Druga tura wyborów prezydenckich w Portugalii – 8 lutego – to więcej niż tylko głosowanie na nową głowę państwa. To barometr zmian, które dopadły bodaj najbardziej do tej pory stabilny politycznie kraj Unii Europejskiej.
Gdy 15 lat temu kraje Południa, zwane potocznie PIGS (ang. świnie: Portugal, Italy, Greece, Spain) pogrążyły się w kryzysie gospodarczym, drastyczne cięcia budżetowe pociągnęły za sobą gwałtowne zmiany na partyjnych scenach. W Italii narodzili się rządzący dziś narodowo-konserwatywni Bracia Włosi, w Grecji rządziła skrajnie lewicowa Syriza, w Hiszpanii pojawiły się skrajne ruchy z obu stron, takie jak Podemos i Vox.
Tymczasem w 10-milionowej Portugalii, mimo ogromnych społecznych protestów przeciwko galopującemu bezrobociu, obniżaniu wynagrodzeń i ograniczaniu przywilejów emerytalnych, polityczny pejzaż pozostawał niezmienny. Na czele rządu, jak nieprzerwanie od końca lat siedemdziesiątych XX wieku, wymieniali się centrolewicowi socjaliści (PS) i centroprawicowi socjaldemokraci (PSD), wspierani czasem przez mniejsze ugrupowania od dawna obecne na politycznej scenie. Niektórzy żartowali, że aby rozróżnić oba największe ruchy, trzeba by naprawdę mocnego mikroskopu.
Dlatego wybory prezydenckie od dekad były do bólu przewidywalne. Mało tego, od 1976 roku zaledwie dwa razy potrzebna była druga tura głosowania. Co się zatem wydarzyło, że właśnie, teraz gdy według wskaźników makroekonomicznych Portugalia powoli wraca do finansowej równowagi, do drugiej tury wszedł kandydat skrajnej prawicy?
Zacznijmy od tego, że ponad 23 proc. głosów zdobytych 18 stycznia 2026 r. w I turze przez lidera partii Chega André Venturę nie jest szczególną niespodzianką. Już dwa lata temu pod wodzą tego charyzmatycznego polityka, niedoszłego księdza i zapalonego komentatora piłki nożnej, Chega zdobyła niemal 20 proc. głosów i stała się trzecią siłą lizbońskiego parlamentu.
Sukces nieco chyba przerósł młodą prawicę, bo w ławach Zgromadzenia Republiki zasiedli deputowani, delikatnie rzecz ujmując, osobliwi. Jeden z nich został przyłapany na notorycznym wykradaniu cudzych walizek na lotniskach. Inny prowadził samochód pod wpływem alkoholu, jeszcze kolejny był podejrzewany o gwałt na 15-latce. Co bardziej złośliwi dziennikarze wyliczyli, że wśród posłów Chegi notuje się wyższy odsetek osób z prokuratorskimi zarzutami, niż wśród migrantów, przed którymi prawicowi populiści tak przecież ostrzegają.
Jeszcze w listopadzie 2025 r. sondażowym pewniakiem do drugiej tury, a może i do zwycięstwa, był Henrique Gouveia e Melo — bezpartyjny admirał, który zyskał sporą popularność, gdy koordynował walkę z pandemią COVID-19. Wystarczyło jednak kilka telewizyjnych debat, aby doceniany za swoją zasadniczość i prezencję wojskowy całkowicie roztrwonił społeczne poparcie. Mocnym kandydatem wydawał się także lider Inicjatywy Liberalnej João Cotrim de Figueiredo, uznawany za niezamieszaną w obecne układy polityczne centroprawicową alternatywę dla populisty Ventury. O jego wyborczej porażce mogły zaważyć wysunięte tuż przed pierwszą turą oskarżenia o molestowanie seksualne współpracowniczki.
Z kolei kandydat socjalistów António José Seguro na dobre zaczął pojawiać się w czołowej dwójce dopiero w grudniowych sondażach. Ostatecznie to właśnie on zwyciężył w I turze 18 stycznia z wynikiem ponad 31 proc. Tak dobry rezultat zaskoczył chyba nawet samego zainteresowanego. Czytając komentarze ekspertów i zwykłych Portugalczyków trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że ludzie nie głosowali na Seguro, a przeciwko Venturze. Mechanizm znany doskonale także z naszej sceny politycznej.
Do takich osób zalicza się Catarina. 32-letnia pielęgniarka jest mamą 4-letnich bliźniaczek, wkrótce na świecie pojawi się jej kolejna córka. „Kiedy moi znajomi dowiedzieli się, że znów jestem w ciąży, stwierdzili, że muszę mieć nierówno pod sufitem, żeby rodzić w tym kraju kolejne dziecko” – mówi Catarina. Biorąc pod uwagę statystyki demograficzne, zdanie jej przyjaciół podziela większość młodych Portugalek. Co prawda w ubiegłym roku urodziło się najwięcej maluchów od dekady, ale aż 28 proc. miało matkę cudzoziemkę.
Gdy opowiadam jej, że w Polsce na każde dziecko, niezależnie od zarobków, otrzymuje się 800 złotych, Catarina otwiera oczy ze zdumienia. Pytam ją, jakie są jej zdaniem największe wyzwania i zagrożenia, przed którymi stoi obecnie jej kraj. Odpowiada bez wahania: dramatyczna sytuacja w służbie zdrowia. Obecnie aż 1,5 mln jej rodaków nie ma lekarza rodzinnego. W przypadku choroby dostanie się na wizytę graniczy z cudem, przez co ludzie jeżdżą ze zwykłymi infekcjami na szpitalne SOR-y. Czas oczekiwania wynosi nieraz nawet kilkadziesiąt godzin, a media co rusz obiegają dramatyczne doniesienia ze szpitalnych poczekalni.
Niepokojące są także wiadomości na temat notorycznie zamykanych z powodu braku personelu oddziałów porodowych. Kilka tygodni temu ciężarna przyjaciółka Catariny została przewieziona karetką z Lizbony do szpitala w Cascais, który jej nie przyjął. Następnie załoga zabrała rodzącą kobietę do Setúbal. Łącznie przebyła na sygnale niemal 100 km. Z kolei porodówka wybrana przez Catarinę czynna jest tylko od wtorku do piątku. Jeśli zacznie rodzić w weekend, zdecyduje się na prywatny szpital.
Catarina skarży się także na niskie zarobki i fatalną sytuację na rynku mieszkaniowym. Jako pielęgniarka dostaje na rękę 10 euro za godzinę. Miesięcznie jest w stanie zarobić 1400 euro, czyli ok. 6000 zł (to i tak nieźle, bo mediana zarobków netto wynosi nieco ponad 1000 euro). Z tego 200 euro wydaje na dojazdy do pracy w Lizbonie, bo na porządne lokum w stolicy nie byłoby jej stać — i to mimo tego, że jej mąż pracuje jako programista.
Mieszkania znacznie bardziej opłaca się wynajmować turystom, a także cyfrowym nomadom, którzy masowo przyjeżdżają do Portugalii, by — zarabiając zachodnie stawki — cieszyć się słońcem, plażą i tanimi knajpami. Według szacunków fundacji Francisco Manuel dos Santos w latach 2012–2021 mieszkania w Portugalii podrożały o 78 proc., podczas gdy w całej UE wzrost ten wyniósł 35 proc.
Już nawet europejski komisarz ds. mieszkalnictwa Dan Jørgensen przyznał, że Portugalia jest jednym z krajów najbardziej dotkniętych kryzysem mieszkaniowym w Unii Europejskiej. Zapowiedział wprowadzenie rozwiązań mających na celu kontrolę najmu krótkoterminowego, ale zanim to się wydarzy, miną pewnie kolejne lata, a Catarina nadal będzie musiała dojeżdżać do pracy 40 km.
8 lutego, w II turze wyborów prezydenckich, z niechęcią zagłosuje na António José Seguro, który według niej socjalistą jest tylko z nazwy. „Nie możemy jednak dopuścić to tego, że wróci prawicowa dyktatura” – dodaje Portugalka.
António z czystym sumieniem odda swój głos na André Venturę. 49-letni pracownik branży IT, dobrze sytuowany ojciec dwojga nastolatków, podkreśla, że do tej pory w wyborach parlamentarnych i prezydenckich zwykle wrzucał do urny pustą kartę. Ale teraz sytuacja wymaga twardych decyzji. „Cały system polityczny jest do cna przeżarty korupcją, dlatego nie głosuję na nikogo z głównego nurtu. Jestem nacjonalistą i patriotą, a nasz kraj jest na granicy upadku” – uważa António.
Jego również pytam o największe zagrożenia, przed którymi stoi Portugalia. „Kultura woke, LGBT-yzm, ideologia gender. Jestem temu totalnie przeciwny i będę chronił przed tym moje dzieci. Zwykły rolnik nie może ubić w swoim gospodarstwie świni, ale Żydzi – proszę bardzo. Inwazja islamska to kolejny problem, w Lizbonie ludzie są wywłaszczani, żeby można było na ich terenie wybudować meczet” – wylicza mój rozmówca.
Sprawdziłam: w rzeczywistości był tylko jeden taki przypadek, a właściciel nieruchomości otrzymał — jego zdaniem niewystarczającą — rekompensatę. W dziesięciomilionowej Portugalii mieszka obecnie powyżej 1,5 mln imigrantów, z czego niemal ⅓ stanowią Brazylijczycy. Na drugim miejscu plasują się Hindusi, potem Angolczycy, Ukraińcy i mieszkańcy Wysp Zielonego Przylądka.
Wg różnych szacunków muzułmanie stanowią od 0,4 do ok. 3 proc. społeczeństwa. Faktycznie jest to jednak w ostatnich latach najbardziej dynamicznie rosnąca mniejszość religijna w tym kraju.
António wylicza dalej: „W szkołach imigranckie dzieci są faworyzowane, a zwykli ludzie panikują, bo nie stać ich na szkoły prywatne”. On sam może sobie pozwolić na wysokie czesne, nie musi więc zaprzątać sobie głowy dramatyczną sytuacją publicznej edukacji. W opublikowanym przez portal Observador rankingu szkół średnich, uwzględniającym wyniki egzaminów końcowych, w 2024 roku najwyżej klasyfikowana publiczna placówka zajęła 37 miejsce. Pierwsza setka to aż w ⅔ to szkoły prywatne. W testach PISA Portugalia również wypada blado na tle innych europejskich krajów.
Unijni liderzy na razie mogą odetchnąć z ulgą — sondaże z końca stycznia pokazują zdecydowaną przewagę socjalisty António José Seguro. Według badania Uniwersytetu Katolickiego w Lizbonie może on liczyć nawet na 70 proc. głosów. André Ventura, budujący swoją pozycję na antysystemowym, eurosceptycznym i antyimigranckim dyskursie, tym razem prawdopodobnie obejdzie się smakiem.
Ale wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących latach Chega może rozdawać karty co najmniej jako potencjalny koalicjant. Już teraz partia Ventury zwiększyła poparcie do niemal 25 proc. i depcze po piętach socjalistom. Umiarkowana prawica ewidentnie dostrzega to zagrożenie, bo i ona radykalizuje swoje postulaty.
Wybory parlamentarne zaplanowane na 2029 rok mogą więc na stałe odmienić wizerunek „narodu łagodnych obyczajów”, jak mawiają o sobie Portugalczycy. Tym bardziej że przyszłość tego kraju maluje się w niepewnych barwach.
Cztery lata temu czołowe media z zaskoczeniem komentowały, że już nawet biedna Polska przegoniła Portugalię pod względem siły nabywczej obywateli. Nierówności społeczne trzymają się mocno (Portugalia zajmuje pod tym względem niechlubne 7 miejsce w UE), według lokalnych organizacji co piąta osoba jest zagrożona ubóstwem. Tymczasem bogaci mają się świetnie: 50 najzamożniejszych rodzin w kraju posiada majątek wyceniany na prawie 50 mld euro, co stanowiło równowartość 16 proc. PKB w 2024 roku.
Bieda i nierówności to jednak na tym krańcu kontynentu żadna nowość. Co więc się wydarzyło, że nawet tak stabilny politycznie kraj w końcu poddał się fali prawicowego populizmu? Według badaczy z instytutu Medialab Iscte jeszcze kilka lat temu Portugalia była wyjątkiem na europejskiej mapie dezinformacji, a jeśli już fake newsy się pojawiały, to ich dominującym tematem była korupcja. W ostatnich latach, wraz z masowym napływem imigrantów, sytuacja uległa diametralnej zmianie.
Media społecznościowe zalały niepokojące treści z „obcymi” w rolach głównych. Wszak każdy szanujący się populista doskonale wie, że nic nie budzi takich emocji, jak krótki filmik o islamiście napastującym „nasze kobiety”. Nic dziwnego, że tak jak pozostali Europejczycy, także Portugalczycy zaczęli mocniej zerkać na prawo.
Adriana Bąkowska de Carvalho – dziennikarka Radia Nowy Świat, w latach 2010-2015 była korespondentką Polskiego Radia w Lizbonie
dziennikarka Radia Nowy Świat, w latach 2010-2015 była korespondentką Polskiego Radia w Lizbonie
dziennikarka Radia Nowy Świat, w latach 2010-2015 była korespondentką Polskiego Radia w Lizbonie
Komentarze