12 kwietnia 2020

Podział Europy na północ i południe stał się faktem. Włosi i Hiszpanie żądają od UE solidarności

Hiszpania i Włochy spierają się z Holandią i Niemcami. W ostatnim możliwym terminie wyznaczonym przez Radę Europejską ministrowie finansów strefy euro przedstawili zarys działań ratunkowych w czasach wirusowego kryzysu. Kością niezgody była emisja wspólnego długu, której w oświadczeniu eurogrupy zabrakło

Hiszpanie, Włosi i Portugalczycy tym razem nie godzą się na rolę ofiar, w której obsadzono ich dekadę temu podczas kryzysu strefy euro. Nie godzą się, bo niczym nie zawinili. Przeciwnie - to dzięki ofierze i doświadczeniu Włochów, a z każdym kolejnym dniem także Hiszpanów, reszta kontynentu zdobywa przewagę nad żywiołem epidemii.

Za obecnym kryzysem nie stoi pęknięta bańka przecenianych aktywów, nie ujawniono korupcji na masową skalę, nie ma potrzeby ratowania banków „zbyt dużych by upaść”. Kraje strefy euro nie będą się zrzucać na bailout kolejnych niesfornych gospodarek, a tym bardziej ich poszczególnych sektorów finansowych.

Rozumieją to nie tylko te państwa popierające dziś Hiszpanów i Włochów, a które jednocześnie były najsilniej dotknięte przez kryzysy lat poprzednich - od upadku Lehman Brothers do późniejszego tąpnięcia eurozony – Irlandia, Grecja, Portugalia. Za Włochami i Hiszpanią stoją również Słowenia, Belgia, Luksemburg, a nawet Francja. Emmanuel Macron zaproponował bowiem, by wspólny fundusz na odbudowę po pandemii wynosił 3 proc. Produktu Narodowego Brutto całej UE. Jej obecny budżet, ujęty w obowiązujących do końca tego roku Wieloletnich Ramach Finansowych, wynosi ok. 1 proc. PNB.

Zwolennicy szybkiego uruchomienia dużych środków finansowych zdają się przy tym robić wszystko, by proponowane rozwiązania w niczym nie przypominały tych z przeszłości - jak ognia unikają warunkowania ich cięciami, reformami czy kontrolą zewnętrzną. To właśnie tej grupie przewodzą liderzy z unijnego południa.

Czasy niepewne, sytuacja napięta

Premier Hiszpanii Pedro Sánchez i premier Włoch Giuseppe Conte zażądali pod koniec marca „skoordynowanej odpowiedzi” wspólnoty. Wsparł ich António Costa, premier Portugalii, który „odrażającymi” nazwał apele Holandii o wcześniejszą kontrolę stanu finansów publicznych. Tamę jakiemukolwiek solidarnemu wsparciu finansowemu postawiły bowiem właśnie państwa północy, zwłaszcza Holandia i Niemcy.

Solidarnemu, to znaczy takiemu, które zakładałoby dzielenie podyktowanych pandemią zobowiązań finansowych w ramach całej Unii. Odciążyłoby to najbardziej dotknięte nią kraje i zredukowało podobne ryzyko dla pozostałych.

Obecne zagrożenie jest bowiem fundamentalnie odmienne od kryzysów walutowych i finansowych. Wirus nie jest wynikiem indywidualnej polityki fiskalnej i już widać, że powstrzymanie pandemii jest możliwe tylko dzięki koordynacji na masową skalę. I nawet w takim przypadku nie obędzie się bez ekonomicznych ofiar.

26 marca szefowie państw i rządów UE odbyli swoją pierwszą bezowocną telekonferencję. Doszła do skutku po dwóch tygodniach starań i uprzednim fiasku rozmów w gronie ministrów finansów strefy euro. Ci nie zdołali wydać nawet wspólnej deklaracji. Jako że później europejscy liderzy również nie doszli do porozumienia, postanowili oddelegować sprawę ponownie do swoich podwładnych odpowiedzialnych za budżety.

W końcu – wieczorem 9 kwietnia, po trzech dniach rozmów i szesnastogodzinnej rundzie negocjacyjnej – ministrowie eurogrupy zdołali wydać ogólne oświadczenie, podając zgrubny zarys tego, w jaki sposób instytucje UE zamierzają doprowadzić do ekonomicznego odbicia po ok. siedmio-ośmioprocentowym wyhamowaniu wzrostu PKB w Unii.

10 kwietnia rano przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel zapowiedział, że europejscy liderzy rozpatrzą te pomysły dopiero 23 kwietnia. A to dlatego, że różnice zdań między stolicami są duże, a nastroje napięte.

540 miliardów na ratunek

Zgodnie z opublikowaną deklaracją, eurogrupa jest gotowa przeznaczyć dziś w sumie ok. 540 miliardów euro na powstrzymanie skutków wirusa, na które w głównej mierze składają się:

  • 200 miliardów w funduszu pożyczkowym dla firm stworzonym przez Europejski Bank Inwestycyjny,
  • linia kredytowa dla gospodarek strefy euro w ramach Europejskiego Mechanizmu Stabilności (EMS) do wysokości 2 proc. PKB na pokrycie nieprzewidzianych wydatków sanitarnych i zdrowotnych,
  • 100 miliardów euro w tymczasowym funduszu pożyczkowym Komisji Europejskiej, (SURE) przeznaczonym na ratowanie miejsc pracy.

Zwłaszcza dostęp do EMS wywoływał w ostatnich tygodniach ogromne emocje. To instrument, który powstał po ostatnim kryzysie strefy euro, aby mitygować zagrożenia związane z nadmiernym deficytem i zadłużeniem państw posiadających wspólną walutę.

Normalnie skorzystanie z niego wymusza reformy strukturalne i głębokie cięcia w polityce fiskalnej oraz szczegółową kontrolę instytucji europejskich w tym zakresie. Linia kredytowa na wydatki zdrowotne takiego warunkowania nie przewiduje. Deklaracja stwierdza, że po ustaniu zagrożenia COVID-19 państwa członkowskie strefy euro pozostaną zobowiązane do utrzymania kondycji gospodarek krajowych zgodnie z europejskim prawodawstwem. A to już rodzi wątpliwości.

Dlatego premier Hiszpanii Pedro Sánchez nie odpuszcza pomysłu tzw. koronaobligacji, które wywołały największe kontrowersje, a w dokumencie końcowym obrad eurogrupy ostatecznie w ogóle się nie pojawiły.

Byłyby one europejskim instrumentem dłużnym pozwalającym na uwspólnotowienie zaciągniętych przez pandemię długów i obniżenie presji fiskalnej we wszystkich dotkniętych nią krajach.

Sánchez oświadczył przed trzema tygodniami, że „nie rozumie, jak w strefie euro można stosować rozwiązania monetarne, nie popierając ich odpowiedzią fiskalną”. Ponadto na stanowisko premiera Hiszpanii i pomysł euroobligacji wstępnie otwarta była też szefowa Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde. Jednak przewodnicząca KE Ursula von der Leyen zaprzeczała, by ten pomysł w ogóle był przedmiotem debaty, a premier Holandii Mark Rutte oświadczył wprost, że „nie wyobraża sobie żadnych okoliczności, które skłoniłyby Holandię do zaakceptowania koronaobligacji”.

Włosi i Hiszpanie chcą wymusić solidarność

Wopke Hoekstra, holenderski minister finansów, którego hiszpański dziennik „El País” nazywa „symbolem surowości” wobec krajów południa, wtórował 10 kwietnia swojemu premierowi. Zdaniem Holendra nie było i nie ma o czym rozmawiać, a w razie czego można zawsze skorzystać z EMS – oczywiście zastosowawszy wszystkie przewidziane w EMS restrykcje. Z kolei premier Włoch Giuseppe Conte, który tak jak Hiszpanie chce wspólnego długu, odpowiedział mu na Twitterze, że również nie ma zamiaru zmieniać zdania.

I to w tym aspekcie rozłam północ-południe uwidocznił się najwyraźniej. Już wcześniej Sánchez i Conte musieli zagrozić zerwaniem teleszczytu pod koniec marca, by wymóc na swoich koleżankach i kolegach z północy zaledwie deklarację przygotowania solidarnej odpowiedzi fiskalnej, a na szefie Rady Charlesie Michelu oraz szefowej KE – planu na rzecz wyprowadzenia UE z kryzysu po ustaniu zagrożenia.

Włosi i Hiszpanie chcą wymusić solidarność – której choćby sugestia wobec rynków jest w interesie całej UE – bo jak nikt inny wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na powrót widma „trojki” na półwyspy Iberyjski i Apeniński.

"Trojka" to trauma, która krąży od lat nad Morzem Śródziemnym. W naszym kraju ten termin nie zrobił zawrotnej kariery, ale na południu Europy kojarzy się jak najgorzej jako symbol instytucjonalnego ucisku i źródło cierpienia obywateli.

„Trojka” – Europejski Bank Centralny, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Komisja Europejska – to trzy instytucje, które nadzorowały bolesne cięcia w krajowych budżetach, kiedy 10 lat temu Unia sponsorowała bailout m.in. Hiszpanii, Portugalii i Grecji, a także Irlandii i Cypru.

To wtedy w Hiszpanii zaczęło się oszczędzanie na wszystkim: emeryturach, pensjach w budżetówce, zatrudnieniu w sektorze prywatnym. Bezrobocie w szczytowym momencie otarło się o 30 proc. (w niektórych regionach, zwłaszcza w Andaluzji, nawet przekroczyło tę liczbę), a ludzie lądowali na bruku. Banki masowo przejmowały bowiem ich mieszkania na poczet długów, których nie byli już w stanie spłacić, od kiedy w 2008 pękła bańka na rynku hiszpańskich nieruchomości i ruszyły cięcia i oszczędności – oraz procesy polityków, którzy brali łapówki przy okazji wielkich inwestycji infrastrukturalnych.

Hiszpanie ani myślą powtarzać tamtych rozwiązań, podczas gdy państwa północy zdają się tkwić w filozofii kryzysu finansowego, na co narzekał nawet przewodniczący parlamentu europejskiego David Sassoli. Z kolei w opublikowanym na łamach „Guardiana” tekście, premier Pedro Sánchez wzywa do budowy „gospodarki czasu wojny”. Jego zdaniem dotychczasowe rozwiązania proponowane przez EBC i Komisję, m.in. plan SURE [opisany na łamach OKO.press przez Marię Pankowską] są niewystarczające.

Sánchez żąda uwspólnotowienia długu, który każdy kraj wspólnoty będzie zaciągał na ratowanie swojej gospodarki, a także wspólnotowych zakupów sprzętu medycznego, skoordynowanej strategii cyberbezpieczeństwa i wielkiego planu odbudowy.

Nieprzypadkowo kończy swój list oczekiwaniem, że „solidarność nie pozwoli na rozziew między północą i południem ani na pozostawienie kogokolwiek w tyle”.

Falstart Komisji Europejskiej

Niestety, Komisja Europejska zaliczyła w międzyczasie poważny falstart. Nie odczytawszy najwyraźniej rozbieżnych oczekiwań poszczególnych stolic, ekipa Ursuli von der Leyen nieco pospieszyła się z propozycją dalszych kroków i nikt nie jest zadowolony: Włosi i Hiszpanie ani myślą luzować restrykcje przeciwko pandemii, a Duńczycy czy Austriacy już chcieliby to zrobić.

Dlatego szef Rady Europejskiej dał liderom państw strefy euro aż dwa tygodnie na docieranie stanowisk. Do solidarności dalej twardo nawołują Hiszpanie ustami ministry finansów Nadii Calviño: w postaci unii fiskalnej dopełniającej unię monetarną i wspólną emisję długu. Na to nie chcą przystać Niemcy, Holandia, Austria czy Finlandia. Premier Holandii Mark Rutte przyznał nawet, że woli „nie pożyczkę, a prezent” dla krajów południa zamiast systemowych rozwiązań solidarnościowych.

Kto by pomyślał, że ta „Unia dwóch prędkości”, której tradycyjnym przeciwnikiem jest m.in. Polska, zdaje się obywać dziś bez największych gospodarek UE, jak Włochy czy Francja, i przebiegać w poprzek strefy euro. Konsekwencje tej debaty sięgną jednak daleko poza eurozonę, zwłaszcza w kontekście nowego budżetu UE, który będzie obowiązywał od przyszłego roku aż do roku 2027.

Tym bardziej szkoda, że w tej debacie zupełnie nie słychać głosu Polski.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne