Jarosław Kaczyński, zapowiada „uporządkowanie” działań opozycji. Pierwszym krokiem miałoby być wybranie „lidera”. To sprytna strategia. W każdym scenariuszu wprowadzenie takiego rozwiązania będzie PiS na rękę

„Na pewno będą próby doprowadzenia do pewnego uporządkowania działań opozycji, chociaż znów się obawiam, że to będzie potraktowane jako nie danie opozycji pewnych przywilejów, tylko jako próbę ograniczenia demokracji” – zapowiedział 13 grudnia prezes PiS.

Niedługo później, 21 grudnia, na konferencji prasowej zwołanej po wybuchu sejmowego kryzysu związanego z ograniczeniem praw dziennikarzy, bezpodstawnym wykluczeniem posła Michała Szczerby i blokadą mównicy przez opozycję, Kaczyński powiedział: „Jesteśmy gotowi po uspokojeniu sytuacji, po powrocie do normalnego stanu podjąć działania, których celem jest wprowadzenie takiego systemu jak m.in. w Anglii.

Chcielibyśmy, żeby szef opozycji, w naszym przekonaniu powinna istnieć tego rodzaju instytucja, miał pewne uprawnienia, przywileje.

Żeby opozycja miała też pewnego rodzaju uprawnienia w Sejmie”.

Wypowiedzi o „porządkowaniu” i wybieraniu lidera opozycji z ust szefa partii rządzącej mogą brzmieć w tym kontekście niepokojąco. Jaki instytucjonalny zamysł może kryć się w słowach Kaczyńskiego?

„Lider opozycji” byłby zapewne sformalizowanym, ustawowo wprowadzonym stanowiskiem (na razie brak jednak konkretnych propozycji nowych zapisów) – wiązałoby się to z dodatkowymi prawami i przywilejami.

Byłoby to pewnie rozwiązanie w rodzaju tych z „pakietu demokratycznego”, o którym PiS wspominał przed wyborami. To zbiór przepisów, który miał zapewnić udemokratycznienie procedur parlamentarnych przez przyznanie opozycji ustawowych przywilejów.

PiS zapowiadał taki pakiet już w programie wyborczym z 2014 r. Po objęciu władzy zdecydował jednak, że go nie uchwali. Jak tłumaczył marszałek Karczewski, to z obaw, że opozycja wykorzysta go niezgodnie z przeznaczeniem, wyłącznie do uprzykrzania władzy.



Lider Najlojalniejszej Opozycji Jego Prezesowskiej Mości

Kaczyński zapożyczył ten pomysł z brytyjskiego parlamentu, w którym szef/owa największej partii opozycyjnej otrzymuje tytuł Lidera Najlojalniejszej Opozycji Jej Królewskiej Mości. Od niemal 100 lat stanowisko zajmują na zmianę przewodniczący Partii Pracy i Partii Konserwatywnej. Obecnie jest nim Jeremy Corbyn z Laburzystów. Funkcja istnieje także w niektórych krajach byłego imperium brytyjskiego, np. w Australii i Kanadzie.

Jakie prawa mu przysługują?

  • W każdym roku może zdecydować o porządku obrad podczas 17 posiedzeń. Wybiera, jakie ustawy będą wówczas głosowane i jakie tematy debatowane;
  • raz w tygodniu przysługuje mu prawo „pytań do premiera”. Ma pół godziny by zadać sześć pytań, na które szef/szefowa rządu ma obowiązek odpowiedzieć;
  • powołuje gabinet cieni, czyli wybiera polityków, którzy są dublerami poszczególnych ministrów rządu i ich najważniejszymi recenzentami. Są też rzecznikami opozycji w zagadnieniach powiązanych z poszczególnymi resortami;
  • otrzymuje dodatkowe uposażenie.

Kaczyński mówił, że w Polsce „lider opozycji powinien mieć taki sam status jak wicepremier”, ale trudno sobie wyobrazić, jak by to wyglądało. Grzegorz Schetyna czy Ryszard Petru z oczywistych powodów raczej do spotkań i tajemnic rządu nie zostaną dopuszczeni.

Czy w Polsce to możliwe?

Możliwe. Teoretycznie raczej nic nie stoi na przeszkodzie, by sejmowa większość takie przepisy ustaliła. Tylko że takie rozwiązanie w naszym kraju pewnie się nie sprawdzi. Dobrze może działać tylko w systemach dwupartyjnych. W Wielkiej Brytanii poza głównymi dwiema partiami reszta dostaje ograniczoną ilość mandatów (choć ostatnio się to zmienia i pojawiają się głosy krytyki ze strony mniejszych partii).

W Polsce opozycja często jest rozproszona. Obecnie, poza PiS, w Sejmie są cztery partie. Pomysł, że PO, Nowoczesna, Kukiz’15 i PSL będą w stanie wybrać lidera reprezentującego stanowisko jednej partii jest absurdalny i z pewnością żadna się na to nie zgodzi. Powierzenie tej funkcji wyłącznie Platformie oznacza niedopuszczenie do głosu 18 proc. mandatów.

Absurdalność tego pomysłu jeszcze lepiej ilustruje poprzednia kadencja. Takie przepisy wymagałyby od PiS dogadania się z SLD i Ruchem Palikota co do wyboru wspólnego przedstawiciela.

Po co PiS lider opozycji?

Tu może tkwić istota propozycji Kaczyńskiego. Wprowadzenie takiej funkcji nie ma na celu poprawy funkcjonowania parlamentu. Wręcz przeciwnie. Prawdopodobnie miałoby za zadanie sparaliżować przeciwników PiS.



Tak naprawdę ta decyzja, w niemal każdym scenariuszu, będzie działać na korzyść partii Kaczyńskiego. Gdyby partie opozycyjne faktycznie podporządkowały się tej zasadzie, zamiast na krytykowaniu rządu, musiałaby skupić się na sobie i niemal niemożliwym procesie wyłaniania lidera. Prezes liczy zapewne na konflikt na linii Schetyna-Petru.

Jeden przywódca, wybrany przez całą opozycję, uprościłby również budowanie przekazu obozu rządzącego. Nie potrzebne byłoby już dostosowywanie medialnych strategii do poszczególne partii i grup.

Taki lider musiałby albo firmować, albo dystansować się wobec wielu znacznie różniących się od siebie konfliktów politycznych i społecznych protestów, co miałoby wpływ na ich siłę. Przykładem ostatni Czarny Protest przeciwko ograniczeniu prawa do aborcji. Schetyna i Petru mieli na ten temat inne zdanie. Pierwszy chciał wpisania tzw. konsensusu aborcyjnego do Konstytucji, drugi nie był w stanie zdecydować się, czy jest za pozostaniem przy obecnych, czy za liberalizacją przepisów. Taka wyraźna deklaracja „lidera” mogłaby wpłynąć na społeczny odbiór protestu. Czarny Protest był zaś wydarzeniem opartym na wspólnocie kobiet o różnych poglądach – od obrony „kompromisu”, po maksymalną liberalizację. Powiązanie go z poglądami konkretnej partii mogłoby część osób odstraszyć. Podobnie mogłoby zadziałać zdystansowanie się „lidera opozycji” od protestu.

Oczywiście mało prawdopodobne, by PO, Nowoczesna i PSL zgodziły się na takie rozwiązanie. W praktyce będzie to więc martwy przepis. Ale nawet wtedy będzie sprzyjał PiS. Kaczyński będzie mógł wysłać opinii publicznej jasny komunikat: „Chcemy przyznać opozycji więcej praw i przywilejów, ale ta nie chce z nich skorzystać. A wszystko dlatego, że jest skłócona i pogrążona w chaosie. Chcemy rozmawiać z opozycją, ale nawet nie wiemy do kogo mamy się zwracać.”


Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press