Donald Trump chętnie mówi dziś o porozumieniu pokojowym. Ale uzgodnione właśnie memorandum nim nie jest – to umowa, która ustala zasady i warunki dalszych rozmów na poważniejsze tematy. A to np. irański program atomowy i zniesienie sankcji. Prawdziwe wyzwania dopiero przed negocjatorami
Po ponad dwóch miesiącach od zawieszenia broni z 8 kwietnia 2026 Iran i USA wspólnie ogłosiły osiągnięcie wstępnego porozumienia (memorandum of understanding, MoU). Porozumienie to kończy etap wojny. Ale jednocześnie – o czym za chwilę – wcale nie zamyka możliwości dalszej wzajemnej agresji. Zgodnie z przewidywaniami obie strony ogłaszają teraz wielki sukces. I dają sobie 60 dni na kolejne, bardziej szczegółowe rozmowy.
Pamiętajmy, że rozmowy na temat bardzo ramowego porozumienia trwały 67 dni. Można być więc sceptycznym co do ewentualnego sukcesu rozmów na temat szczegółowych ustaleń w ciągu zaledwie dwóch miesięcy.
Zacznijmy jednak od tego, co i jak zostało ogłoszone w niedzielę 14 czerwca.
Tuż przed północą naszego czasu (w Pakistanie i Iranie był już poniedziałek) premier Pakistanu napisał w mediach społecznościowych:
„Po intensywnych rozmowach z przyjemnością informujemy, że porozumienie pokojowe między Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Islamską Republiką Iranu zostało osiągnięte. Obie strony ogłosiły natychmiastowe i trwałe zakończenie operacji wojskowych na wszystkich frontach, w tym w Libanie.
Oficjalna ceremonia podpisania porozumienia odbędzie się w piątek, 19 czerwca w Szwajcarii”.
Szarif podziękował też USA i Iranowi za „zaangażowanie w znalezienie dyplomatycznego rozwiązania konfliktu”. Podziękowania należały się też jego zdaniem Katarowi, Turcji i Arabii Saudyjskiej za pomoc w mediacjach.
Teraz dyplomaci z obu stron mają zająć się organizacją serii spotkań, gdzie strony będą rozmawiać o kolejnych krokach. A w piątek w Genewie przedstawiciele USA i Iranu mają oficjalnie podpisać porozumienie.
Już po północy naszego czasu Donald Trump napisał w mediach społecznościowych:
„To Wielkie Porozumienie przyniesie Pokój i Bezpieczeństwo całemu Regionowi. Wielu prezydentów próbowało zawrzeć pokój z Iranem, nikomu przede mną się to nie udało. Przywódcy Regionu po raz pierwszy znaleźli Prezydenta, który jest w stanie pomóc im osiągnąć prawdziwy Pokój. Po podpisaniu Porozumienia w piątek i otwarciu cieśniny (w celu usunięcia min), ropa naftowa znów będzie płynąć w obie strony – z korzyścią dla Regionu i całego Świata!”.
Trump w swoim stylu próbuje przypisać sobie zasługi większe niż faktyczne. Porozumienie z 2015 roku z czasów kadencji Baracka Obamy było nie tylko szersze, ale i z całą pewnością skuteczniejsze w kwestii irańskiego programu atomowego (MoU w ogóle tego tematu nie obejmuje).
Trump na razie zakończył wojnę, którą sam rozpoczął i uzgodnił warunki otwarcia cieśniny, która przed wojną była otwarta.
Trudno uznać to za spektakularny sukces, jakiego świat nie widział.
Irańczycy potwierdzili zawarcie porozumienia w oświadczeniu Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego.
„Islamska Republika Iranu, pod przewodnictwem Przywódcy męczennika oraz zgodnie z dyrektywami Szanownego Przywódcy Islamskiej Republiki (niech Bóg go chroni), przy poparciu wszystkich warstw narodu irańskiego i dzięki poświęconym wysiłkom bojowników Islamu, po kilku miesiącach trudnych i intensywnych negocjacji oraz na podstawie uchwały Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, sfinalizowała w wieczór 14 czerwca tekst memorandum o porozumieniu dotyczącego negocjacji w sprawie zakończenia wojny (negocjacje islamabadzkie) między Iranem a Stanami Zjednoczonymi” – czytamy.
W dalszej części Irańczycy zdradzają także dwa szczegóły porozumienia – zakończenie wojny na wszystkich frontach, w tym w Libanie oraz zniesienie blokady morskiej Iranu.
Zdradzają, ponieważ nie znamy treści dokumentu, który ma zostać podpisany w piątek 19 czerwca.
Porozumienie, choć większość jego szczegółów była dograna od mniej więcej dwóch tygodni, do ostatniej chwili wisiało na włosku. Najpierw w weekend 6-7 czerwca Izrael i Iran wymieniły ciosy – po raz pierwszy od początku kwietnia. Napięcia udało się ostatecznie złagodzić, a wymagało to od Donalda Trumpa telefonu do Benjamina Netanjahu i wulgarnej połajanki w stronę izraelskiego premiera.
Nie jest bowiem tajemnicą, że Izrael tego porozumienia nie chciał. Rząd Netanjahu i izraelscy radykałowie woleliby kontynuować wojnę i dalej osłabiać Iran – bez względu na koszty. Takie podejście charakteryzuje całą długą polityczną karierę Netanjahu. Najdłużej urzędujący premier w historii Izraela nigdy nie był zainteresowany dialogiem z Iranem i próbą ucywilizowania stosunków między oboma państwami. Oczywiście, przy konsekwentnie antyizraelskim od 1979 roku reżimie w Teheranie to bardzo trudne zadanie. I misja, która przed dużą część izraelskiej opinii publicznej zostałaby przyjęta źle – czy to w 1998, 2010 czy 2025 roku (w każdym z tych momentów premierem był Netanjahu).
Ale jednocześnie konsekwentna wrogość nie zbliżyła Bliskiego Wschodu do większej stabilności i pokoju. A Netanjahu sabotował wszelkie próby porozumienia.
Najnowszą próbę takiego sabotażu podjął jeszcze w ten weekend.
Metody nie były oryginalne. Izrael, tak jak tydzień wcześniej uderzył w południowe dzielnice Bejrutu. Atak miał być odwetem na wysłanie rakiet w stronę Izraela przez Hezbollah. Donald Trump nie kupił jednak izraelskiej wersji, w której był to istotny militarnie atak.
„Poranny atak na Bejrut nie powinien się wydarzyć, szczególnie w tak ważnym dniu, kiedy jesteśmy tak blisko Porozumienia Pokojowego z Iranem. Izrael ma prawo do obrony przeciwko zagrożeniom, ale uderzenie to jest odpowiedzią na bardzo mały, niewiele znaczący [atak] – nikomu nic się nie stało, nikt nie zginął” – napisał Trump w mediach społecznościowych.
Iran zdecydował się nie odpowiadać, inaczej niż tydzień temu. A według części źródeł wykorzystał ten atak, by w ostatniej chwili wymusić na USA obniżenie oczekiwań. Dziennikarz Amwaj Media Mohammad Ali Shabani pisze, że przed atakiem na Bejrut plan zakładał znoszenie blokady morskiej Iranu przez 30 dni. Po nim Trump zgodził się, by była ona zniesiona natychmiast. I faktycznie to mówią Irańczycy w oficjalnych komunikatach.
Jeśli tak było faktycznie, to kolejny czynnik, który dalej pogorszy stosunki Trump-Netanjahu. Porozumienie, które Trump firmuje, i tak jest wśród izraelskiej prawicy niepopularne. Skrajne elementy koalicji Netanjahu mówią o tym otwarcie.
Minister Finansów Becalel Smotricz ogłasza, że porozumienie jest złe i dla Izraela, i dla całego świata. A Izrael będzie musiał szukać kreatywnych sposobów, jak dalej walczyć z Iranem. Z kolei minister obrony Israel Kac od rana zapewniał, że izraelskie wojsko pozostanie w Libanie, Syrii i Strefie Gazy. To oczywiście grozi dalszą wymianą ognia z Hezbollahem i potencjalnym zerwaniem porozumienia. Szczególnie że irańskie władze jasno dawały w ostatnich tygodniach do zrozumienia, że traktują Izrael jako narzędzie Amerykanów. A wszelkie akcje Izraela uznają za przeprowadzone za zgodą USA.
To wszystko sprawia, że w stosunkach Trump-Netanjahu możemy zobaczyć nawet większy kryzys niż pod koniec 2020 roku, gdy Netanjahu pogratulował zwycięstwa w wyborach prezydenckich Joe Bidenowi, przeciwnikowi Trumpa.
Netanjahu nie może jednak za ten kryzys winić nikogo innego jak tylko samego siebie.
Izraelski premier chciał tej wojny i usilnie namawiał Trumpa, by ją wspólnie przeprowadzić. Jednym z kluczowych momentów w decyzji o ataku było spotkanie obu polityków w Białym Domu 11 lutego 2026. Wówczas Netanjahu pokazał Trumpowi i jego otoczeniu prezentację z planem, który szybko przekonał Trumpa, mimo że zasiał wątpliwości w dużej części jego otoczenia. Po porwaniu wenezuelskiego przywódcy Nicolasa Maduro miesiąc wcześniej Trump był wówczas w stanie jeszcze większego niż zazwyczaj bezkrytycznego poczucia własnej wszechmocy. Kupił wizję szybkiego i łatwego zwycięstwa.
Niemal nic, co obiecał Netanjahu, się nie zmaterializowało. Nie udało się zmienić władzy w Teheranie, sprowokować rebelii wśród Irańczyków. Nie udało się łatwo pokonać Islamskiej Republiki Iranu. Czy Netanjahu faktycznie myślał, że to wszystko się uda, czy jedynie był to jego fortel, by ostatecznie przekonać Trumpa do walki? Tego nie wiemy i możemy jedynie spekulować. Ale zwycięstwo, o którym mówił izraelski premier, się nie zmaterializowało. Netanjahu przesadził z obietnicami, zraził do siebie Trumpa, a władza w Teheranie przynajmniej na razie się skonsolidowała.
Spróbujmy teraz podsumować, co wiemy o zawartości MoU. Podstawowe punkty według kilku źródeł to:
Kwestia programu atomowego czy zdjęcia z Iranu przynajmniej części sankcji ma być tematem w kolejnej, 60-dniowej fazie rozmów. Nawet jednak w tych podstawowych punktach nie mamy jasności co do szczegółów. Kiedy cieśnina zostanie w pełni otwarta? Czy Iran dalej będzie kontrolował ruch morski w Zatoce Perskiej? Czy, kiedy i jak Irańczycy otrzymają swoje zamrożone środki? Z odpowiedzią na te i wiele innych pytań musimy jeszcze cierpliwie poczekać – być może dowiemy się w piątek, kiedy ma dojść do podpisania MoU.
Prezydent Iranu Masud Pezeszkian przekazał, że 90 proc. składu Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego poparło porozumienie. Irańskie władze silnie akcentują, że wśród elit mamy do czynienia z konsensusem. Zdarzają się głosy krytyczne. Członek parlamentu Kamran Ghazanfari ogłosił, że tezy o porażce Ameryki i zwycięstwie Iranu to kłamstwa. Kilku innych polityków wygłosiło podobne oświadczenia. To jednak osoby o stosunkowo niewielkim znaczeniu. Istotni politycy mówią jednym głosem, a jeśli różnią się opiniami, to na razie zostawiają je dla siebie.
Co najważniejsze: mamy za sobą powtarzalny serial o bliskim porozumieniu. Wykonano krok, który pozwala pójść dalej. Ale jest to krok łatwiejszy. Na razie wciąż jeszcze niczego nie podpisano, choć to się najprawdopodobniej wydarzy – do piątku sytuacja musiałaby się zmienić diametralnie, by obie strony cofnęły się wobec ogłoszonego już przecież porozumienia.
Dalsze negocjacje będą jednak bardzo trudne. A dla Amerykanów mogą być trudniejsze niż te sprzed ataku z 28 lutego. To pokazuje skalę niepowodzenia w wojnie. Trump twierdził i dalej uparcie będzie twierdził, że to on dyktuje warunki i narzuca tematy rozmów. Ale wszystko, co wiemy o dotychczasowym porozumieniu, pokazuje coś zupełnie innego.
Na dziś trzeba ocenić, że osiągnięcie kompleksowego porozumienia w sprawie irańskiego programu atomowego i zniesienia sankcji w ciągu 60 dni jest bardzo mało możliwe. I nie dość przypominania: w 2015 roku tego rodzaju umowę osiągnięto, a Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej potwierdzała, że porozumienie było skuteczne w ograniczaniu wzbogacania uranu przez Iran. Wynegocjowane przy udziale Chin, Niemiec, Francji, Rosji i UE porozumienie wysadził w powietrze Donald Trump. W 2018 roku wystąpił z niego jednostronnie, co zakończyło krótki epizod kontroli wzbogacania uranu i znoszenia sankcji.
Ówczesne porozumienie negocjowano około półtora roku.
Ciekawą różnicą jest to, że wówczas głównymi partnerami negocjacyjnymi były państwa europejskie i Chiny. Dzisiaj tę rolę odgrywają kraje regionu – Turcja, Arabia Saudyjska, Pakistan, Katar. Wynika to po części z faktu, że kraje te są mniej lub bardziej dotknięte wojną. Ale pokazuje to też zmiany na świecie.
Można też liczyć na to, że sąsiedzi Iranu będą silniej zainteresowani trwałym pokojem – to daje dozę optymizmu na przyszłość.
Jednocześnie głównym rozgrywającym dalej są USA pod wodzą Trumpa. A jednym z możliwych scenariuszy jest to, co obserwujemy od października 2025 w Strefie Gazy. Tam Trump w krótkim tempie narzucił Izraelowi i Hamasowi porozumienie o zawieszeniu broni. A w nim mieliśmy zarysowaną drogę do trwałego pokoju. O ustaleniach z października mało kto już pamięta. Po hucznym świętowaniu zawieszenia broni bardzo szybko wszelki postęp się zatrzymał.
Tutaj może być podobnie – negocjacje ugrzęzną w technikaliach, Trump zajmie się czymś innym. A porozumienie Iran-USA będzie trwało w zawieszeniu.
Na razie czekamy na piątkowe spotkanie. Najpewniej wezmą w nim udział wiceprezydent USA J.D. Vance oraz szef irańskiej dyplomacji Abbas Arakczi oraz główny irański negocjator Mohammad Bagher Ghalibaf. Do tego czasu możemy spodziewać się, że obie strony będą o porozumieniu mówić sporo. I wiele z tych stanowisk będzie się wykluczać.
I trudno będzie rozstrzygnąć, kto jest bliżej prawdy, zanim nie zobaczymy tego, pod czym obie strony się podpiszą.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze