Partia rządząca już najwyraźniej pogodziła się z tym, że w Gdańsku nie może wygrać – próbuje więc zrobić teraz z miasta teren antypolski i proniemiecki. Wobec Gdańska trwa operacja na dużą skalę. Ma pokazać wyborcom PiS i wszystkim Polakom, że za brak uległości wobec PiS trzeba zapłacić wysoką cenę

Gdańsk nie jest antypolski, jak sugerują ostatnio prawicowi publicyści. Gdańsk jest antypisowski. I wyrasta na stolicę polskiej opozycji. To z tego powodu prawica usiłuje go osłabić, a przynajmniej ograniczyć oddziaływanie na resztę kraju.

Fabrykuje dowody mające świadczyć o proniemieckości Gdańska, bo za pomocą tego argumentu wytłumaczyć wysokie poparcie mieszkańców dla opozycji i opór wobec rządu.

Gdańszczanie płacą dziś

  • za poparcie dla działań swoich prezydentów: Pawła Adamowicza i Aleksandry Dulkiewicz;
  • za wyniki wyborów, także tych ostatnich, do PE, w których Koalicja Europejska zdobyła największe poparcie właśnie w Gdańsku;
  • za zorganizowanie jubileuszu Trybunału Konstytucyjnego i obchodów rocznicy wolnych wyborów 4 czerwca;
  • za obywatelskie nieposłuszeństwo wobec rządu.

Partia rządząca już najwyraźniej pogodziła się z tym, że w Gdańsku nie może wygrać – próbuje więc zrobić teraz z miasta teren antypolski i proniemiecki.

Po pierwsze: ma to wyjaśniać opór Gdańska wobec PiS-u, po drugie: dawać podstawy (emocjonalne) do działań przeciwko gdańskiemu samorządowi (które będą tłumaczone krzewieniem polskości), po trzecie: edukować resztę samorządowców.

Sprawa Westerplatte jest wyłącznie fragmentem znacznie większej rozgrywki. Jej cel to osłabienie punktów oporu wobec centralnych władz.

Niemiecka Republika Gdańska, czyli post Krystyny Pawłowicz

Artykuł „Wojna Gdańska z Polską” z pierwszego lipcowego numeru tygodnika „Sieci” (reklamowanego na okładce słowami: „Wstrząsający reportaż. Dlaczego opozycja kultywuje tradycję Wolnego Miasta Gdańska?”) to sygnał otwarcia kolejnego etapu walki rządu z Gdańskiem.

Rozpoczęła ją w kwietniu 2016 roku informacja ministra kultury w Dzienniku Urzędowym o planowanym połączeniu powstającego wtedy Muzeum II Wojny Światowej z nieistniejącym jeszcze Muzeum Westerplatte i Wojny 1939.

Takie połączenie oznaczałoby zmianę koncepcji placówki, na którą nie zgadzały się zarówno osoby zaangażowane w projekt Muzeum II WŚ (np. członkowie Rady Powierniczej), jak i osoby przekazujące do tego muzeum pamiątki z czasów wojny – natychmiast po pojawieniu się informacji ministra część z nich chciała wycofać swoje depozyty.

Zaprotestował także prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Od tego momentu relacje między Gdańskiem a rządem PiS układały się coraz gorzej, bowiem władze miasta nie wykazywały się oczekiwaną uległością.

W październiku 2016 to właśnie w Gdańsku Trybunał Konstytucyjny obchodził jubileusz 30-lecia istnienia. W reakcji na te uroczystości po raz pierwszy tak głośno wybrzmiała publicznie narracja o antypolskości Gdańska.

Posłanka PiS Krystyna Pawłowicz napisała w poście na Facebooku:

Dlaczego Gdańsk „walczy z Polską”? Bo nie popiera PiS-u

Wpis wywołał tak duże oburzenie, że posłanka po pewnym czasie go usunęła. Jeśli jednak przyjrzymy się temu postowi bez emocji, zobaczymy, że zawiera on wszystkie wykorzystywane do dziś elementy antygdańskiej narracji.

Po pierwsze: Gdańsk, a w zasadzie jego władze, są proniemieckie, dążą do autonomii miasta wobec Polski, a może nawet do przyłączenia go do Niemiec.

Po drugie: skoro mieszkańcy Gdańska zgadzają się na tego rodzaju działania, to znaczy, że coś z nimi nie tak. Co? Odpowiedź jest typowa dla myślenia pisowskiego: skoro nie popierają rządu PiS, nie są prawdziwymi Polakami.

Bo, jak wiemy z wielu innych wypowiedzi prawicowych polityków, PiS to Polska, a więc kto przeciwko PiS, ten przeciwko Polsce.

Te dwa elementy narracji funkcjonują do dziś, a mniej lub bardziej merytoryczne argumenty mają za zadanie je uprawdopodobnić. Narracja może nie byłaby wykorzystywana tak intensywnie, gdyby nie brak oczekiwanej w Warszawie uległości gdańszczan wobec władz centralnych.

Konflikty, które zaczęły się w 2016 roku, nasiliły się w 2019 roku. Już w styczniu pogrzeb tragicznie zmarłego prezydenta Pawła Adamowicza stał się swoistą demonstracją Polski antypisowskiej. To właśnie wtedy wybrzmiała publicznie krytyka wobec obecnych władz kraju.

Chwilę później pojawiła się informacja, że w Gdańsku, m.in. z inicjatywy Donalda Tuska, zorganizowane zostaną obchody 30. rocznicy wolnych wyborów 4 czerwca. Do tego doszedł konflikt w sprawie gdańskiego Europejskiego Centrum Solidarności – placówki samorządowej, współfinansowanej przez Ministerstwo Kultury.

Resort wycofał swoją trzymilionową dotację, a potem zaproponował, że jednak da te pieniądze, jeśli miasto zgodzi się na zmiany w ECS. Nawet to nie skłoniło Gdańska do uległości: propozycję odrzucono, a potem ogłoszono zbiórkę publiczną na ECS i zebrano prawie dwa razy tyle, ile dałoby ministerstwo.

W tym samym czasie prezydent Andrzej Duda ogłosił, że 1 września, kiedy przypada 80. rocznica wybuchu II wojny światowej, w Polsce odbędą się uroczystości o formacie światowym – gościem  ma być m.in. prezydent USA Donald Trump. Część obchodów ma się odbyć na Westerplatte.

Ryzykowne, jeśli spojrzeć na trudne relacje między władzami centralnymi a Gdańskiem w ostatnich latach. PiS musiał znaleźć sposób na zapewnienie sobie kontroli nad sytuacją. Walczył o to na kilka sposobów.

Prawicowe potyczki z Gdańskiem

29 marca wojewoda pomorski wydał NSZZ „Solidarność” zgodę na organizowanie zgromadzeń cyklicznych na Placu Solidarności (czyli przed ECS, tam gdzie miały się odbyć uroczystości 4 czerwca) przez 3 lata, w dniach: 10 kwietnia, 3 maja, 4 czerwca, 14 sierpnia, 11 listopada.

Oznaczało to, że we wszystkie te dni do 2021 roku plac będzie dostępny tylko na zasadach określonych przez „S”. Pełna blokada dla opozycji, jako że „S” jest dziś jednoznacznie prorządowa. Jednak władze Gdańska nie zrezygnowały i odwołały się do sądu (a ten 10 czerwca uchylił decyzję wojewody).

Nie czekając na orzeczenie 29 kwietnia Aleksandra Dulkiewicz ogłosiła plan obchodów rocznicy 4 czerwca (11 dni spotkań, debat i imprez). Już wtedy było wiadomo, że to święto będzie kolejną okazją dla opozycyjnej Polski do zademonstrowania swoich poglądów – wszak swoje przemówienie zapowiedział Donald Tusk.

PiS spróbował więc z innej flanki: 8 maja, zaledwie kilka dni po konferencji prasowej nt. obchodów 4 czerwca, do Sejmu trafił poselski projekt specustawy dotyczący Westerplatte. Wywłaszcza ona teren Westerplatte spod zarządu władz Gdańska, bo odbiera miastu własność terenu i zezwala na budowę muzeum wg pomysłu rządu. Właśnie przegłosowano ją w Sejmie.

Ale na specustawie działania antygdańskie wcale się nie kończą. Od 11 maja sprawa antypolskości władz tego miasta i sytuacji Westerplatte stała się przedmiotem ciągłego zainteresowania dziennikarzy prorządowego portalu wpolityce.pl.

Do 5 lipca, czyli przez niecałe 2 miesiące, zamieszczono ponad 30 artykułów na ten temat, w tym jedynie 5 lipca do godz. 14:00 – 8 materiałów. Treści są zawsze krytyczne wobec władz miasta: poczynając od tego, że „Dulkiewicz walczy z rządem i pomaga Tuskowi w kampanii” (Jerzy Jachowicz, 15 maja), przez: „Gdańsk jest niegodny, by władać Westerplatte” (art. Andrzeja Potockiego z 30 maja), po: „O nurkowaniu w szambie. Tak wygląda gdański »dialog« nt. Westerplatte” (5 lipca, Marcin Wikło).

Lipcowa publikacja tygodnika „Sieci”, razem z bulwersującą okładką, na której przedstawiono Aleksandrę Dulkiewicz, Donalda Tuska i Pawła Adamowicza na tle m.in. flag ze swastykami, to więc tylko jeden z elementów antygdańskiej operacji informacyjnej.

„Antypolskie” rondo, tramwaje i… pisarze

Co ciekawe, oba źródła („wpolityce.pl i „Sieci”) kreując tę narrację, „mówią Braunem”. Grzegorzem Braunem oczywiście. W styczniu i lutym, gdy konflikty między centralą a Gdańskiem nabrały tempa, trwała kampania wyborcza na prezydenta Gdańska po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza.

Jednym z nielicznych kandydatów był właśnie Grzegorz Braun, reprezentujący skrajną prawicę. To on podczas konferencji prasowych zwracał uwagę mediom na „antypolskość” i „proniemieckość” w Gdańsku.

Głównym dowodem miał być fakt, że w listopadzie 2018 jedno z rond w tym mieście zostało nazwane: Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk – Rzeczpospolita Polska (1920-1939). Rondo leży w dzielnicy Kokoszki, o nadanie mu tej nazwy wystąpiło Stowarzyszenie Przyjaciół Dzielnicy Kokoszki, a w jego pobliżu przed II wojną światową rzeczywiście przebiegała granica między WMG a RP. Na rondzie postawiono  niewielki (wysokości 60 cm) słup graniczny z tamtego okresu.

To nie jedyne upamiętnienie tej granicy na obszarze Pomorza i Kaszub (wersalski kamień graniczny mamy np. w Wierzbnie). Dla mieszkańców pamięć o tej granicy ma wymiar także propolski – bo choć Wolne Miasto Gdańsk w XX-leciu międzywojennym było w dużym stopniu zamieszkane przez Niemców, ustanowienie WMG było pierwszym od 1793 r. momentem, gdy obszar ten wyjęto spod zwierzchnictwa Prus (WMG było kontrolowane przez Ligę Narodów).

Właśnie wtedy doszła do głosu świadomość narodowa miejscowych Polaków. Dla nich było to ważne rozróżnienie: że Wolne Miasto Gdańsk to nie Prusy, a później, do 1 września 1939 –  nie hitlerowska Rzesza.

Dla prawicy jednak nazwa ronda i upamiętnienie granicy to świadectwo antypolskości. Uważa tak nie tylko Grzegorz Braun, ale i autorzy reportaży w tygodniku „Sieci”.  Inne ich argumenty świadczące o „niemieckości” Gdańska mają podobną jakość.

Ot, choćby ten, powtarzany w prawicowych publikacjach wielokrotnie: że za prezydentury Pawła Adamowicza części gdańskich tramwajów przywrócono przedwojenne kolory (kremowy z niebieskimi detalami). Przedwojenne, czyli z czasów Wolnego Miasta Gdańska, czyli z okresu „niemieckiego porządku w mieście”. A więc – antypolskie! (Co ciekawe, niebiesko-białe trolejbusy jeżdżą od lat w Gdyni, ale tam antypolskie nie są).Według prawicy to jeden z elementów kultu Wolnego Miasta Gdańska, który ponoć rozwija się intensywnie.

Inne dowody? Patroni tramwajów. Władze Gdańska nadały składom patronów, nawiązując do historii miasta. Znaleźli się wśród nich, o zgrozo – Niemcy! Jeden z nich, biochemik Adolf Butenandt, noblista (odkrył progesteron i testosteron), jak się okazało podpisał przysięgę wierności Hitlerowi.

Usunięto go z grona patronów, ale to prawicy nie wystarczyło. Sam fakt wskazania go dowodzi podobno antypolskości. Niewłaściwa jest też inna postać: Johann Georg Adam Forster, światowej sławy XVIII-wieczny przyrodnik i podróżnik.

Ponieważ w swoich pismach wypowiadał się krytycznie o Polakach, wg prawicy nie zasługuje na upamiętnienie nawet jako patron tramwaju – mimo wielkich zasług dla nauki i związków z Gdańskiem. Tramwaje są w ogóle na cenzurowanym, ponieważ część z nich to kupione przez miasta pojazdy, które wcześniej były użytkowane w Dortmundzie. Znowu Niemcy!

Kolejne dowody: na odremontowanym budynku Poczty Gdańskiej pojawił się historyczny napis „Postamt” – oczywiście w języku niemieckim. Do tego Gdańsk z honorami traktuje pisarza, urodzonego w Gdańsku noblistę Güntera Grassa (skandal, Grass służył w Waffen SS!), a gdańskie elity inspirują się Grassem (wymieniono pisarzy: Pawła Huelle i Stefana Chwina).

Problematyczna jest nawet gdańska nagroda im. Martina Opitza, bo Opitz to poeta, znowu, niemiecki. Co prawda był hagiografem króla Polski Władysława IV Wazy, ale, jak piszą autorzy reportażu, „kolaborował ze Szwedami”.

Czy tylko w Gdańsku „gloryfikują Niemców”?

Kiedy czytałam reportaż o „niemieckim Gdańsku”, akurat byłam w Toruniu. Postanowiłam sprawdzić, czy argumenty na tym samym poziomie można by znaleźć także w tym mieście. Nie musiałam długo szukać – wystarczyło przejść się po Starym Mieście, by znaleźć „dowody” na to, że Toruń antypolskim miastem jest!

Oczywiście piszę to z ironią, przez to absurdalne porównanie chcę pokazać jakość argumentacji w narracji przeciwko Gdańskowi. Tak się składa, że Toruń, podobnie jak Gdańsk, ma w swojej historii silne związki z Niemcami – należał bowiem do hanzy niemieckiej, znaczącego związku kupieckich miast.

To był czas najszybszego rozwoju Torunia. W drugiej poł. XIV w. niemiecka Hanza stała się organizacją polityczną, a w XV w. Toruń był nawet autonomiczną republiką miejską Respublica Thorunensis.

Czy władze Torunia nawiązują do tego „niemieckiego” okresu historii miasta? Oczywiście. W latach 2007-2011 miasto zrealizowało projekt unijny „Toruń – Hanza nad Wisłą”. Na głównym deptaku Starego Miasta prezentowane są herby miast kupieckich, z którymi współpracował średniowieczny Toruń.

Gros z nich to miasta niemieckie, mamy więc m.in. herb Dortmundu, Erfurtu, Norymbergi, Kolonii, Hamburga. Na tym nie koniec. Na rynku znajduje się kamienny zdrój upamiętniający XVI-wiecznego burmistrza Henryka Strobanda, który był wybitnym intelektualistą, ale też aktywnym uczestnikiem życia politycznego Prus Królewskich. A Prusy to Niemcy, wiadomo.  Stworzył też Gimnazjum Akademickie w Toruniu – stało na bardzo wysokim poziomie naukowym, ale było protestanckie!

Na innej kamienicy na Starym Mieście można znaleźć tablicę poświęconą innemu burmistrzowi Torunia – Janowi Godfrydowi Roesnerowi (XVIII w.). On też nie był Polakiem ani katolikiem. Ciąży na nim oskarżenie zakonu jezuitów z tzw. tumultu toruńskiego, że nie podjął działań w obronie gmachu kolegium jezuickiego, zaatakowanego przez mieszczan. Skazano go na śmierć, a przed śmiercią dano szansę, by się nawrócił na katolicyzm, z czego nie skorzystał.

Czy już możemy napisać, że władze Torunia promując takie postacie i niemieckie miasta, promują niemieckość? Możemy – choć, tak samo jak w przypadku Gdańska, będzie to nieprawda. Bo w obu tych miastach obok wymienionych elementów jest mnóstwo miejsc pamięci związanych bezpośrednio z Polską. Nie trzeba udawać, że w historii tych miast nie było związków z Niemcami, aby jednocześnie czcić wydarzeni ważne dla Polaków. Tylko ktoś patrzący bardzo wybiórczo może tego nie zauważyć.

Osłabić miasto i usadzić zbuntowany samorząd

Po co prawicy atak na Gdańsk? Przede wszystkim po to, by ograniczyć wpływ wydarzeń w tym mieście na resztę kraju. PiS prawdopodobnie nie wierzy już w swoje zwycięstwo w tym okręgu, dlatego zdecydował się poświęcić lokalne wyniki wyborcze na rzecz opanowania sytuacji na terenie całego kraju.

Jubileusz Trybunału Konstytucyjnego, pogrzeb Pawła Adamowicza, obchody rocznicy wyborów 4 czerwca – to nie są wydarzenia, które przeszły bez echa. Były na tyle istotne, że dotarły do wyborców PiS, zostały też odnotowane przez media zagraniczne. Tysiące Polaków o antypisowskich poglądach na ulicach Gdańska – to musiało zrobić wrażenie.

PiS dziś robi wszystko, by te nastroje nie zaraziły reszty Polaków. W tym celu udowadnia, że Gdańsk jest antypolski i dlatego wspiera opozycję. Można by powiedzieć językiem PiS-u: kto jest za Gdańskiem, ten przeciwko Polsce!

Po drugie: sytuacja Gdańska ma unaocznić wszystkim samorządowcom, co się stanie, gdy nie będą posłuszni. Specustawy zabierające miastu ważne tereny, cofanie dotacji budżetowych, niekorzystne decyzje wojewody. Nie każdy samorządowiec zdecyduje się na coś takiego. PiS liczy, iż część pragmatycznie pomyśli, że jednak trzeba przycichnąć i zrobić, co władza każe.

Antygdańska narracja doskonale wpisuje się też w pisowską opowieść o złych, antypolskich elitach, złych Niemcach i jeszcze gorszym Donaldzie Tusku – w której to opowieści oni wszyscy działają przeciwko pokrzywdzonej prawdziwej Polsce, a jedynym jej wybawicielem jest PiS.

To nie przypadek, że w reportażu w tygodniku „Sieci” obrywa się nie tylko władzom Gdańska czy Donaldowi Tuskowi, ale również nobliście Grassowi i polskim pisarzom. To nie przypadek, że odpowiedzialnością za antypolskość obarcza się „gdańskich liberałów” (w domyśle: liberalne elity), bo to właśnie oni potrafią publicznie buntować się przeciw pomysłom rządu wobec Gdańska.

Także teraz list otwarty przeciw zawłaszczaniu Westerplatte napisali gdańscy naukowcy. Stwierdzili w nim: „Dyskredytowanie wszystkich działań [edukacyjnych] i to jeszcze z wykorzystywaniem sugestii, jakoby Gdańsk, jego mieszkańcy i władze nie byli wystarczająco patriotyczni oraz odpowiedzialni, uznajemy za kolejny przykład, nieakceptowalnej z punktu widzenia ładu społecznego, realizacji własnych interesów politycznych przez stronę rządową.

Westerplatte jest wspólnym dobrem. Niezwykle ważnym dla Gdańska, Polski i Europy. Wsparcie dla podkreślenia jego znaczenia nie wymaga uderzania w kolejną instytucję kultury, nie powinno prowadzić do ograniczania uprawnień samorządu i nie może odbywać się przy pomocy »siłowych« rozwiązań prawnych (specustawa).”

Pod listem już w pierwszych dniach podpisało się ponad sześćset osób. Otwarty protest przeciwko nagonce medialnej, której celem jest dyskredytowanie Gdańska, napisała też Henryka Flisykowska-Kledzik, przewodnicząca Koła Rodzin b. Pracowników Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku.

Gdańsk się nie poddaje. Stawia opór nie wobec Polski, lecz wobec PiS-u. Rządzący nie są w stanie się z tym pogodzić. Ich reakcja pokazuje  jak bardzo boli ich ten opór.


Analizuje funkcjonowanie polityki w sieci. Specjalistka marketingu sektora publicznego, pracuje dla instytucji publicznych, uczelni wyższych i organizacji pozarządowych. Kilka lat temu była dyrektorką biura białostockiego posła PO Roberta Tyszkiewicza. Dla OKO.press pisze jako autorka zewnętrzna.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym