Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
10 września 2021

Przekroczyliśmy czerwoną linię. Warszawa będzie musiała ustąpić w sprawie TSUE

Najnowsze polexitowe debaty w naszym kraju na razie nie wywierają zbytniego wrażenia w Brukseli. Ludzie Kaczyńskiego już przed paru laty usiłowali tym straszyć Komisję Europejską, ale wtedy się nie udało

Celem swoistej „polexitowej kampanii” był już Jean-Claude Juncker, ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej. Zwłaszcza w 2018 roku wysłannicy Jarosława Kaczyńskiego, którzy prowadzili wtedy partyjno-brukselskie rokowania w sporach praworządnościowych równolegle - i wydaje się, że bez sprawnej koordynacji - do rządowych rozmów rządu z Fransem Timmermansem, straszyli otoczenie Junckera skutkami działań w obronie polskich sądów. Zakulisowo uprzedzali, że stanowcze decyzje Komisji Europejskiej wzmogą antyunijne nastroje w Polsce, co ostatecznie wzmocniłoby siły polexitowe.

Wiele z tego straszenia nie wyszło, bo ani Komisja Europejska nie wycofała się z obrony Sądu Najwyższego przed czystką emerytalną (to był wtedy najbardziej zaogniony punkt rokowań), ani nie zaproponowała zamknięcia postępowania z art. 7., ani nie doszło do już wstępnie przygotowywanego „pojednawczego” spotkania Junckera z Kaczyńskim. Wedle przecieków to Frans Timmermans konfrontował wówczas Junckera (z zasianymi u niego przez PiS pytaniami o groźbę antyunijnych nastrojów w Polsce) m.in. z wynikami badań polskiej opinii publicznej. Przeważyła wówczas linia, że straszenie Brukseli polexitem (wtedy to działo się w rozmowach za zamkniętymi drzwiami) to mało wyszukana PiS-owska manipulacja.

Także teraz polexitowe debaty – i po stronie PiS, i w ramach już kilkuletniego bicia na alarm przez opozycję – przynajmniej na razie, nie robią wielkiego wrażenia w Brukseli.

Słusznie czy niesłusznie, często odbierane są jako gruba przesada, czasem jako niepotrzebne wywoływanie wilka z lasu (przez przeciwników PiS), czasem komentowane przez naszych niepolskich rozmówców nawet z pewną irytacją – „jeśli istotnie kiedyś pojawiłaby się taka groźba, to kto uwierzyłby w już tak bardzo tak zużyty slogan?”.

To prawda, że uwagę wyostrza doświadczenie Wlk. Brytanii, gdzie długie lata uderzania w Unię przez sporą część mediów głównego nurtu oraz czysto transakcyjne, w istocie eurosceptyczne (choć nie antyunijne) podejście paru rządów w Londynie walnie przyczyniło się do referendalnej wygranej brexitu. Jednak Europa ostatnich lat ma też za sobą doświadczenie Grecji, której obywatele rękami i nogami bronili się przed grexitem przy swym jednoczesnym – potwierdzonym w referendum, lecz ostatecznie mało skutecznym - sprzeciwie wobec narzucanego przez Brukselę programu naprawczego. Także we Włoszech mieszczański elektorat Ligi ostatnio przymusił Mattea Salviniego do „prounijnej konwersji”, także by odróżnić się od postfaszystowskich sojuszników PiS z partii Fratelli d’Italia.

Historia z Junckerem, Timmermansem z 2018 roku nie oznacza, że obawy przed podsycaniem sił antyunijnych (a co najmniej mocno eurosceptycznych) nie bywają istotnym czynnikiem w formułowaniu polityki UE, w tym polityki jej brukselskich, wspólnych instytucji. Przykładem są znowu Włochy, na których Komisja Europejska już na długo przed koronakryzysem ćwiczyła rozciągliwość unijnych reguł dyscypliny budżetowej, by wskutek zbytniego zaciągania pasa nie wzmacniać włoskich eurosceptyków.

Zresztą argument o niezrażaniu do Unii był, zwłaszcza w przeszłości, niemal publicznie używany także wobec Węgier, choć przepleciony z – bodaj istotniejszą– trochę protekcjonalną zachodnią wyrozumiałością dla zapóźnionego Wschodu, który potrzebuje czasu, by dorosnąć.

Brexit za czerwoną linią

Istnieją jednak w Unii Europejskiej czerwone linie, których przekroczenie sprawia, że za pomocą kolejnych ustępstw nie ratuje się już nawet najważniejszych sojuszników. Oczekuje się za to, że to oni cofną się dla ratowania swej pełnoprawnej obecności w UE.

To historia Davida Camerona, który zapowiedziawszy referendum brexitowe oczekiwał od Unii dużych ustępstw albo po prostu specjalnego statusu Wielkiej Brytanii w dziedzinie wewnątrzunijnych migracji, czyli traktatowej „swobody przemieszczania się”. To miał być gwóźdź jego kampanii za pozostaniem w UE. Cameron liczył w tej kwestii zwłaszcza na Berlin, ale i od kanclerz Angeli Merkel usłyszał „nie”, choć unijne członkostwo Wielkiej Brytanii jako trzeciej co do wielkości gospodarki UE, stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ i mocarstwa atomowego było dla Unii ważniejsze od któregokolwiek kraju Europy Środkowo-Wschodniej.

Ostatecznie Londyn dostał pewne ustępstwa co do swobody przemieszczania się (a konkretnie czasowe ograniczenia w dostępie unijnych migrantów do zasiłków na Wyspach), ale nie takie, które narażałyby Unię na erozję jednej z jej podstawowych swobód. Cameron referendum przegrał i gdy Brytyjczycy – już w późniejszych rokowaniach co do zasad brexitu – usiłowali znów uderzać w unijne pryncypia (kusząc w zamian zachowaniem ścisłych więzi gospodarczych), ponownie słyszeli „nie” z Berlina, Paryża, Brukseli.

Teraz na unijne „nie” – przy zachowaniu wszelkich proporcji w porównaniach z Londynem – natrafiła Polska. Unijne instytucje, zwłaszcza za czasów Ursuli von der Leyen na czele Komisji Europejskiej, mają spory dorobek w przymykaniu oka na pewne antypraworządnościowe ekscesy w Polsce.

Jednak obecny spór o wykonywanie lipcowych decyzji TSUE co do polskiego sądownictwa tak bardzo zawęził Brukseli pole do kompromisów czy też „łagodzących napięcia” ustępstw wobec władz Polski, że w tej kwestii będzie musiała ustąpić Warszawa.

Na pewno nie można liczyć na odkręcanie wszelkich istotnych zmian dokonanych po 2015 roku. Jednak groźba kar finansowych ze strony TSUE oraz już teraz bardzo dotkliwe opóźnianie zatwierdzenia KPO ma być presją, która zmusi PiS do zdecydowanych ustępstw, jeśli chodzi o wykonywanie lipcowego postanowienia o środku tymczasowym i wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczącego systemu dyscyplinarnego dla sędziów. I żadne zamierzone bądź niezamierzone straszenie ryzykiem polexitu tego nie zmieni.

Ale skoro o polexicie mowa, warto też wyjaśnić, że nie są prawdziwe ostrzeżenia niektórych opozycjonistów, że PiS może wyprowadzić Polskę z Unii „z dnia na dzień”. Tak szybko z Unii wyjść się nie da. Od momentu oficjalnego poinformowania Rady Europejskiej (przywódcy krajów UE) o zamiarze wyjścia z UE muszą minąć dwa lata. Ten okres można zmienić wyłącznie za zgodą tejże Rady Europejskiej. I w tym dwuletnim okresie wniosek o wyjście można jednostronnie wycofać.

Udostępnij:

Tomasz Bielecki

Korespondent w Brukseli od 2009 r. z przerwami na Tahrir, Bengazi, Majdan, czasem Włochy i Watykan. Wcześniej przez parę lat pracował w Moskwie. A jeszcze wcześniej zawodowy starożytnik od Izraela i Biblii Hebrajskiej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne