Wojewoda mazowiecki wyłączył z ruchu pieszego i kołowego kilka ulic wokół ambasady Izraela. Choć wprost zapowiedzianego protestu narodowców nie zakazał, to go fizycznie uniemożliwił. Użył do tego przepisów, z których nigdy w ten sposób nie korzystano. To poważne zagrożenie dla wolności zgromadzeń. Wszystkich, a nie tylko narodowych

Narodowcy zgłosili w ratuszu swoją pikietę pod ambasadą Izraela. Chcieli się oburzać na protesty strony izraelskiej wobec zmian w ustawie o IPN, która ustanawia karę do 3 lat więzienia za „publicznie i wbrew faktom przypisywanie Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie nazistowskie”.

Narodowcy zgłosili swoją manifestację w trybie uproszczonym na godz. 17, ale zostali zmuszeni do jej odwołania. Pięć godzin wcześniej wojewoda mazowiecki Zbigniew Sipiera (PiS) ogłosił „rozporządzenie porządkowe” o zakazie ruchu w okolicach ambasady (od godz. 13 w środę 31 stycznia do północy 5 lutego). Czyli w praktyce uniemożliwił przebieg manifestacji narodowców i planowanej kontrmanifestacji.

Na konferencji prasowej tuż po godz. 12 tłumaczył decyzję „kwestiami bezpieczeństwa”. „Chcę tonować emocje, a nie je podgrzewać” – mówił. Być może intencje wojewody były chwalebne, wiec narodowców pod ambasadą Izraela jeszcze bardziej pogorszyłby wizerunek Polski. Ale blokując manifestację narodowców formalną sztuczką wojewoda naruszył konstytucyjną wolność zgromadzeń i przekroczył swoje uprawnienia.

Tak kazała racja stanu

Ruch Narodowy zgłosił swoją manifestację w trybie uproszczonym, co oznacza, że nie mógł zakazać jej ani prezydent Warszawy, ani tym bardziej wojewoda mazowiecki. Wojewoda może co najwyżej zakazywać zwykłych zgromadzeń organizowanych na trasie zgromadzeń cyklicznych.

Zbigniew Sipiera użył więc wybiegu. Nie zakazał samego zgromadzenia, ale – na polecenie szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego – specjalnym rozporządzeniem zamknął ruch dla pieszych i aut na ulicach otaczających ambasadę. Z zakazu wyłączone są tylko służby porządkowe i ratunkowe, mieszkańcy i osoby odwiedzające.

  • Zobacz, które ulice zostały zamknięte

    1) Ludwika Krzywickiego od skrzyżowania z ulicą Filtrową (bez skrzyżowania) do skrzyżowania z ul. Wawelską (bez skrzyżowania);

    2) Mariana Langiewicza od skrzyżowania z ul. Ludwika Krzywickiego (wraz ze skrzyżowaniem) do ul. Prezydenckiej (bez skrzyżowania);

    3) Błogosławionego Ładysława z Gielniowa od skrzyżowania z ul. Ludwika Krzywickiego (ze skrzyżowaniem) do ul. Antoniego Solariego (bez skrzyżowania).

Wojewoda powołał się na ustawę o wojewodzie i administracji rządowej w województwie (art. 60). Pozwala ona na wydawanie “rozporządzeń porządkowych” pod dwoma warunkami:

  1. jeżeli jest to niezbędne do ochrony życia, zdrowia lub mienia oraz do zapewnienia porządku, spokoju i bezpieczeństwa publicznego” oraz
  2. może dotyczyć tylko “zakresu nieuregulowanego w przepisach powszechnie obowiązujących”.

Sytuacja, której próbował sprostać, nie spełnia jednak żadnego z tych warunków. Ewentualnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa jest zderzenie manifestacji narodowców z kontrmanifestantami. To jednak nie jest zagrożenie, którego nie mogłaby opanować policja, a sposób postępowania w takich sytuacjach reguluje prawo o zgromadzeniach.

Zresztą, w ostatnich miesiącach nie raz dochodziło do kontrmanifestacji w reakcji na zgromadzenia narodowców, a nawet do ich blokowania. Choć kontrmanifestacje naruszały przepisy prawa o zgromadzeniach, nie doprowadziły do poważnego zagrożenia niczyjego życia, zdrowia czy mienia. Jak dotąd wojewoda ani razu nie zdecydował się na wydanie specjalnego rozporządzenia z powodu spodziewanej manifestacji lub kontrmanifestacji.

W tym przypadku chodziło raczej o zagrożenie zupełnie innego rodzaju, o którym nie ma mowy w ustawie. Od dwóch dni politycy PiS i Kukiz’15 krytykowali pomysł organizacji protestu pod ambasadą Izraela. Obawiali się “prowokatorów”, którzy mogliby głosić antysemickie hasła, które media poniosłyby w świat.

MSWiA w dzisiejszym komunikacie wspomniało o bezpieczeństwie manifestantów, ale przyznało też wprost, że :

„Wojewoda Mazowiecki podjął odpowiedzialną decyzję ze względu na wizerunek i interes państwa”.

Prof. Kamiński: Niebezpieczny precedens

„Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością mogę powiedzieć, że to pierwszy przypadek użycia tego przepisu (art. 60 w ustawie o wojewodzie) w takim kontekście” – mówi OKO.press prof. Ireneusz Kamiński, ekspert w dziedzinie praw człowieka. – Mamy więc do czynienia z niebezpiecznym precedensem. Wojewoda posłużył się wyjątkowym instrumentem, mającym przeciwdziałać niezwykle poważnym zagrożeniom. Tymczasem powodem była jedynie kontrowersyjność manifestacji.

Jeśli każda kontrowersyjna manifestacja miałaby uprawniać do stosowania takiego wyjątkowego zakazu, byłoby to poważne zagrożenie dla prawa do manifestacji” – ostrzega prof. Kamiński.

PiS wynalazł więc nowy sposób na tłumienie legalnych, ale niewygodnych dla władzy manifestacji. Tym razem wykorzystał go przeciwko narodowcom, ale jutro równie dobrze może tak samo uniemożliwić manifestacje przed Sejmem lub Pałacem Prezydenckim.

To sposób groźniejszy od ostatnich zmian w prawie o zgromadzeniach i ogradzania miesięcznic, bo teoretycznie pozwala na zablokowanie każdego rodzaju zgromadzenia. A na dodatek nie da się od takiego zakazu skutecznie odwołać.

Odwołanie od zwykłego zakazu zgromadzenia sąd musi rozpatrzeć w ciągu 24 godzin. Od rozporządzenia wojewody też można się odwołać (na podstawie art. 63 ust. 1 ustawy o wojewodzie), ale sąd administracyjny wcale nie musi spieszyć się z wyznaczaniem terminu rozprawy. A jeśli wyznaczy ją po zakończeniu działania zakazu ruchu, prawdopodobnie sprawę umorzy jako bezprzedmiotową.

Organizator manifestacji w tym starciu z wojewodą nie ma szans.

Przy okazji: skojarzenie z miesięcznicami nie jest przypadkowe – policja ogrodziła wszystkie dojścia do ambasady takimi samymi metalowymi barierkami, którymi ogradza przemarsz uczestników miesięcznic, czy blokuje demonstrantom dostęp do Sejmu.

Także Adam Bodnar uznał, że wojewoda „wypaczył istotę wolności zgromadzeń. Nie można z góry cenzurować zgromadzeń, które nam się nie podobają”.

  • Zobacz wypowiedź Adama Bodnara

    „Nie można utrudniać przeprowadzenia zgromadzenia, wydając zarządzenie o zakazie ruchu w danym miejscu” – powiedział „Wyborczej” Adam Bodnar Rzecznik Praw Obywatelskich. – W ten sposób wypacza się istotę wolności zgromadzeń. Nie można z góry cenzurować zgromadzeń, które nam się nie podobają. Orzecznictwo mówi o tym, że zgromadzenia często prowokują, budzą niepokój, prowadzą do organizacji kontrmanifestacji, dotykają kwestii wrażliwych. Zawsze muszą być pokojowe, chociaż nie zawsze muszą mieć przekaz, który podoba się rządzącym. Natomiast policja, służby bezpieczeństwa i urząd miasta są od tego, aby na miejscu reagować. Od tego jest policja, aby zapewnić bezpieczeństwo i analizować sytuację na miejscu. Po to są urzędnicy miejscy, aby demonstrację rozwiązać, jeśli pojawi się zagrożenie. Urząd miasta, który widzi, że demonstrację zorganizowano zgodnie z prawem, nie może domniemywać i zastanawiać się: do czego to doprowadzi, jakie będą konsekwencje. To trzeba rozważać w trakcie manifestacji. Nie można od razu zakładać, że coś się może stać, i na tej podstawie podejmować rozstrzygnięć administracyjnych, które wypaczają ideę wolności zgromadzeń”. 

Demonstrowali trochę dalej

Mimo tych wszystkich utrudnień po godz. 17. w okolicy ambasady Izraela w Warszawie zgromadziło się kilkadziesiąt osób. Przedstawiciele Obywateli RP z transparentami „Jeśli stoję przed wyborem: naród czy prawda, naród czy wolność, wybieram wolność – Tomas Venclova”, „Tylko prawda nas wyzwoli – Jezus, Żyd, Król Polski” oraz „Jedwabne też nasze, tak jak Yad Vashem”.

Nieopodal stała grupka około dziesięciu narodowców transparentem „Stop antypolonizmowi i kłamstwom”.

Chodzi tylko o pieniądze

Narodowcy, którzy w końcu  odwołali pikietę, zwołali w Sejmie konferencję (kilku działaczy jest posłami, zostali wybrani z list Kukiz’15). Przekonywali, że Polska jest ofiarą zmasowanego ataku ze strony Izraela i środowisk żydowskich na całym świecie. Powód? Rzecznik ONR Tomasz Kalinowski powiedział wprost: chodzi o roszczenia finansowe Żydów, wobec których rząd PiS prezentuje postawę uległości.

Jeden z działaczy Młodzieży Wszechpolskiej zapowiedział: „To nie jest koniec naszej batalii. Jeżeli interes polski będzie wymagał obrony, to my takie manifestacje i pikiety będziemy organizować”. Tomasz Kalinowski oskarżył PiS o uległość wobec Izraela: „PiS kontynuuje politykę na kolanach, o którą oskarżał Platformę Obywatelską. Jest to postawa uległości, postawa na kolanach wobec szalejącego w Izraelu antypolonizmu”.

Nie pozostał w tyle lider Ruchu Narodowego poseł Robert Winnicki: „Polska będzie szantażowana kampanią zniesławiającą, jeśli nie zaspokoi roszczeń żydowskich. I mamy początek tej kampanii na wielką skalę. Wobec takiego zagrożenia państwo polskie nie może rozzuchwalać agresora. Ta sprawa roszczeń powróci do nas ze zdwojoną mocą”.

Przypływ antysemityzmu

Po tym, jak nowa ustawa o IPN wywołała falę krytyki na całym świecie – w mediach publicznych i społecznościowych pojawiły się skandalicznie antysemickie wypowiedzi. Badania pokazują, że od 2009 do 2017 roku w Polsce w szybkim tempie rosną postawy jawnie antysemickie. Michał Bilewicz, socjolog i autor najnowszych badań na temat antysemityzmu, powiedział OKO.press:

„Politycy wsiedli na rozpędzonego konia wtórnego antysemityzmu i próbują w ten sposób zjednać sympatię wyborców. To przypomina rok 1968.

Już w 1967 roku sondaże wykazywały w społeczeństwie silne postawy antysemickie. Moczar [Mieczysław, szef MSW w czasach Marca 1968, lider frakcji twardogłowej w PZPR – red.] wykorzystał ówczesne nastroje. Dziś politycy robią tak samo”.

Wygląda na to, że brunatny koń pędzi zbyt szybko, żeby z niego zejść – politycy PiS musieliby podjąć radykalną decyzję i na dobre z niego zeskoczyć, odcinając się od antysemityzmu i faszyzmu. Ale czy naprawdę tego chcą?


dziennikarz, filozof. Wcześniej pisał dla "Gazety Wyborczej". Za jeden reportaż był nominowany do nagród. Boksuje.
W OKO.press pisze o prawie i jego łamaniu.

Monika Prończuk
Monika Prończuk

Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce.
W OKO.press pisze o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym