Prawa autorskie: AFPAFP
21 października 2022

Wojna i pokój po afgańsku. Czy jest sposób na talibów?

Wiele grup oporu próbuje obalić w Afganistanie talibów. Ale dla Afgańczyków nastały czasy niepamiętanego od dziesięcioleci pokoju. Jaka strategia na zmianę sytuacji w kraju jest lepsza: wojna czy pokój? Jagoda Grondecka zbiera relacje i opinie

Latem zeszłego roku, gdy wojska międzynarodowej koalicji przygotowywały się do wycofania z Afganistanu, świat z niedowierzaniem obserwował blitzkrieg talibów. W ciągu pierwszych dwóch tygodni sierpnia zdobywali - często bez walki - prowincję za prowincją, by 15 sierpnia wkroczyć do Kabulu.

Prezydent Aszraf Ghani wraz z najbliższą świtą opuścił kraj. Żołnierze i policjanci zrzucali mundury i zostawiali na posterunkach broń, by jako cywile wrócić do domów. Zajęcie przez talibów Arg, Pałacu Prezydenckiego, oznaczało koniec przeszło 20-letniej epoki Islamskiej Republiki Afganistanu.

Pandższir też padł

Wciąż pozostawał jednak Pandższir. Najmniejsza z afgańskich prowincji, znana (częściowo zasadnie, częściowo na wyrost) z tego, że nigdy nie została podbita.

Trzy dni później Ahmad Masud, syn Ahmada Szaha Masuda, pandższirskiego mudżahedina z lat 90., ogłosił, że pójdzie w ślady swojego ojca i rozpocznie zbrojny opór przeciwko talibom.

Narodowy Ruch Oporu walczył przez kolejne trzy tygodnie, aż 6 września talibowie zajęli prowincję.

Najspokojniejszy rok w życiu

Ich zwycięstwo położyło kres 43-letniej wojnie, przynosząc - niezależnie od oceny ich rządów - nieznany wielu Afgańczykom spokój. 50-letni mieszkaniec Kabulu, sklepikarz, powiedział mi: to najspokojniejszy rok, jaki pamiętam.

Względna stabilizacja może okazać się jednak krucha. W Afganistanie wciąż tlą się ogniska rebelii i oporu wobec talibów.

"Zbrojną opozycję przeciwko talibom możemy podzielić na dwie duże grupy" - mówi Ibrahim Bahiss, analityk do spraw Afganistanu w International Crisis Group:

  • Pierwsza, to opozycja islamistyczną, w której bardzo dużym graczem jest Państwo Islamskie Chorasanu (Islamic State of Khorasan Province, ISKP).
  • Druga, to ruchy wywodzące się z Republiki, które popierają na przykład decentralizację i niektóre wartości demokratycznego państwa

Sukcesy na zdjęciach na Facebooku

Największym ugrupowaniem o republikańskiej afiliacji jest właśnie NRF - National Resistance Front, pod przywództwem Ahmada Masuda. Choć grupa oficjalnie określa się jako ruch o charakterze ogólnonarodowym, operuje przede wszystkich w regionach zdominowanych przez Tadżyków - prowincji Pandższir, dystryktach Andarab i Chost w prowincji Baghlan czy częściach Badachszanu. Dokonuje też okazjonalnych ataków na talibów w prowincjach takich jak Parwan i Kapisa.

"W ciągu ostatniego roku znacznie poszerzyliśmy obszar swojej działalności. Obecnie mamy około 4000 członków w dwunastu prowincjach kraju" - twierdzi Ali Maisam Nazari, szef ds. relacji międzynarodowych NRF.

Taktyka NRF opiera się głównie na partyzanckich atakach typu “hit and run”.

Członkowie grupy ulokowani są w górach, skąd okazjonalnie atakują talibskie oddziały i prędko wycofują. W ciągu roku działalności, grupie nie udało się zdobyć kontroli nad żadnym zamieszkałym terytorium. W ostatnim czasie afgańskie social media obiegła wiadomość o odbiciu z rąk talibów dystryktu Shekay w Badachszanie. Pozostawał on jednak w rękach NRF jedynie przez kilkanaście godzin.

"Shekay zdobyliśmy po to, by pokazać, że jesteśmy w stanie odbijać dystrykty, wycofaliśmy się, bo taka była nasza intencja" - twierdzi Nazari. Innego zdania jest jednak Bahiss. "Według naszych współpracowników w Badachszanie, wiele wskazuje na to, że dystrykt Shekay w ogóle nie został przejęty przez NRF i że był to kolejny atak typu «hit and run»”.

Niewątpliwą bazą NRF pozostaje Pandższir. Choć talibowie publicznie wypowiadają się lekceważąco o obecności i zdolnościach bojowych grupy, faktem jest, że w czerwcu do Pandższiru oddelegowanych zostało 10 tys. talibskich bojowników z całego kraju.

Obecnie w prowincji pozostało ich około 4000. "Fakt, że grupa przetrwała wszystkie dotychczasowe kontrofensywy talibów, świadczy o jej zdolności do oporu i przetrwania. Jednak na razie nie widzieliśmy dowodów, że mają siły zdolne do zdobywania terytoriów. A przecież siły te trzeba utrzymywać, bo talibowie wyślą posiłki" - podkreśla Bahiss.

Zdolności NRF do ekspansji prawdopodobnie ogranicza też agenda polityczna grupy.

Mimo wspomnianych deklaracji o inkluzywności odwołuje się ona przede wszystkich do roszczeń Tadżyków. A to może nie być przekonujące dla anty-talibskich Pasztunów czy Uzbeków.

Po co mamy walczyć z talibami?

Co ciekawe, wśród samych mieszkańców Pandższiru, których NRF przedstawia praktycznie jako monolit złożony wyłącznie ze swoich zwolenników, istnieją silne resentymenty - i nie wszyscy Pandższirczycy kibicują kolejnym walkom w swojej prowincji.

Mieszkańcy Dara Abdullah Khil, jednego z obszarów najmocniej dotkniętych konfliktem między talibami a partyzantami NRF, opowiadają, że ich życie po zajęciu doliny Pandższiru przez talibów przebiegało dość spokojnie. Zmieniło sie to dopiero, kiedy nasiliły się ataki ukrywających się w górach bojowników.

"Przez pierwsze kilka miesięcy było tu spokojnie, nie walczyliśmy z talibami, a oni nas nie dręczyli" - mówi 30-letni Mohammad Amin, który przez sześć lat był żołnierzem ANA, Afghan National Army.

"O co mieliśmy walczyć z talibami? Przez te wszystkie lata ciężko pracowaliśmy, poświęcaliśmy się, a ci pandższirczycy, którzy się na wojnie dorobili, nie tylko nic nam z tego nie dali. Wręcz się z nas śmiali" - twierdzi. - "A teraz uciekli z kraju z całym majątkiem, który zdobyli na naszej krzywdzie".

Skargi pochodzące od Pandższirczyków czy mieszkańców Andarab są o tyle zrozumiałe, że obie te grupy miały ogromną reprezentację w poprzednim rozdaniu politycznym - tłumaczy Bahiss. - Andarabczycy zdominowali sektor bezpieczeństwa w wielu północnych prowincjach, jak Kunduz, Baghlan czy części Tacharu. Teraz nie mają takiego poziomu władzy. Z drugiej strony, bardzo wielu zwykłych mieszkańców tych społeczności nijak nie skorzystało na potędze, jaką miały elity. Dziś mówią: chcemy po prostu żyć, nie mamy żadnych silnych uczuć wobec jednej czy drugiej strony sporu. Z tego samego powodu przekaz NRF nie trafia zbyt mocno do mieszkańców Badachszanu, którzy z kolei często żywią żal do Pandższirczyków. "Pandższir nie jest rozmiarów nawet jednego dystryktu w Badachszanie" - mówią - a zajęliście 90 proc. całej reprezentacji Tadżyków w rozdaniu politycznym.

Brak zagranicznego wsparcia

Choć Ahmad Masud często odwołuje się do dziedzictwa politycznego i militarnego swojego ojca, pomiędzy przywódcami widać kilka znaczących różnic. Po pierwsze, Ahmad Szah Masud nigdy nie opuścił Pandższiru, gdzie zginął, podczas gdy jego syn wyjechał z Afganistanu we wrześniu, dowodząc antytalibską rebelią na odległość. Nie jest nawet jasne, gdzie się znajduje. "Ahmad Masud podróżuje i nie przebywa na stałe w jednym miejscu ze względów bezpieczeństwa" - powiedział Ali Maisam Nazari.

Według osób blisko związanych z ruchem, które chcą jednak zachować anonimowość, większość czasu Masud spędza w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Tadżycki wywiad ma jednak uważnie monitorować aktywność liderów NRF, co wywołuje u dowództwa grupy frustrację w związku z brakiem oczekiwanego wsparcia - dowiedziało się OKO.press. To właśnie druga fundamentalna różnica pomiędzy NRF a dowodzonym przez Masuda w latach 90. Sojuszem Północnym - ten ostatni był w otwarty sposób wspierany przez inne kraje regionu, jak Indie.

Brak zewnętrznego wsparcia - politycznego, finansowego czy logistycznego - znacząco zmniejsza szanse powodzenia.

"Nie mamy wsparcia od żadnego państwa. Nasze działania są finansowane z dobrowolnych wpłat Afgańczyków w kraju i poza nim, w tym zamożnej diaspory" - potwierdza Nazari. Bahiss zauważa, że to właśnie afgańska diaspora jest główną grupą popleczników NRF. Mieszane reakcje w ostatnich dniach wywołało jednak spotkanie Ahmada Masuda z Hamidem Mohibem, byłym doradcą prezydenta Ghaniego ds. bezpieczeństwa narodowego (przed rozpoczęciem błyskotliwej kariery politycznej pracował jako grafik w Wielkiej Brytanii). Powszechnie uważa się go za jednego z najbardziej skorumpowanych i niekompetentnych afgańskich polityków.

Według Nazariego, do grupy przyłączają się również talibscy dowódcy, którzy opuścili swoje szeregi, “ponieważ stracili nadzieje w związku z talibami”. Jako przykład wskazuje dezercje w szeregach talibów w Badachszanie. W istocie, w ciągu ostatniego roku kilkakrotnie doszło do buntu talibskich dowódców, jednak powodem były konflikty o kontrolę zasobów. Najbardziej znanym przykładem jest Mawlawi Mehdi. Odszedł z szeregów talibów i zbuntował przeciwko nim po tym, gdy zaczęli centralizować podatki i wpływy m.in. z wydobycia węgla. Mehdi od lat kontrolował bowiem kopalnie w dystrykcie Balchab w prowincji Sar-e Pul. Ostatecznie miał zostać zabity podczas próby przekroczenia irańskiej granicy.

AFF, byli afgańscy wojskowi

Innym ugrupowaniem na mapie afgańskiej zbrojnej opozycji jest Afghanistan Freedom Front. Swoje zawiązanie grupa ogłosiła w marcu, wraz z początkiem tradycyjnego wiosennego sezonu walk. Jej przywódcą jest generał Yasin Zia, Tadżyk, były szef afgańskich sił zbrojnych, a w latach 90. współpracownik Ahmada Szaha Masuda w prowincji Tachar. Według komunikatu AFF, jego celem jest “przywrócenie prawa i porządku” poprzez opór przeciwko talibom wywołany opresją afgańskiego społeczeństwa i ich związkami z grupami terrorystycznymi.

O działaniach AFF nie wiadomo wiele - grupa ma konta w mediach społecznościowych, gdzie regularnie wrzuca informacje o kolejnych atakach, od Badachszanu po Kandahar. Jednak ich wiarygodność trudno zweryfikować. Talibowie potwierdzili jeden atak grupy na swoich członków w prowincji Tachar. Według Ibrahima Bahissa, AFF zdarza się współpracować z NRF w dystrykcie Andarab. "Słyszymy też jednak raporty o rywalizacji tych dwóch grup między sobą" - dodaje.

Grupą docelową, wśród której rekrutuje AFF, są byli żołnierze afgańskich sił zbrojnych. "To szersza grup, niż ta, do której trafia NRF. Jednak przez rok nie byli w stanie tego wykorzystać. Nie wiadomo więc, czy uda im się odnieść jakikolwiek sukces, zanim ludzie, którzy walczyli przeciwko talibom przez ostatnie 20 lat, przestaną się utożsamiać z armią".

Afgański Ruch Wyzwolenia

Najbardziej znaczącą zbrojną grupą oporu o pasztuńskiej proweniencji jest Afghanistan Liberation Movement (ALM), czasem przedstawiany jako Afghanistan Islamic and National Liberation Movement. Grupa ogłosiła swoje istnienie w komunikacie wysłanym do dziennikarzy w lutym 2022. Jej przywódcą jest Abdul Matin Sulaimankheil, dowódca sił zbrojnych Republiki, który kilka miesięcy przed zajęciem kraju przez talibów miał zostać przymusowo odesłany na wcześniejszą emeryturę.

W szeregach ALM walczą przede wszystkim byli członkowie afgańskiej armii, policji, wywiadu (NDS - National Directorate of Security) i sił specjalnych. "Są wśród nas także aktywiści, prawnicy, sędziowie" - mówi Nasir Waziri, odpowiedzialny za relacje międzynarodowe. "Jesteśmy obecni w 28 prowincjach, między innymi Kabulu, Kandaharze, Helmandzie, Ghazni, Nuristanie czy Balchu. Poza walką z talibami prowadzimy działalność charytatywną, w tym ośrodki edukacyjne dla chłopców i dziewcząt".

Jeden z dowódców grupy Khalid Aziz - przekazał OKO.press w wiadomości głosowej via Whatsapp: “Morale żołnierzy są bardzo wysokie. Zaczęliśmy tę wojnę z wysoką energią i będziemy do końca walczyć o wolność od terrorystów”.

Wiele grup, brak współpracy

Podstawowym wyzwaniem dla afgańskich grup oporu może okazać się przede wszystkim brak współpracy. Poza wymienionymi wyżej przykładami, na dzień dzisiejszy wiemy jeszcze o istnieniu takich ugrupowań, jak: Liberation Front of Afghanistan, Freedom Corps (działający w prowincji Tachar, a więc tam, gdzie operuje także NRF), hazarski Freedom and Democracy Front. Działania na polu walki większości z nich są jednak bardzo ograniczone i trudne do zweryfikowania.

Poza ruchami o charakterze stricte partyzanckim, wyłoniły się także opozycyjne ruchy polityczne.

Najbardziej znaczące to National Resistance Council, powstała w Ankarze rada złożona głównie z figur politycznych z lat 90., piastujących wysokie stanowiska także w Republice, jak uzbecki gen. Marszal Dostum. Przed kilkoma dniami powstanie nowego stronnictwa - Afghanistan National Movement for Peace and Justice - ogłosili były minister spraw zagranicznych, Hanif Atmar, i szef wywiadu Masum Stanekzai.

"Wszystkie te grupy prowadzą osobną partyzantkę, pod względem wartości łączy je niewiele poza nienawiścią do talibów. W niektórych przypadkach widzieliśmy pewną ograniczoną współpracę, ale także rywalizację, na przykład o zasoby. Nawet jeśli udałoby im się rozszerzyć swoją działalność, nie wiadomo, czy będą w stanie ze sobą współpracować. Wszystko może się skończyć wojną domową" - ostrzega Ibrahim Bahiss. "Nawet, gdyby talibowie cudownie zniknęli, powstaje próżnia".

Dojdzie do starcia między “republikanami” a opozycją islamistyczną, czyli Państwem Islamskim Chorasanu, które pod względem swojego potencjału może przewyższać nawet NRF.

Państwo Islamskie Chorasanu

Państwo Islamskie Chorasanu (ISKP) było aktywne w Afganistanie od roku 2014/2015, kiedy pakistańska operacja wojskowa Zarb-e Azb w Waziristanie przegoniła bojowników na zachodnią stronę granicy. W pewnym momencie grupa opanowała nawet terytorium w prowincjach Nangarhar i Kunar na wschodzie kraju. Ramię w ramię zwalczała ją wówczas międzynarodowa koalicja, armia afgańska i talibowie. Ostatecznie Daesz, jak brzmi arabski akronim grupy używany przez Afgańczyków, pozbawiono terytorium, grupa kontynuowała jednak działalność.

Przed 15 sierpnia 2021 Rada Bezpieczeństwa ONZ szacowała liczbę jej członków między 500 a 1500. Gdy talibowie zajmowali Kabul, otworzyli jednak więzienia Bagram i Pul-e Czarchi. Uciekło z nich 2 tys. bojowników ISKP. "Prawdopodobnie wrócili do szeregów. A bezwzględna kampania talibów nie tylko przeciwko domniemanym bojownikom, ale też salafitom w ogóle, mogła pomóc w rekrutowaniu nowych członków. Według moich szacunków [ISKP] może mieć teraz 4,5-5 tys. członków" - mówi analityk Riccardo Valle, współzałożyciel platformy “The Khorasan Diary” monitorującej aktywność grup terrorystycznych w tym regionie.

W ciągu ostatniego roku ataki ISKP koncentrowały się na celach cywilnych.

Z wyjątkiem dużego i dobrze skoordynowanego zamachu na szpital wojskowy w Kabulu (zginęło w nim kilku wysokich rangą talibskich oficjeli), grupa atakowała przede wszystkim mniejszości religijne, Sikhów i szyitów. "ISKP wyjątkowo strategicznie podważa narrację talibów. Atakując miękkie cele, pokazują, że talibowie nie są zdolni do zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom" - analizuje Ibrahim Bahiss.

Valle podkreśla, że celem dżihadystów jest właśnie zdyskredytowanie talibów.

"Propaganda Państwa Islamskiego Chorasanu przedstawia talibów jako marionetki Zachodu i regionalnych mocarstw. Z drugiej strony, ISKP ma być jedynym ugrupowaniem w regionie, które walczy o prawa muzułmanów. Zaadaptowali też na swoje potrzeby krytykę talibów jako ruchu monoetnicznym i suprematystycznego. Te argumenty kierują przede wszystkim do Tadżyków i Uzbeków, próbując wzniecić podziały etniczne i religijne".

Materiały propagandowe Al-Azaim, medium ISKP, zaczęły być też tłumaczone na coraz więcej regionalnych języków. Poza dari i paszto ukazują się one między innymi w urdu, hindi, tamilskim, malajskim, uzbeckim, a nawet rosyjskim i angielskim. "To niebezpieczne o tyle, że może pomóc w znalezieniu rekrutów. Oraz inspirować ataki w krajach, do których dociera propaganda" - ostrzega Valle.

Zdaniem Ibrahima Bahissa, choć wielu Afgańczyków nie popiera talibów, to toleruje ich. "Afgańczycy są bardzo zmęczeni wojną. Wiele osób nie popierało Republiki. Teraz nie popierają talibów, ale szukają stabilizacji i spokoju. Myślą: »okej, przynajmniej wy trzymacie władzę, a my możemy żyć dalej«".

Partyzantka nie pomoże

Akademik Obaidullah Baheer, wykładowca Amerykańskiego Uniwerystetu w Afganistanie, uważa, że

"droga do długotrwałego pokoju w Afganistanie prowadzi raczej przez próby dialogu z talibami i poprawiania sytuacji bytowej mieszkańców".

"Niewygodna prawda jest taka, że talibowie są ruchem organicznym. Ich członkowie są rekrutowani spośród Afgańczyków. Oznacza, że nawet gdybyśmy znaleźli jakiś sposób, żeby odsunąć ich od władzy, problemu to nie rozwiąże. Dopóki brakuje edukacji, szansy na dobre życie w Afganistanie, zawsze będą powody, by młodzi ludzie się radykalizowali" - podkreśla.

"Powinniśmy wykorzystać okazję, że aktywny konflikt się zakończył. Wbrew temu, co może wynikać z social mediów, w większości miast, prowincji, dystryktów, jest bezpieczniej niż przez ostatnie 40 lat.

Musimy zrobić dwie rzeczy:

  • Po pierwsze, wykorzystać dostęp do tych miejsc i spróbować zmienić na lepsze życie ich mieszkańców.
  • Po drugie, kontynuować zaangażowanie w dialog z talibami i podważyć wykluczającą obie strony narrację prowadzoną przez ostatnie 20 lat.

Dopóki naród nie pojedna się, odmienne wizje talibów i mieszkańców miast nie zostaną zsyntetyzowane w jedną, akceptowalną dla wszystkich, będziemy mieć kolejne napięcia. Zawsze istnieją drogi poza skrajnościami" - mówi Baheer.

Udostępnij:

Jagoda Grondecka

Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich, współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne