0:00
0:00

0:00

Dzisiaj w nocy przez Mołdawię i Rumunię wreszcie wyjechał z Ukrainy mój przyjaciel, reżyser teatralny Andrij Maj. 24 lutego, gdy Rosja napadła na nas, nie zdążył wyrwać się z rodzinnego i dla mnie Chersonia, bo pociąg, który zazwyczaj przyjeżdżał od strony Mikołajewa, już nie przyjechał. Andrij został pod okupacją z małym synkiem i mamą na wózku. Wiem, że chodził na proukraińskie demonstracje, zapewne brał udział także 5 marca w tej, z której pochodzi poniższe zdjęcie popularne w sieci:

Manifestacja w okupowanym Chersoniu, 5 marca 2022 roku, źródło: https://twitter.com/ngumenyuk

Andrij Maj jest jednym z ukraińskich prekursorów teatru dokumentalnego, w którym aktorzy wcielają się w ludzi albo podsłuchanych na ulicy, albo odpytywanych na jakiś temat. Uczył się od znanych mistrzów teatralnych Kijowa i Moskwy.

Co roku współorganizował „Tydzień dramatu faktu", wyławiając utalentowanych dramatopisarzy. W Chersoniu założył Centrum imienia Wsiewołoda Meyerholda (słynnego rosyjskiego reżysera, który pracował w tym mieście nad Dnieprem w latach 1902-1905) i organizował festiwale jego imienia. Przejeżdżając nocą przez Rumunię, Andrij napisał:

„Raszystowska swołocz rujnuje życie naszych rodaków. Zabijają i niszczą. Bestie”.

Publikujemy drugi odcinek "DZIENNIKA UKRAIŃSKIEGO", osobistej relacji z Ukrainy Romana Kabaczija, historyka i dziennikarza. Tym razem o niszczeniu przez Rosję kultury w Ukrainie. I o trudnym do podważenia micie „wielkiej, głęboko humanitarnej rosyjskiej kultury".

Przeczytaj także:

Mit „kultury rosyjskiej" zbombardowany przez rosyjskie bomby

Jesienią 2021 roku powstała w Ukrainie koalicja działaczy kultury, której współzałożycielką była Daria Badjor, była szefowa działu kultury w portalu LB.ua. Nieraz wspierała mnie w promocji kultury polskiej na jego łamach. 19 marca Darja poddała analizie postawę Zachodu - strusia z głową w piasku – który podpierając się mitami o wielkiej „kulturze rosyjskiej”, usiłuje nie dostrzegać winy zwykłych Rosjan w rozpętanej wojnie.

„Im dalej wchodzimy w wojnę, tym więcej pojawia się zachodnich wydarzeń wspierających Ukrainę. Prawie wszyscy zapraszają również rosyjskich uczestników, wykazując brak zrozumienia (lub udają, że nie rozumieją), dlaczego to nie jest OK.

Widzę wiele sfrustrowanych komentarzy „Jak to?” i „Czego oni nie rozumieją?”.

Okazuje się, że Hannah Arendt pisząca po II wojnie o niemieckiej winie z jakiegoś powodu nikomu na Zachodzie nie kojarzy się ze stosunkami rosyjsko-ukraińskimi. Że tocząca się po II wojnie światowej dyskusja o odpowiedzialności zbiorowej, jej stopniu i głębi też z jakiegoś powodu nie jest ekstrapolowana na wojnę Rosji przeciwko nam.

"80 milionów ludzi broniło się przed rzeczywistością i nagimi faktami przy użyciu dokładnie tych samych sposobów: takim samym samookłamywaniem się, tymi samymi oszustwami i głupotą, jakie można było później odnaleźć w mentalności Eichmanna. Praktyka samooszukiwania się stała się tak powszechna, zyskując niemal rangę moralnego warunku przetrwania, że nawet dziś, po osiemnastu latach od upadku systemu hitlerowskiego, gdy prawie cała konkretna treść kłamstw tego systemu uległa zapomnieniu, trudno niekiedy oprzeć się wrażeniu, że zakłamanie stało się integralną częścią niemieckiego charakteru narodowego".

Źródło: "Odpowiedź Hannah Arendt na list Gershoma Scholema", w: "Eichmann w Jerozolimie", przeł. Adam Szostkiewicz, Kraków 2004, s. 402-403.

Ta wojna – także kulturowa – dotyczy dekonstrukcji hierarchii, która już się rozpoczęła. [...]

„Wielkość” i „humanitaryzm” kultury rosyjskiej są rozumiane na Zachodzie jako coś niepodważalnego.

I będzie bardzo, bardzo trudno to podważyć” – napisała w języku ukraińskim rosyjskojęzyczna na co dzień Darja.

Temat jest trudny – kiedy udostępniłem wpis Badjor, polubiło go u mnie tylko 10 znajomych. Rozumiem, bo nie tylko na Zachodzie gloryfikacja kultury rosyjskiej jest moralną przeszkodą w zrozumieniu, że zabójca jest zabójcą, a nie „nosicielem kultury”. Uświadomienie sobie tego jest bardzo ważne. Jeszcze 21 lutego teatr w Mariupolu wystawiał Czechowa, a 16 marca Rosjanie zrzucili na gmach teatru wielką bombę lotniczą.

Kijowski teatr rosyjskiego dramatu, w samym centrum stolicy, za sowieckich czasów nosił imię najsłynniejszej ukraińskiej poetki Łesi Ukrainki. Taka była tradycja Czeki [tajnej policji w Rosji sowieckiej] – na białe mówić czarne, wymieszać wszystko nie do poznania. Jednocześnie Sowieci przemilczali poemat Łesi Ukrainki „Bojarynia”, ponieważ wyśmiewała w nim zamknięcie i ultra tradycjonalizm rosyjskiego społeczeństwa. Dyskusji o tym, by odebrać temu teatrowi jej imię było wiele, ale bezskutecznych. Jestem przekonany, że po zwycięstwie Ukrainy w końcu i ta sprawa zostanie załatwiona.

Ilia z rodziny prawosławnego duchownego wrócił walczyć za Ukrainę

Dara Szpolanśka z Mikołajewa to jedna z trojga dzieci prawosławnego duchownego o. Mychajła Szpolanśkiego. Oprócz tej trójki rodzina wychowała jeszcze ośmioro adoptowanych dzieci. Ojciec Mychajło urodził się w Rosji, za czasów radzieckich z powodu dysydenckich poglądów porzucił pracę w stoczni i przyjął święcenia kapłańskie. W niepodległej Ukrainie opublikował swoje refleksje i wspomnienia „z błogosławieństwem Patriarchy Moskiewskiego”, ale kazania w cerkwi starał się wygłaszać po ukraińsku. Zmarł w czasie Wielkanocy 2014 roku.

Dzisiaj Dara napisała: „Z prawnego punktu widzenia nie może w Ukrainie działać Moskiewski Patriarchat Cerkwi Prawosławnej. Warto to uzmysłowić wszystkim i - by uniknąć niepotrzebnych represji - na zawsze odebrać Moskwie prawo roszczeń do własności ziemi w Ukrainie”.

Starszy brat Dary, Ilia, po śmierci ojca, latem 2014 roku na moich oczach uzyskał błogosławieństwo najbliższego jego współpracownika o. Serhija Pawełko i podszedł walczyć, by w Donbasie bronić Ukrainy. Po demobilizacji Ilia stanął na czele organizacji weteranów w Mikołajewie, przeszedł całkowicie na język ukraiński.

W ubiegłym roku Ilia wyemigrował z rodziną do Niemiec, ale po 24 lutego wrócił, żeby pomagać Ukrainie walczyć. Tym właśnie wywołał podziw, a może i zachwyt, jednego z ideologów (ale niepokornego) współczesnego prawosławia rosyjskiego Andrieja Kurajewa: „Mieszkali w pobliżu Mikołajewa. Bardzo Wschodnia Ukraina. Prawie russkij mir. [...] A przecież na Kremlu, w Patriarchacie, Sztabie Generalnym ktoś bardzo liczył na to, że wierni synowie patriarchy Cyryla w Ukrainie pomogą operacji Z”.

Według stanu na 18 marca Rosjanie ostrzelali, niszcząc częściowo, 44 budynki sakralne – głównie cerkwie prawosławne, trzy świątynie protestanckie, trzy żydowskie, jedną rzymskokatolicką i jeden meczet.

W związku z tym można już powiedzieć, że „wysoka duchowość” Rosji zmierza w kierunku osławionego rosyjskiego statku wojennego.

Nie jesteśmy tym zaskoczeni. Przez 70 lat komunizm rosyjski niszczył kulturę ukraińską, w tym kulturę sakralną. Kiedyś mer Konotopu w obwodzie sumskim, Artem Semenichin, zabrał mnie i moich przyjaciół do wioski Ozaryczi i pokazał drewniany budynek, sklecony przez sowietów z ruin zburzonej cerkwi. Wewnątrz sfotografowałem część fresku z obrazem Archanioła Michała, patrona Kijowa i Ukrainy. Teraz Semenichin walczy z okupantami, którzy chcą ustanowić kolaboracyjną władzę w jego mieście.

Natomiast Archanioł Michał z Ozarycz patrzy na mnie z pulpitu notebooka (zobacz główne zdjęcie artykułu).
;

Udostępnij:

Roman Kabaczij

Ukraiński historyk i dziennikarz

Komentarze