W środku wakacji rektorzy dostali 18 godzin na skomentowanie propozycji ustawy, która cofa licencję na prowadzenie programów gender studies. W mediach publicznych o gender studies od rana do wieczora debatowali celebryci, a nawet kucharze. Do rozmowy rzadko zapraszano ludzi, którzy mają o tym jakiekolwiek pojęcie. Po co Orbánowi ta wojenka? To proste

„Przeciwko ustawie protestowało m.in. zgromadzenie rektorów. W odpowiedzi węgierski komitet akredytacyjny wydał stoickie stanowisko, w którym stwierdził, że przecież nikt nie pytał ich o zdanie”.

„W polityce wewnętrznej jest to atak na naukę i uniwersytety, które wciąż są wolnymi wyspami. Węgierska Akademia Nauk jest właśnie taką wolną wyspą, w której ludziom płaci się za to, żeby myśleli”.

„Naprawdę uważam, że to najwyższy czas żebyśmy zaczęli myśleć krytycznie o naszej roli i odpowiedzialności. I nie chodzi mi tu o obwinianie ofiary, ale myślenie w przód  o przyszłych strategiach. Nie możemy na zawsze zostać w roli pokrzywdzonych. Wtedy z pewnością przepadniemy” mówi prof. Andrea Pető.

Wymuszona przeprowadzka Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego (CEU) z Budapesztu do Wiednia to niejedyna ingerencja Victora Orbána w niezależność szkolnictwa wyższego. 15 października 2018 roku rząd wydał decyzję o cofnięciu licencji dla programu „Gender Studies” na węgierskich uczelniach.

Węgierscy komentatorzy spekulują, że nie chodzi tylko o atak na instytucje, nad którymi Orbán jeszcze nie ma kontroli. Uważają, że Fidesz wyczerpał paliwo antyuchodźczej retoryki. Nowymi wrogami publicznymi mają być abstrakcyjne i obco brzmiące „Gender studies” i osoby bezdomne*.

To nie wszystko. Prof. Andrea Pető uważa, że cofnięcie licencji to sprytne narzędzie polityki zagranicznej i rozgrywanie Komisji Europejskiej. O nowych i starych zagrywkach Orbána rozmawiamy z szefową departamentu Gender Studies na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim.


*Kryminalizacji bezdomności poświęcimy osobny tekst w ramach cyklu „OKO na Węgry”. Do tej pory prosto z Budapesztu pisaliśmy o obchodach rocznicy rewolucji ’56 i przenosinach Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego do Wiednia


OKO.press: Czytałem, że jeden z założycieli Fideszu przyrównał ostatnio „Gender Studies” do eugeniki czasów nazistowskich. Rząd w oficjalnych komunikatach twierdził, że na studia nie ma chętnych, a absolwenci nie znajdują pracy. Podobne ataki widzimy na całym świecie – w Polsce, Stanach Zjednoczonych czy Brazylii. Jak na Węgrzech rozpętała się wojna z „genderem”? 

Andrea Pető, Uniwersytet Środkowoeuropejski w Budapeszcie: Już w 2008 roku jeden z parlamentarzystów Fideszu [red. rządząca od ośmiu lat partia] zadał pytanie o to, ile publicznych pieniędzy wydaje się na podręczniki przybliżające historię kobiet i mężczyzn na Węgrzech w XX w. W jego opinii książki rozpowszechniały „kulturę śmierci”. Po drodze Fidesz uruchomił oczywiście całą kampanię dowartościowującą tradycyjną rodzinę, jednak z całą mocą atak na „gender studies” rozkręcił się dopiero w sierpniu 2018 roku.

W mediach publicznych nad tym, czym są gender studies od rana do wieczora debatowali dziennikarze, autorytety naukowe, celebryci, a nawet kucharze. Do rozmowy rzadko zapraszano osoby, które faktycznie tym się zajmują. 4 sierpnia  w sezonie wakacyjnym  rektorzy dostali 18 godzin na skomentowanie propozycji ustawy, która cofa licencję na prowadzenie programu gender studies na węgierskich uczelniach. Taka licencja jest odnawiana co 2-3 lata.

Program „Gender Studies” wystartował w 2006 roku na CEU. Na 22 miejsca co roku jest ponad 200 chętnych. Do dziś mamy 139 absolwentów i absolwentek kierunku. Wszyscy znaleźli super prace i  co dla nas zaskakujące  większość pracuje w przemyśle.

Drugi program uruchomiono na ELTE  publicznym uniwersytecie w Budapeszcie. O akredytację na prowadzenie kierunku uczelnia wystąpiła w 2015 roku, a zgodę otrzymała w 2017. Pierwsze dziesięcioro studentów i studentek rozpoczęło naukę z publicznych pieniędzy w sierpniu 2017. Ukończą studia w 2019 roku.

Argumenty rządu po prostu nie mają sensu, a ich komunikaty ciągle się zmieniają. Najpierw twierdzili, że nie chcą cofnąć licencji, a jedynie zabrać publiczne dofinansowanie. Problem w tym, że na Węgrzech uczelnie same decydują o tym jak wykorzystają dotację. Innymi słowy, państwo nie może wpływać na sposób rozdzielania funduszy.

Na wszelki wypadek 15 października rząd postanowił więc cofnąć licencję na prowadzenie programów na wszystkich węgierskich uczelniach.

Wcześniej atak na gender studies był ograniczony. Burzyła się skrajna prawica i chrześcijańscy demokraci. Myśleliśmy, że nie dojdzie tu do takiego ataku jak w Polsce. Nowa ustawa zmieniła zasady gry. Zagrożona jest wolność akademicka, a rząd interweniuje w pole nauki.

Przeciwko ustawie protestowało m.in. zgromadzenie rektorów. W odpowiedzi węgierski komitet akredytacyjny wydał stoickie stanowisko, w którym stwierdził, że przecież nikt nie pytał ich o zdanie. Jako uczelnia postanowiliśmy, że przedłużymy akredytację. Jak na to zareaguje węgierski komitet? Zobaczymy.

Po co Orbánowi nowa wojenka? 

Myślę, że jest to przede wszystkim instrument polityki zagranicznej. Zobacz, ty jesteś w moim biurze. Wczoraj rozmawiałam z kolumbijskimi i brazylijskimi dziennikarzami, a premier Nowej Zelandii twittowała o tym, co dzieje się na Węgrzech. W ten sposób trafiliśmy na nagłówki gazet na całym świecie.

A rząd węgierski może utrwalać wizerunek lidera prawicowej [ang. „alt-right” red.] kontrrewolucji.

W polityce wewnętrznej jest to atak na naukę i uniwersytety, które wciąż są wolnymi wyspami. Węgierska Akademia Nauk jest właśnie taką wolną wyspą, w której ludziom płaci się za to, żeby myśleli  a myślą krytycznie.

Rząd Fideszu przedstawia siebie jako chrześcijańsko-demokratyczny, co samo w sobie nie jest problemem. Problem w tym, że takim nie jest. Jego polityka opiera się na dawaniu przywilejów konkretnym grupom. W jaki sposób? Poprzez redystrybucję dóbr.

Trzeba przyznać, że Orban bardzo dobrze rozpoznał luki w systemie opieki i zabezpieczenia społecznego, a także egzystencjalny strach, który towarzyszy większości społeczeństwa.

Potem  idąc przykładem Polski i programu „500 plus”  starał się stworzyć ogólne poczucie bezpieczeństwa. I to wychodzi mu bardzo dobrze, bo konkretne grupy faktycznie korzystają z nowego systemu zabezpieczeń. Co ciekawe, mimo że jest on jednym z najdroższych na świecie, to jednocześnie  najmniej efektywnym.

Czy beneficjentkami tego systemu są także kobiety?

Moje dwie studentki wydały publikację „Kobiety 2018”. W ankietach zadały pytanie o to, jakie problemy są dziś najważniejsze dla naszego społeczeństwa. Dla kobiet jest to kryzys systemu opieki. Jak popatrzysz na dyskurs organizacji zajmujących się prawami człowieka czy organizacji feministycznych to zobaczysz, że one nie zadają pytań, które odpowiadają na ich problemy.

Jest ogromna rozbieżność pomiędzy codziennym doświadczeniem kobiet próbujących pogodzić opiekę nad dziećmi, seniorami i pracę, a językiem praw człowieka, który mówi o rozwoju osobistym, liderstwie czy kobietach w polityce.

Paradoksalnie to rząd i skrajnie prawicowe partie potrafią lepiej zagospodarować tematy ważne dla kobiet.

W swoich publikacjach proponujesz, żebyśmy zarzutów wobec „gender studies” nie kwitowali pobłażliwym uśmiechem lub oburzeniem, ale potraktowali je poważnie. Dlaczego?

Naprawdę uważam, że to najwyższy czas żebyśmy zaczęli myśleć krytycznie o naszej roli i odpowiedzialności. I nie chodzi mi tu o obwinianie ofiary, ale myślenie w przód  o przyszłych strategiach.

Nie możemy na zawsze zostać w roli pokrzywdzonych. Wtedy z pewnością przepadniemy.

Musimy być kreatywni, a do tego niezbędna jest refleksja nad językiem, którego używamy.

Moja osobista strategia? Staram się pisać w sposób zrozumiały, bez akademickiego „blablabla”. Póki co, to się sprawdza. Ostatnio wydałam książkę o przemocy seksualnej w trakcie II Wojny Światowej. Mimo, że jest to najokropniejszy z możliwych tematów, książka jest na piątej pozycji na liście bestsellerów. Codziennie dostaję najpiękniejsze maile, w których ludzie piszą jak wielką ma dla nich wartość. I właśnie to chcę robić w przyszłości. Pisać przystępne i interesujące dla innych historie.

Oczywiście mam kolegów akademików, którzy mówią, że to zły kierunek; że powinniśmy być bardziej „naukowi” i „racjonalni”. To pewnie jest jedna z dróg, ale nie moja. Wolę przewietrzyć akademię.

Ale to właśnie w obronie tej zatęchłej i niedostępnej akademii na ulice Budapesztu wyszło najwięcej osób  aż 70 tys. Czy rząd nie obawia się powtórki z kwietnia 2017 roku?

Myślę, że rządowi podobały się zeszłoroczne protesty przeciwko zamknięciu Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego. One pokazały reszcie społeczeństwa, kto jest wrogiem.

A dlaczego ludzie się tu nie buntują?

To bardzo proste. Poza wszystkim, o czym już mówiłam, na Węgrzech naprawdę nie ma realnej i godnej zaufania opozycji. Do tej pory żaden z protestów nie przyniósł też skutku. Musiałoby dojść do wielkiej katastrofy np. gospodarczej, żeby uliczna rebelia coś zmieniła.

Jak w takim razie przetrwać w kraju, w którym deptane są wszystkie ważne dla Ciebie wartości? 

Cieszyć się z życia. A gdy już poukładasz sobie rzeczy w głowie i będziesz zadowolony z tego jak żyjesz, dopiero zacznij pomagać innym, żeby i oni mogli być szczęśliwi. Oczywiście każdy na swój sposób. Jak się rozejrzysz to zobaczysz, że wszyscy są tu przygnębieni, zmęczeni lub myślą o wyjeździe. To nie jest sposób, by pójść do przodu. Na pewno nie jesteśmy w tym sami. Podobne rzeczy dzieją się globalnie.

Co według Ciebie jest stawką w tej przepychance o „Gender Studies”?

Niestety, temat gender studies będzie rozgrywany politycznie w „ping-pongu” między rządem a Komisją Europejską. Zamiast tworzyć przestrzeń do dialogu, znów wpadniemy w pułapkę polaryzacji  „my” i „oni”. A to właśnie spektakl, w który od lat gra Orbán.

Warto przypominać na każdym kroku, że system, w którym żyjemy to nie jest system wodzowski. On nie trzyma się na jednej osobie, a Victor Orbán nie jest żadnym „mistrzem gry”.

Ten system to bardzo złożona struktura, na którą składają się: pakiet zabezpieczeń społecznych, dowartościowanie rodziny, tworzenie alternatywnego systemu „rządowych” [red. – uzależnionych od rządowego finansowania] organizacji pozarządowych, a także układy i układziki. Myślę, że  z Orbánem czy bez  ten system przetrwa dopóki będą do nas płynąć pieniądze z Unii Europejskiej. A płynie ich tu naprawdę szeroki strumień. Mimo to wciąż nie widzimy wymiernych efektów do skali tego dofinansowania. Jestem przekonana, że i to w którymś momencie historii zostanie rozliczone.

Może nie przed sądem, ale na pewno w świadomości ludzi.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym