Aż 82 proc. Katalończyków poszło 21 grudnia do urn. I choć wygrała partia Ciutadans, sprzeciwiająca się katalońskiemu separatyzmowi, to jednak rządzić nie będzie, bo partie niepodległościowe mają razem większość. Dostało się premierowi Hiszpanii - jego partia uzyskała najgorszy wynik w historii

21 grudnia 2017 odbyły się w Katalonii czwarte w ciągu ostatnich siedmiu lat wybory autonomiczne. 27 października parlament przegłosował, a następnie uroczyście zadeklarował niepodległość Katalonii. Senat królestwa Hiszpanii zastosował w odpowiedzi art. 155 Konstytucji, ograniczając autonomię, destytuując rząd kataloński i zwołując w najkrótszym możliwym terminie nowe wybory. Ów najkrótszy możliwy termin przypadł właśnie na czwartek 21 grudnia, tuż przed świętami. Mimo obaw o frekwencję Katalończycy nie zawiedli i stawili się do urn tłumnie – frekwencja wyborcza wniosła rekordowe 82 proc. uprawnionych do głosowania.


Nasze teksty dotyczące sytuacji w Katalonii można znaleźć tu, tutu, i tu.


Liderzy w więzieniu i na emigracji

Wyjątkowe wybory poprzedziła równie wyjątkowa kampania, chociażby dlatego, że przewodniczący dwóch z siedmiu prezentujących się ugrupowań, byli nieobecni. Pierwszy z nich, Oriol Jonqueras, szef lewicowej i niepodległościowej partii ERC (Esquerra Republicana de Catalunya) przebywa od 2 listopada w areszcie tymczasowym, po tym jak dobrowolnie stawił się przed Audiencją Narodową na przesłuchanie w związku z oskarżeniami o rebelię, przestępstwa przeciwko jedności państwa i malwersację funduszy publicznych.

W areszcie przebywa także jeden przedstawiciel katalońskiego rządu i dwóch przedstawicieli organizacji pozarządowych; pozostałych sześcioro zatrzymanych zostało zwolnionych za kaucją po miesiącu, kiedy całą sprawę przejął do rozpatrzenia Sąd Najwyższy.

Drugi z kandydatów, Carles Puigdemont, były prezydent rządu katalońskiego i przewodniczący centrowej partii Junts per Catalunya (JxC), 30 października w sekrecie opuścił kraj i przebywa w Belgii. Belgijski system sprawiedliwości rozpatruje wykonanie hiszpańskiego roszczenia o wydanie Puigdemonta na podstawie europejskiego nakazu aresztowania. Katalończycy w geście wsparcia dla swojego prezydenta wyruszyli w czasie przedświątecznego „długiego weekendu” (6 i 8 grudnia to święta państwowe) na swoistą pielgrzymkę do Belgii i urządzili w Brukseli 90 tysięczną manifestację.

Drugą cechą wyróżniającą tę kampanię była koncentracja postulatów wyborczych partii niepodległościowych na uwolnieniu więźniów politycznych i przywróceniu rządu autonomicznego. Postulaty te są oczywiście jak najbardziej uprawnione, niemniej jednak wszelkie polityczne naciski mające na celu uwolnienie polityków niepodległościowych mogą okazać się bezowocne, gdyż ich los leży w rękach niezawisłych sądów. Jeśli chodzi o przywrócenie Katalonii autonomii, Madryt nie ma nic przeciwko temu, o ile jednak będzie ona rządzona zgodnie z prawem i w poszanowaniu Konstytucji.

Z kolei partie tzw. konstytucyjne (wspierające jedność Hiszpanii) apelowały o przywrócenie normalności, uleczenie podziałów społecznych i przejście do porządku dziennego nad niepodległościowym epizodem.

Co ciekawe, ale też zrozumiałe, na drugi plan zeszły wszelkie klasyczne postulaty polityczne, a także orientacja prawicowa lub lewicowa prezentujących się partii. W tradycyjnie robotniczych miastach, gdzie zawsze wygrywały opcje lewicowe, 21 grudnia zwyciężyła liberalna Ines Arrimadas (Ciutadans), na którą głosowano, bo jest przeciwna niepodległości, a nie ze względu na jej program ekonomiczny czy socjalny.

Wygrali, ale rządzić nie będą

Rezultat wyborów, które – w odróżnieniu od referendum w sprawie niepodległości – przebiegły spokojnie i bez incydentów, sprawił kilka niespodzianek.

Wygrała centro-liberalna partia Ciutadans, należąca do anty-niepodległościowego bloku konstytucyjnego, jednak jej przewodnicząca Ines Arrimadas raczej nie ma szans na objęcie urzędu prezydentki Katalonii.

Na drugim bowiem i trzecim miejscu uplasowały się dwie formacje niepodległościowe – stworzona specjalnie dla potrzeb tych wyborów „lista prezydenta” o nazwie Junts per Catalunya (JxC) i ERC. To one wspólnie z lewicowym ugrupowaniem CUP (zajęło przedostatnie miejsce i uzyskało jedynie czterech przedstawicieli, co jednak wystarcza do przeważenia szali na korzyść niepodległościowców) uzyskały ponownie większość absolutną i będą mogły powtórzyć koalicję utworzoną w 2015 roku, która doprowadziła do referendum i unilateralnego ogłoszenia niepodległości.

Socjaliści z PSC (anty-niepodległościowcy) i lewica Catalunya Comu Podem zajęły odpowiednio piąte i szóste miejsce. Na ostatniej pozycji z najgorszym wynikiem w historii, tracąc ponad połowę posłów uplasowało się PP, czyli partia Mariana Rajoya, premiera Hiszpanii.

Sondaże przewidywały wyrównany podział sił między niepodległościowców i konstytucjonalistów, ale spodziewano się, że niezdecydowany do tej pory elektorat zagłosuje głównie na tych drugich i umożliwi im rządy. Głos niepodległościowy wzrósł o 96 tys., natomiast przeciwnicy tej opcji zmobilizowali dodatkowych 180 tys. wyborców. To jednak nie wystarczyło konstytucjonalistom –

mimo, że partie niepodległościowe – JxC, ERC i CUP – uzyskały 47,5 proc. głosów, a przeciwnicy oderwania Katalonii aż 52 proc., to „separatyści” będą mieli w parlamencie 70 przedstawicieli, czyli dwóch więcej niż większość absolutna (68 ze 134 posłów).

I to oni będą rządzić.

Co dalej?

Sytuacja niewiele się więc różni od tej po wyborach w 2015 roku i zadanie stworzenia rządu spocznie najprawdopodobniej ponownie na barkach Carlesa Puigdemonta, jednak jego sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. Zagrożony aresztem tymczasowym w Hiszpanii, wezwał z Belgii Mariana Rajoya na spotkanie „poza granicami kraju lub w Hiszpanii, ale z gwarancją, że nie zostanie pozbawiony wolności”. Puigdemont obiecał w kampanii, że wróci do kraju, jeśli opcja niepodległościowa wygra wybory, nie wyjaśnił jednak w swoim wystąpieniu 21 grudnia, czy i kiedy to zrobi. Wezwał rząd hiszpański do „przedstawienia gwarancji” umożliwiających mu powrót na stanowisko, którego w jego opinii pozbawiono go bezprawnie.

Mariano Rajoy zignorował wezwanie Puigdemonta i oznajmił, że jeśli miałby się z kimś spotkać, to przede wszystkim z Ines Arrimadas, która wygrała wybory, oraz że „leży w gestii partii politycznych zaproponowanie rozwiązań mających na celu utworzenie rządu, którego domaga się społeczeństwo”. Zapewnił również, że rząd centralny dopomoże tym staraniom „o ile będą one zgodne z obowiązującym prawem”.

Wydaje się więc, że strategia Mariana Rajoya, polegająca na ignorowaniu obozu niepodległościowego i stawianiu za warunek do rozmów poddanie się normom konstytucyjnym i wyrzeczenie się aspiracji niepodległościowych, nie ulegnie zmianie. Pozostaje pytanie, jak w tej sytuacji zareagują niepodległościowcy. Wydaje się, że po negatywnych doświadczeniach referendum i polityczno-prawnej represji ze strony rządu hiszpańskiego w odwecie za deklarację niepodległości, powinni się skupić na poszukiwaniu nowych form dialogu i rozwiązań, jednakże sytuacja polityczna w Katalonii pozostanie na pewno daleka od normalności jeszcze przez wiele miesięcy.



Masz cynk?