12 czerwca 2022

Koniec wielkich idei, nie będzie już wizji lepszego świata? Ostatnia szansa dla myśli lewicowej [GRAFF]

W myśleniu o trosce nie chodzi o naiwną wiarę, że ludzie są z natury dobrzy, lecz o konsekwentne odzyskanie wspólnotowości dla myśli lewicowej, o wyrwanie progresywizmu z toksycznego sojuszu z indywidualizmem - Agnieszka Graff szuka odrobiny optymizmu

„Wielka idea” to taka, która oprócz sugestywnej opowieści na temat ludzkiej zbiorowości zawiera też wizję przyszłości. Podważa dotychczas przyjęty obraz świata społecznego i proponuje projekt alternatywny – lepszy. Odnosi się do zbiorowego podmiotu i do niego jest adresowana – a w istocie tworzy ów podmiot poprzez opowieść o nim. Jej siła polega na tym, że trafnie nazywa zbiorowe emocje: lęki, tęsknoty i pragnienia. Zbiorowy podmiot – naród, społeczeństwo, pokolenie, a nawet ludzkość – rozpoznaje się w takiej myśli i podąża za nią, zamieniając ją w projekt społeczny, polityczny lub (kontr)kulturowy.

Idee nie mają dziś mocy sprawczej, jaką miewały sto, a nawet pięćdziesiąt lat temu. Nie ma dziś książek, o których można by powiedzieć, że zmieniły losy świata – książek na miarę Kapitału Karola Marksa, Erosa i cywilizacji Herberta Marcusego czy Mistyki kobiecości Betty Friedan. Czy cierpimy na deficyt „wielkich idei”? Zrezygnowaliśmy z nich świadomie, bo z daleka zalatują utopią, a utopie kojarzą nam się z ludobójstwem?

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to nowy cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

A może problemem jest obieg myśli, regulujący stopień, w jakim myśl ma szansę wpłynąć na rzeczywistość? W gruncie rzeczy to bez znaczenia, bo wielkie idee stają się wielkie tylko wówczas, gdy mają szansę prowadzić do społecznej zmiany.

Moja teza jest następująca: w dzisiejszym pokawałkowanym, urynkowionym i zatomizowanym świecie takie idee wydarzyć się nie mogą.

Trafne diagnozy i obiecujące projekty polityczne powstają, ale nic z tego nie wynika. Nie dlatego, że boimy się utopii, ale dlatego, że już nie istniejemy jako „my”. Idee przechodzą bez większego echa, bo nie ma warunków, w których echo mogłoby powstać. Błyskotliwą diagnozę społeczną połączoną z projektem naprawy świata można co prawda dobrze sprzedać – stąd polityczne bestsellery ostatnich dekad, takie jak książki Naomi Klein czy Thomasa Piketty’ego (prawica ma, rzecz jasna, swoje gwiazdy). Jednak ich odbiorcami pozostają jednostki – konsumenci i konsumentki książek. Nie istnieją wspólnoty, które mogłyby się w tych tekstach rozpoznać i uwierzyć w swoje zbiorowe istnienie na tyle, by świat zbiorowo zmieniać.

Próbą przełamania impasu był ruch Occupy Wall Street, jednak niewiele z niego zostało, rozproszył się, zanim stał się znaczącym politycznym bytem. Dużo lepiej tworzenie wspólnot politycznych idzie w ostatnich latach skrajnej prawicy, która odświeżyła myśl rasistowską (tzw. Wielkie Zastąpienie) budując tzw. ruchy tożsamościowe. Przypuszczam jednak, że idea dająca nadzieję na zmianę tego stanu rzeczy wykluwa się na naszych oczach. Jest jeszcze młoda i niewyraźna, ale ma coraz większą moc przyciągania. Opowiem o niej na końcu. Najpierw zaproponuję kilka hipotez dotyczących źródeł kryzysu.

Po pierwsze – polaryzacja, zwana też wojną kulturową

Ma ona swoją świetnie udokumentowaną historię, a jej źródła są po części kulturowe (zmiana stosunku społeczeństw zachodnich do religii), a po części ekonomiczne (rosnące od lat osiemdziesiątych nierówności). Na użytek tego szkicu wystarczy, że wspomnę, co dzieje się w mediach społecznościowych. Jesteśmy pozamykani w swoich bańkach, a każda z nich rządzi się zasadą stadności i jednoznaczności. Wymiana zdań w ramach bańki prowadzi zawsze w tym samym kierunku: radykalizacji i czystości ideowej. Dzieje się to kosztem osób myślących niezależnie, dopuszczających wieloznaczność czy poszukujących trzeciej drogi lub przestrzeni, w której można by się spotkać.

Mam za sobą kilkuletnią wyprawę poza własną bańkę, szczęśliwie zakończoną publikacją książki „Kto się boi gender? Prawica, populizm i feministyczne strategie oporu". Badając polaryzację wokół kwestii gender, razem z Elżbietą Korolczuk spędziłyśmy setki godzin w bańce przeciwnej do naszej, w świecie, w którym osoby takie jak my, lewicujące feministki, uważa się za niszczycielki rodziny, rzeczniczki światowego spisku, wrogów zwykłych ludzi. Penetrowałyśmy ten świat z niepokojem, ale też poczuciem, że należy zrozumieć, jak jest urządzony. Ciekawiły nas poglądy, ale też motywacje, pragnienia i lęki ludzi stamtąd.

Natrafiłyśmy na przykład działania odwrotnego: kilka lat temu pewna młoda osoba zapisała się na studia genderowe w Instytucie Badań Literackich PAN i opisała – z uwagą, ale nie bez ironii – co tam usłyszała. Tak powstała ultrakonserwatywna książka o polskim feminizmie. Takie wycieczki to rzadkość. Logika polaryzacji każe trzymać się swoich, cyzelować poglądy, dbając o to, by znaleźć się po właściwej stronie, gdy nasza bańka podzieli się w wyniku konfliktów wewnętrznych. Znamy ten mechanizm – zamiast ciekawych sporów powstają wrogie sobie obozy. Wojna kulturowa to nie podział na lewicę i prawicę, ale potężny mechanizm dzielenia ludzi, wykluczania i piętnowania odmieńców. Zjawisko to znacznie wyprzedza istnienie Internetu (w USA już w latach osiemdziesiątych tę samą funkcję pełniły pasma radiowe – wokół stacji powstawały publiczności działające tak, jak dziś działają bańki), jednak Internet bardzo je wzmocnił. Nigdy nie stał się demokratyczną, inkluzywną Agorą, o której marzono w latach dziewięćdziesiątych.

Efektem polaryzacji jest abdykacja ze strefy wspólnej, atrofia wspólnoty. Polska nie jest tu wyjątkiem, Polacy pozostają jednak jednym z najmocniej podzielonych społeczeństw Europy. Nie istnieje już polskie społeczeństwo, które ponad czterdzieści lat temu poniosły idee Solidarności, a na przełomie wieków niemal jednomyślnie wchodziło do Unii Europejskiej. Albo nie istniało do chwili, gdy Rosja Putina zaatakowała Ukrainę.

Po drugie – radykalny pesymizm jako toksyczna imitacja wielkiej idei

W ostatnich latach oszałamiającą karierę robią różne odmiany defetyzmu, apokaliptyczne wizje wojny wszystkich ze wszystkimi, przepowiednie nie tylko końca cywilizacji, ale wręcz końca świata jako takiego. Te dziwne konstrukcje myślowe przypominają Wielkie Idee, tak jak je zdefiniowałam wyżej, brakuje w nich jednak wizji przyszłości, która wykraczałaby poza antagonizm i katastrofę. Do tej kategorii należą teorie spiskowe (w tym opisany przez nas antygenderyzm), ale także niektóre radykalne idee lewicowe (np. fascynujący skądinąd afropesymizm i niektóre odmiany myśli ekologicznej). Idee te wyjaśniają złożoność i nieprzewidywalność współczesności, koncentrując się na jednym kryzysie czy antagonizmie, wskazują wroga i projektują katastrofę jako jedyny możliwy horyzont.

Za przykład niech nam posłuży film „Nie patrz w górę". Oto w kierunku Ziemi zbliża się gigantyczna kometa – wiadomo, że spowoduje nieuchronną zagładę naszej planety, ale ludzkość uparła się, by ignorować zagrożenie. Film zirytował mnie i znudził, jego przekaz wydał mi się oczywisty i banalny zarazem, ale zaciekawiła mnie fascynacja tym filmem wśród osób o lewicowych poglądach. Przypomniał mi się pogląd Marka Fishera zawarty w jego świetnej książce „Realizm kapitalistyczny" (2010, wyd. pol. 2020) – łatwiej nam wyobrazić sobie koniec świata niż kres neoliberalnego kapitalizmu, czyli projekt społeczny dający realną nadzieję na zmianę. Wiara, że nic nie może się zmienić, powoduje, że nic nie może się zmienić, co z kolei sprawia, że wiara w nieuchronną porażkę okazuje się słuszna. Pesymistyczne wizje, co ciekawe, zdają się nieść swoim entuzjastom ukojenie.

I wreszcie – po trzecie – kryzys akademii

Od mniej więcej dekady z wdzięcznością przyjmuję zaproszenia na kolejne debaty organizowane przez Fundację Batorego, bo odnoszę wrażenie, że Fundacja stara się realizować misję, którą porzucił Uniwersytet. Chodzi o autentyczną wymianę myśli, taką, której celem jest diagnozowanie rzeczywistości a horyzontem – zmiana społeczna. Na uczelniach takie debaty już się niemal nie zdarzają albo mają charakter zamknięty. Naprawdę ważne książki, jakie trafiają do szerokiej publiczności, piszą w ostatnich latach raczej uciekinierzy z akademii niż jej przedstawiciele.

Z akademickim obiegiem myśli stało się w ostatnich latach coś bardzo złego, podobnie jak z językiem akademickiej humanistyki.

Tak jak w mediach społecznościowych nie dochodzi do wymiany poglądów, a jedynie do awantur, tak w akademii powstał mechanizm zapobiegający powstawaniu prawdziwie nowych, porywających idei, a jeśli przypadkiem powstaną, sprawia, że znikają w morzu naukowej „produkcji”.

Jakie są źródła kryzysu? To jeden z wielkich sporów, jakie toczą się w ramach wojen kulturowych. Prawicowa diagnoza mówi o przejęciu humanistyki przez lewicę i zgubnych skutkach postmodernizmu; lewicowa – o zabójczym dla humanistyki mechanizmie podporządkowania uniwersytetu logice rynku.

Skłaniam się ku tej drugiej hipotezie. Bezkrytyczny kult Michela Foucaulta czy Judith Butler może irytować, nie ma jednak charakteru endemicznego. Natomiast neoliberalizacja akademii zaowocowała zjawiskami, które dotyczą wszystkich. Punktoza, grantoza, nieustanna akademicka sprawozdawczość i ewaluacja sprawiły, że radość uprawiania nauki ustąpiła miejsca rywalizacji. Wzajemna ciekawość i środowiskowe więzi to wspomnienie sprzed dekady – o depersonalizacji kontaktów w środowisku naukowym i skutkach współzawodnictwa o wskaźniki statystyczne powstają już prace naukowe. Nowe pokolenie studentów od uczelni oczekuje już nie wymiany myśli i ciekawych lektur, ale konkretnych kompetencji przydatnych na rynku pracy.

Istnieją wydawnictwa, które każą sobie płacić za publikację tekstów; istnieją czasopisma naukowe, których nikt nie czyta, i jednostki badawcze, w których nie toczą się żadne merytoryczne debaty. Gdyby chodziło tylko o nadmierną specjalizację, rozwiązaniem byłaby interdyscyplinarność, ta jednak jest wszechobecna, a problem się pogłębia. Jest on strukturalny i dotyczy – zaryzykuję to słowo – ducha humanistyki, jej tożsamości i sensu. Życie naukowe podporządkowane jest dziś konieczności „produkowania wiedzy”, którą następnie poddaje się parametryzacji i ewaluacji. Wszystko to dzieje się w oderwaniu od społecznej rzeczywistości. Wielkie idee, jeśli powstają, to jedynie wbrew tej logice i gdzieś na obrzeżach instytucji.

Na koniec obiecana wcześniej odrobina optymizmu.

Mogę się oczywiście mylić, ale przeczuwam, że znaleźliśmy się w pobliżu „wielkiej idei” – takiej, która ma szansę wyprowadzić nas z impasu. Tą ideą jest troska.

Kategoria ta – i pojęcia pokrewne, takie jak empatia, współzależność, solidarność, altruizm czy współodczuwanie – pojawia się raz po raz w tekstach pisanych przez progresywnych myślicieli i myślicielki młodego pokolenia, a także starszych, którzy (a zwłaszcza które) to pokolenie fascynują. Myślę o Arlie Hochschild, Davidzie Graeberze, Nancy Fraser, bell hooks czy Marcie Nussbaum. Ciekawą przedstawicielką tego nurtu jest Agata Sikora, mieszkająca w Wielkiej Brytanii, ale pisząca po polsku (m.in. w „Dwutygodniku”).

W myśleniu o trosce nie chodzi o naiwną wiarę, że ludzie są z natury dobrzy, lecz o konsekwentne odzyskanie wspólnotowości dla myśli lewicowej, o wyrwanie progresywizmu z toksycznego sojuszu z indywidualizmem. To idea adresowana do pokolenia katastrofy klimatycznej: projekt zmiany społecznej oparty na dostrzeganiu znaczenia więzi i współzależności (także międzygatunkowej), a nie – jak projekt neoliberalny, który na naszych oczach bankrutuje – na kulcie autonomicznej jednostki. Z ideą troski wiążę nadzieję nie tylko na odnowienie języka lewicy, ale też na przełamanie światopoglądowej polaryzacji, powstałej w toku wojen kulturowych.

Nowe imaginarium powoli obrasta w kanon lektur, a także – co może istotniejsze – praktyk społecznych. Chodzi w wspólnotowe działanie w obliczu kryzysu, o świadome i celowe zawieszenie reguł rynku, o wzajemne wsparcie, budowanie wspólnot wykraczających poza tradycyjnie pojętą „rodzinność”, ale podobnie jak rodzinność skupionych na obronie słabszych, doceniających pracę opiekuńczą.

Gdy kończę redagować ten tekst, dziesiątki tysięcy ludzi w Polsce bezinteresownie pomaga uciekinierom z Ukrainy. Powstają świetnie funkcjonujące sieci wolontariuszy, działające na dworcach, w centrach pomocy, przy zbiórkach. Pesymiści twierdzą, że ta aktywność wkrótce się skończy i wszystko wróci do normy, jaką jest konflikt, rywalizacja i ucieczka w prywatność. Moim zdaniem jest inaczej – mamy do czynienia z innym niż owa „norma” systemem wartości, a może nawet z Wielką Ideą.

Tekst powstał w oparciu o głos w debacie „Gdy rozum śpi… O myśleniu w czasach przełomu", zorganizowanej przez forum Idei Fundacji Batorego z okazji ustanowienia nagrody im. Marcina Króla dla najlepszej książki proponującej nowe idee z dziedziny myśli społecznej i politycznej, historii idei i badań nad przyszłością, refleksji nad cywilizacją i kulturą.

W związku z debatą powstały również teksty:

Udostępnij:

Agnieszka Graff

Dr hab. Agnieszka Graff – profesorka w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, badaczka feminizmu i ruchów anty-gender, znana feministyczna publicystka, felietonistka (m.in. „Wysokich obcasów”) i pisarka. Członkini rady programowej stowarzyszenia Kongres Kobiet. Autorka takich książek, jak: „Matka feministka” (2014), Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie” (2008), Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym (2001).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne