednoczone Ameryki i Islamska Republika Iranu zgodziły się rozwiązać kwestię pozbycia się zgromadzonych materiałów wzbogaconych zgodnie z mechanizmem, który zostanie wspólnie uzgodniony zgodnie z harmonogramem określonym w paragrafie siódmym […]
Obie strony zgodziły się również omówić kwestię wzbogacania uranu oraz inne wzajemnie uzgodnione sprawy związane z potrzebami nuklearnymi Islamskiej Republiki Iranu, na podstawie satysfakcjonujących ram, które zostaną uzgodnione w ostatecznym porozumieniu. Ostateczne porozumienie potwierdzi postanowienia niniejszego paragrafu.[…]”.
Jeśli szukać tu jakiegoś sukcesu USA, to można uznać, że udało się wcześniejsze zobowiązanie przedłużyć. Amerykanie zabili bowiem Alego Chameneiego, a nowy przywódca mógł mieć do sprawy inne podejście. Teraz to zobowiązanie ponownie jest w mocy, zapisane w oficjalnym dokumencie, podpisanym przez irańskiego prezydenta.
I można argumentować, że tego rodzaju zobowiązanie – na papierze, wspólnie uzgodnione i podpisane – jest mocniejsze niż religijne zalecenie przywódcy. Ale znowu – to samo Iran deklarował w JCPOA, z którego Trump wystąpił.
Przypomina to więc sukces z cieśniną Ormuz – dzięki podpisaniu MoU Trump otwiera cieśninę, która już wcześniej była otwarta.
Niedawno minęło osiem lat od wystąpienia Trumpa z JCPOA i deklaracji, że będzie on dążył do lepszej umowy. Do dziś Trump nazywa JCOPA „okropnym” i „jednym z najgorszych” porozumień. 17 czerwca we Francji mówił, że gdy z umowy występował, ta i tak niemal już się kończyła. To nieprawda – umowa ograniczała wzbogacanie uranu silnie na 10 lat (i w pierwszych latach było to skuteczne, co potwierdzała Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej), w kolejnych pięciu latach ograniczenia były nieco mniejsze, a termin ważności umowy w pełni upływałby na początku 2031 roku.
Można więc mówić, że JCPOA nie było rozwiązaniem stałym i że było to słabością umowy.
Trump jednak nie zagwarantował niczego, co byłoby dalej idącym rozwiązaniem.
Umowa, którą podpisał Trump, nie ma żadnych gwarancji na temat sposobu ograniczenia wzbogacania uranu. Wszystko ma się rozstrzygnąć w dalszych negocjacjach, do których Iran przystępuje z pozycji siły. W MoU nie ma ani słowa o pociskach balistycznych, ani o Hezbollahu czy Hamasie i wsparciu dla tych grup ze strony Iranu. Trump próbuje mówić o sukcesie, o złej umowie Obamy. Ale na razie jego wstępne porozumienie jest dużo słabsze niż JCPOA. A droga ku temu, by poszło dalej, jest długa i kręta.
Do tego dochodzi zniesienie sankcji i ogromny fundusz dla inwestycji w Iranie, warty aż 300 mld dolarów. Nie oznacza to oczywiście, że Amerykanie w ciągu najbliższych dni mają wysłać Iranowi przelew warty więcej niż roczne wydatki budżetu państwa polskiego. Na razie Amerykanie zobowiązali się do takiego ruchu w wypadku finalizacji ostatecznego porozumienia. I nie chodzi o pieniądze z budżetu amerykańskiego rządu. To fundusz prywatny, który zasilą firmy nie tylko z USA, ale też m.in. z krajów Zatoki Perskiej czy z Republiki Południowej Afryki. I to nie tylko bezpośrednie środki, ale też kredyty czy ich zabezpieczenia.
W założeniu fundusz ma być zachętą dla Iranu, by doprowadzić do podpisania ostatecznej umowy. A to kuszące środki – Iran w ostatnich latach nie przyciągał niemal żadnych inwestycji zagranicznych.
Nawet jeśli wszystko udałoby się przeprowadzić, na drodze będą stały różne przeszkody. Spora część irańskiej gospodarki, w tym jej kluczowe gałęzi, jest w rękach Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. A to grupa objęta sankcjami i uznana za terrorystyczną przez USA. Nawet jeśli zdjąć sankcje ekonomiczne, sankcje wobec Strażników najpewniej zostaną utrzymane. Międzynarodowe firmy zastanowią się trzy razy, czy wchodzić w interesy z irańskimi firmami.
Ostatecznie jednak sygnał, jaki wysyła porozumienie, jest taki: jeśli umowa zostanie doprowadzona do końca, Iran otrzyma silny zastrzyk gospodarczy w postaci zdjęcia sankcji i miliardów dolarów inwestycji. Po stronie amerykańskiej nie ma podobnego zapisu.
Dodajmy, że jedną z najważniejszych rzeczy, jakie Trump krytykował w JCPOA było to, że umowa wzmacniała Iran gospodarczo. Jeśli umowa z USA zostanie doprowadzona do końca i zgodnie z zapisami MoU – Iran bardzo na tym zyska. Na razie za niewielkie ustępstwa Iran potencjalnie może otrzymać sporo wartą pomoc.
Z tych powodów właściwie wszyscy komentatorzy mówią zgodnie: podpisanie MoU w tej formie to sukces Iranu i porażka USA. To też ostateczny dowód, że Amerykanom nie udało się osiągnąć celów wojny. Ali Chamenei nie żyje, ale Republika Islamska wciąż istnieje i nigdzie się nie wybiera. Irańczycy skutecznie wykorzystali cieśninę Ormuz do nacisku na USA i cały świat. I nie jest to jedynie zdanie komentatorów.
Nastrój w Iranie po podpisaniu porozumienia to niedowierzanie: że warunki są tak korzystne. Do tego stopnia, że sprzeciw wobec porozumienia niemal znikł, nawet ze strony najbardziej konserwatywnych polityków.
To oczywiście nie znaczy, że Iran ma przed sobą wspaniałą przyszłość, a problemy gospodarcze nagle znikną. Przede wszystkim nie wiemy, czy i kiedy uda się osiągnąć. Zawieszenie broni z 8 kwietnia miało trwać dwa tygodnie, później zostało przedłużone bezterminowo. Ile będą trwały 60-dniowe negocjacje? Wiemy też, że Trump nie tylko bywa nieprzewidywalny, ale też szybko się nudzi długimi procesami. Dobrym przykładem jest to, co stało się ze Strefą Gazy po październiku 2025 roku. Nie minął nawet rok, a mało kto pamięta już o 20-punktowym planie pokojowym Trumpa. W styczniu Amerykanie ogłosili przejście do drugiej fazy porozumienia. Od tego czasu nie stało się niemal nic. Kryzys humanitarny trwa (choć na mniejszą skalę niż wcześniej) a technokratyczny komitet palestyński, który miał objąć władzę w Strefie, jest pozbawiony znaczenia.
Tutaj Trumpowi będzie trudniej zapomnieć o negocjacjach, bo sam jest ich częścią. Ale trudno na dziś wykluczyć, że po 60 dniach zobaczymy wydłużenie negocjacji, a następnie będą się one rozmywały i na długo zostaniemy ze status quo.
Jednocześnie Irańczycy mają interes w tym, by doprowadzić umowę do końca. Bez zdjęcia sankcji trudno będzie im się podnieść gospodarczo. 17 czerwca przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf mówił, że Iran musi zejść z drogi konfrontacji i zająć się poprawą warunków gospodarczych w kraju.
To zrozumiała logika. Władze kraju chcą uniknąć kolejnego powszechnego wybuchu niezadowolenia społecznego na wzór tego ze stycznia tego roku. Wówczas reżim postanowił krwawo stłumić wystąpienia. Być może długo nie poznamy pełnej liczby ówczesnych ofiar. Ale nawet konserwatywne szacunki mówią o kilku tysiącach zabitych protestujących.
Jednym z głównych katalizatorów ówczesnych protestów była wysoka inflacja. W grudniu, na chwilę przed protestami, wynosiła około 50 proc. Dziś zbliża się do 80 proc. To najwyższy poziom od 1942 roku. Wiceminister pracy Gholam-Hossein Mohammadi mówi, że pracę mogło stracić nawet dwa miliony osób. W maju eksport ropy w wyniku amerykańskiej blokady spadł o 84 proc. w stosunku do kwietnia. Jeśli zdjęcie sankcji i obiecane środki nie pojawią się szybko, odbudowa zniszczonej infrastruktury – w tym np. kluczowych dla gospodarki hut stali – może potrwać.
Arabskie kraje zatoki również wyjdą z wojny niechętne Iranowi. Zjednoczone Emiraty Arabskie już teraz planują zmniejszenie do zera zależności od cieśniny Ormuz w eksporcie ropy. To w dłuższym okresie zmniejszy irańskie możliwości nacisku na świat przy pomocy kolejnej blokady.
Podpisanie wstępnego porozumienia to dla Iranu szansa, choć wciąż odległa. Na dziś wojna z perspektywy USA wygląda jak ogromna strata czasu i pieniędzy.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze