0:00
Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
26 sierpnia 2020

W Berlinie nikt nie zauważył braku ambasadora Niemiec w Warszawie. Bo nikogo to nie obchodzi

Od 30 czerwca Niemcy nie mają ambasadora w Warszawie - od trzech miesięcy polski rząd blokuje agrément, zgodę na przyjazd nowego ambasadora po wyjeździe dotychczasowego. I jest to problem tylko i wyłącznie polskiego rządu – pisze dla OKO.press polsko-niemiecki politolog

Wydrukuj

Niemieckie i polskie media niedawno odkryły, że przyszły ambasador Niemiec wciąż siedzi na walizkach, rozpisując się o możliwych przyczynach i skutkach tej sytuacji. Przyczyna jest akurat dobrze znana: obawiając się możliwej przegranej Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, PiS uruchomił małą kampanię, za pomocą której Duda mógł się stroić w pióra obrońcy przed „niemieckim atakiem” – to znaczy niekorzystnymi dla niego doniesieniami ze strony mediów, których rząd jeszcze nie kontroluje i które z tego powodu określa jako obce.

Jak pokazał już dawno temu „dziadek z Wehrmachtu”, grając niemiecką kartą można mobilizować część elektoratu. A przy okazji niektórzy politycy rządowi mogli pokazać (ale tu raczej chodzi o wywarcie wrażenia na prezesie i kierownictwie swojej partii niż o elektorat), że „Niemcom nie odpuszczają.”

Nowy ambasador Niemiec – z wywiadu do dyplomacji

Uzasadnienie dla braku agrément, jeśli wierzyć polskim doniesieniom, jest nieco inne niż rzeczywista przyczyna: nowy ambasador, Arndt Freytag von Loringhoven, którego życiorys polskie władze powinny znać najpóźniej od 2016 roku, kiedy został koordynatorem służb specjalnych NATO, jest synem Bernda Freytag von Loringhoven, który walczył w bitwie pod Stalingradem i był jednym z adiutantów w sztabie generalnym Wehrmachtu za czasów Hitlera. Nigdy jednak nie został oskarżony o zbrodnie wojenne, ani przez aliantów, ani przez wymiar sprawiedliwości powojennych Niemiec.

Jego syn zrobił karierę w dyplomacji i w wywiadzie RFN, którego został wice-szefem. Nie jest to nic nadzwyczajnego. Klaus Kinkel, liberalny minister spraw zagranicznych Niemiec w latach 90. XX w., też wcześniej był szefem Bundesnachrichtendienst, Hans-Georg Wieck, również niegdyś szef BND, został później szefem misji OBWE w Mińsku, a Rüdiger von Fritsch, ambasador Niemiec w Warszawie przed Rolfem Nikelem był wcześniej wice-szefem BND. Niemieccy dyplomaci często krążą między swoim ministerstwem, urzędem kanclerskim, wywiadem i urzędem prezydenckim.

Polska i Niemcy są sojusznikami w ramach NATO, gdzie służby specjalne ze sobą współpracują, wymieniają informacje i przynajmniej od czasu rozszerzenia NATO nie werbują informatorów u partnerów i nie szpiegują się nawzajem. Ostatnio jedynie Turcja wyłamała się z tej zasady.

W latach 90. działania polskich służb głównie w obszarze szpiegostwa gospodarczego pojawiły się regularnie w publicznych raportach wywiadów niemieckich o zagrożeniach dla bezpieczeństwa Niemiec. Od wielu lat tego wątku już nie ma. Polska takich raportów w ogóle nie publikuje, stąd trudno ocenić, czy dla polskich służb istnieje jakieś zagrożenie niemieckie. Sądząc po ich liczbie i po doniesieniach medialnych, są one głównie zajęte inwigilowaniem siebie nawzajem, puszczeniem przecieków do mediów i śledzeniem polityków opozycji i sędziów.

„Zagrożeniem niemieckim” zajmują się głównie politycy, w zależności od kalendarza wyborczego.

Brak ambasadora nie zabolał Berlina

Reakcje na brak niemieckiego ambasadora w polskich mediach były dwojakie: te krytyczne wobec rządu podnoszą to jako wielki problem Polski, zapowiadając, że spowoduje to retorsje i obciąży stosunki polsko-niemieckie. Te kontrolowane przez PiS lub z nim sympatyzujące milczą albo cytują niemieckie media w dość neutralnych sformułowaniach. Najwyraźniej ani rząd, ani PiS nie mają obecnie do zaoferowania żadnej narracji, która by wyjaśniła ten ponad trzymiesięczny brak agrément. Z ich punktu widzenia jest to nawet korzystne, bo taka narracja wiązałaby im tylko ręce w przyszłości.

Jeśli ktoś liczył na to, że kwestia agrément zaboli Berlin, to się mylił. Miesiącami nikt tego nie zauważył, bo i brak ambasadora nie jest problemem Niemiec. W asymetrycznych stosunkach między państwami to kraj przyjmujący ma większy interes w tym, aby trafił do niego możliwie dobrze usytuowany w kręgach władzy swojego kraju dyplomata.

Ktoś, który ma dostęp nie tylko do kierownictwa swojego ministerstwa, ale też do ministra albo nawet do szefa rządu. Pod tym względem odchodzący ambasador Nikel to przypadek niemal idealny, bo był wysokim urzędnikiem niemieckiego MSZ, który tam trafił z urzędu kanclerskiego, gdzie współpracował z Angelą Merkel.

Jeśli teraz ambasadora nie ma, to jest to problem dla Polski, tak samo, jak dla Niemiec problemem byłby brak amerykańskiego ambasadora w Berlinie. Albo, aby użyć ekstremalnego przykładu, brak amerykańskiego ambasadora na Haiti dla tamtejszego rządu. Amerykańskie interesy by na tym nie ucierpiały.

Polska wstała z kolan, Niemcy cicho budują swoją potęgę

Nigdy po wejściu Polski do UE stosunki polsko-niemieckie nie były tak asymetryczne jak w ostatnich latach. Od kryzysu finansowego w 2009 roku Niemcy umocniły swoją pozycję na świecie po każdym kryzysie, niezbyt się z tym obnosząc, aby nie sfrustrować sąsiadów. Polska odwrotnie: im bardziej wpływy rządu się kurczyły, im więcej zagadnień z polityki wewnętrznej musiał negocjować z UE, USA, Izraelem, tym głośniej obwieszczał światu i Polakom, że wstał z kolan.

Widać to też na tym przykładzie: w Polsce można „grać kartą niemiecką” w rozgrywkach wewnętrznych, w Niemczech kartą polską grać się nie da. Ostatnim politykiem, który tego próbował, była Erika Steinbach, która obecnie już jest na emeryturze i po odejściu z CDU związała się z Alternatywą dla Niemiec. Można w Niemczech grać kartą Rosji, antyamerykanizmem i stosunkami z Turcją i Iranem, można na tym coś ugrać w kampaniach wyborczych, ale na mapie polityki niemieckiej Polska jest obecnie tam, gdzie Haiti jest na mapie amerykańskiej. Świadczy o tym sam fakt, że media niemieckie odkryły brak ambasadora dopiero teraz, w środku sezonu ogórkowego. Sam Heiko Maas, szef niemieckiej dyplomacji, na ten temat dotąd nic nie powiedział i nie liczyłbym na to, aby ktoś w randze ministra poruszy to zagadnienie.

Przeciągając zgodę na przyjazd ambasadora w nieskończoność, PiS sam sobie ograniczył pole manewru. Teraz musi się z tego tłumaczyć własnej prasie, kiedyś będzie musiał się z tej decyzji wycofać.

To z kolei będzie trudne do tłumaczenia dla tych zwolenników obozu rządzącego, którym podoba się, że „Polska się postawiła.” Ale to jest problem przyszłego polskiego ministra spraw zagranicznych, nie Heiko Maasa. Jego ministerstwo jedynie oświadcza dziennikarzom, że „decyzja jest po stronie Polski.” Czeka w milczeniu i obserwuje, jak debata medialna w Polsce potęguje wrażenie, że brak agrément prowadzi do nieobliczalnych, niewyobrażalnie przykrych następstw dla stosunków z Niemcami i pozycji Polski w UE. Nic z tych rzeczy.

Strefy wolne od LGBT ważniejsze niż antyniemiecka kampania

Jeśli rządzący obóz zepsuł sobie reputację w Niemczech i wśród decydentów wszystkich partii politycznych, to nie poprzez przeciąganie agrément dla nowego ambasadora, lecz kampanią nienawiści wobec LGBT. Niektórzy politycy niemieccy potraktowali wypowiedzi w stylu „to nie ludzie, to ideologia” jako osobistą obrazę. Jak to wpłynęło na reputację polskiego obozu rządzącego w Niemczech, można obliczyć bardzo precyzyjnie. Wystarczy sprawdzić, ilu posłów Bundestagu, członków rządu, premierów i ministrów krajów związkowych i czołowych dziennikarzy to geje lub lesbijki. Na nich „strefy wolne od LGBT”, wypowiedzi kandydata Dudy i polityków PiS robiły piorunujące wrażenie. O wiele większe niż werbalne ataki na niemieckich dziennikarzy, na rzekomo niemieckie media w Polsce, o braku agrément (o którym większość zapewne nie wie) nie wspominając.

Brak agrément utrudnia jedynie życie dyplomatom niemieckim w Polsce, a przede wszystkim chargé d’affaires, który przez ten czas musi łączyć dwie funkcje za jedną pensję, no i oczywiście samemu Arndtowi Freytag von Loringhoven, który w Berlinie siedzi na walizkach. Dlatego na pytanie, co to zmienia, mogę tylko odpowiedzieć: w poleceniach, które nowy ambasador dostanie z Berlina, nic to nie zmieni. Ale może to nieco wpływać na treść i wymowę raportów, które nowy ambasador kiedyś będzie wysyłać do Berlina.

Być może za kilka tygodni albo miesięcy przedstawiciel polskiego rządu, polityk, który szuka sobie odskoczni w organizacji międzynarodowej albo szykuje sobie drugą karierę w UE, będzie zabiegać o poparcie dla swojej kandydatury i jej nie dostanie, bo w kuluarach rozniesie się, że w Berlinie widzą kogoś innego na to miejsce. Ale o tym prasa się nie dowie, nikt tego tak nie uzasadni, żaden protokół tego nie uwieczni. Może nawet sam kandydat się nigdy nie dowie, dlaczego nie został wybrany. Po prostu zabrakło mu poparcia. Takie rzeczy zdarzają się w dyplomacji. Z brakiem agrément to nie będzie miało nic wspólnego.

Autor jest profesorem politologii Uniwersytetu SWPS

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne