0:00
Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...
05 listopada 2020

Wybory w USA. O wyborze prezydenta zdecyduje procedura używana 183 lata temu? Oto scenariusze

W czwartek wieczorem 5 listopada wygrana Joe Bidena w USA jest wciąż najbardziej prawdopodobna. Ale niewykluczone, że o wyborze prezydenta może zdecydować procedura ostatni raz używana w 1837 roku

Wydrukuj

Jak wygląda sytuacja na wyborczym froncie w USA? To zależy, kto odpowiada na to pytanie.

Według prognozy agencji Associated Press (na niej opiera się również OKO.press) Joe Biden ma zagwarantowane już 264 głosy elektorskie (by zwyciężyć musi zdobyć co najmniej 270), a w grze są jeszcze 4 stany: Nevada, Georgia, Karolina Północna oraz Pensylwania. Donald Trump musiałby wygrać wszystkie, by zachować prezydenturę. Associated Press już w środę rano polskiego czasu przypisała ten stan Bidenowi. Pytanie, czy nie za wcześnie.

Prognoza telewizji CNN wymienia Arizonę jako jeden z pięciu stanów, gdzie rozgrywka nie jest rozstrzygnięta. W Arizonie trwa liczenie głosów jeszcze trwa - przewaga Bidena wynosi wciąż solidne 68 tys. głosów, jednak powoli się kurczy, a do policzenia zostało jeszcze ok. 450 tys. głosów.

Wybory w USA: Arizona pisze scenariusze

Arizona jest bardzo ważna - od niej zależą kolejne wyborcze scenariusze.

Jeśli rzeczywiście - tak jak podaje AP - byłaby pewnym stanem Bidena, szansę Demokraty na wygraną są bardzo wysokie, wystarczy, że wygra w którymkolwiek z pozostałych stanów: nawet jeśli straci przewagę w Nevadzie (gdzie prowadzi), zostają mu jeszcze Georgia i Pensylwania, gdzie z godziny na godzinę odrabia straty. Karolinę Płn. z dużym prawdopodobieństwem wygra Trump.

Sytuacja 5 listopada o godz. 19:00 wygląda następująco:

  • Georgia (16 głosów elektorskich) - policzono 98 proc. głosów, Trump prowadzi o 14 tys. Do policzenia zostało 65 tys. głosów, jeśli Biden uzyska wśród nich 64 proc. poparcia - wygra stan.
  • Pensylwania (20) - policzono 92 proc. głosów, Trump prowadzi o 115 tys. Do policzenia zostało ok. 605 tys. głosów, jeśli Biden uzyska wśród nich 62 proc. poparcia - wygra stan.
  • Arizona (11) - policzono 86 proc. głosów, Biden prowadzi o 68 tys. Do policzenia zostało 450 tys. głosów, jeśli Trump uzyska wśród nich 55 proc. poparcia, to wygra ten stan.
  • Nevada (6 głosów elektorskich) - policzono 88 proc. głosów, Biden prowadzi o 12 tys. głosów. Liczba głosów, które zostały do policzenia nie jest jasna.
  • Karolina Płn. (15) - policzono 95 proc. głosów, Trump prowadzi o 77 tys. głosów. Telewizja ABC szacuje, że policzenia zostało ok. 300 tys. głosów. Urzędnicy stanowi zapowiedzieli, że pełne wyniki w tym stanie poznamy być może nawet dopiero za tydzień.

Ważne: liczba głosów różnicy i głosy do policzenia nie w każdym stanie znaczą to samo. W Georgii i Pensylwanii głosy do policzenia są w „niebieskich regionach” faworyzujących Bidena, w Arizonie i Nevadzie sytuacja jest bardziej złożona.

Kiedy wreszcie dowiemy się, kto zdobył odpowiednią liczbę głosów elektorskich? Być może już dziś w nocy. Jeśli w ramach liczenia kolejnych głosów w Pensylwanii Biden dogoni Trumpa, wygrana urzędującego prezydenta w tym stanie stanie się ekstremalnie mało prawdopodobna. Wybory się zakończą.

Być może wcześniej dowiemy się, kto wygrał w Georgii - to zakończyłoby wyścig wg prognozy Associated Press. Ale już według prognozy CNN nawet gdyby Georgię zdobył Biden, wciąż możliwy jest... remis w kolegium elektorów.

Kolejne informacje ze Stanów Zjednoczonych będziemy podawać w naszej relacji na żywo:

Wybory w USA: czy możliwy jest remis?

No właśnie, remis, co z nim?

Jeśli rację ma CNN, że wyścig w Arizonie nie jest rozstrzygnięty (wydaje się to mało prawdopodobne, ale na pewno możliwe), i ostatecznie trafi ona do puli Trumpa, na horyzoncie wyłania się trzeci możliwy scenariusz zakończenia wyborów: równa liczba głosów elektorskich dla każdego z kandydatów.

Wybory w USA nie rozstrzygają się na poziomie kraju: kandydat może zdobyć w sumie więcej głosów obywateli uprawnionych do głosowania i jednocześnie przegrać wybory. W ostatnich 20 latach dwa razy taka sytuacja spotykała kandydatów Demokratów: Ala Gore’a w 2000 roku oraz Hillary Clinton w 2016. Prezydenta wybiera bowiem kolegium elektorów, czyli przedstawicieli poszczególnych stanów. W praktyce wyborcy na poziomie stanów decydują, kogo później poprą ich reprezentanci.

Każdy stan ma przypisaną na stałe liczbę przedstawicieli w kolegium elektorów – jeden mniejszą, inny większą. By wygrać, kandydat musi zdobyć dla siebie co najmniej 270 takich głosów. Jednak w większości stanów wybory są w praktyce rozstrzygnięte już przed głosowaniem – tradycyjnie od lat wygrywa tam z dużą przewagą kandydat Demokratów bądź Republikanów, tak jest np. w Luizjanie czy Kalifornii. Dlatego uwaga koncentruje się na tych stanach, gdzie wynik jest niepewny, to tzw. swing states.

Jeśli Trump zdobędzie Arizonę, a do tego Nevadę, Pensylwanię i Karolinę Płn. będzie miał 269 głosów elektorskich, tyle samo, ile Joe Biden po zdobyciu Georgii. A wtedy wybory, i tak już wystarczająco skomplikowane i historyczne ze względu na ogromną liczbę głosów pocztowych, wkroczą w kolejną fazę politycznego zamieszania.

Jeśli żaden z kandydatów nie uzyska w głosowaniu 270 głosów elektorskich potrzebnych do wygranej, do gry wchodzi Art. 2, par. 1, ust. 3 amerykańskiej konstytucji, a wraz z jego uruchomieniem - Izba Reprezentantów, która wybiera prezydenta oraz Senat, który wybiera wiceprezydenta.

Taka sytuacja miała miejsce tylko trzy razy w historii i to do tego w czasach prehistorycznych - ostatni raz w 1837 roku, a więc - bagatela - 183 lata temu.

Na chwilę obecną większość w Izbie Reprezentantów mają Demokraci, w Senacie - Republikanie. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłaby w takim wypadku sytuacja, że prezydentem zostaje Joe Biden, ale już wiceprezydentem Republikanin Mike Pence.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz w takim wariancie nie oznacza jednak wcale jedynego możliwego rozwoju wypadków. Już tłumaczymy dlaczego.

Otóż w głosowaniu prezydenckim w Izbie Reprezentantów nie decyduje wcale większość kongresmenów!

Decyduje większość głosów reprezentacji poszczególnych stanów: kongresmeni z obu partii najpierw głosują w ramach swojego stanu, a później - w zależności od tego, kto zdobędzie większość - oddają w imieniu stanu głos na konkretnego kandydata.

Teoretycznie można więc wyobrazić sobie sytuację, że partia, która jest w mniejszości w Izbie Reprezentantów, ma większość w wystarczającej liczbie reprezentacji stanów i wybiera prezydenta.

W Senacie głosowanie odbywa się w taki sposób, jaki znamy w Polsce: wiceprezydent jest wybierany bezwzględną większością głosów, a więc musi zdobyć poparcie 51 ze 100 senatorów. To otwiera jednak kolejne pole potencjalnych kłopotów: wystarczy, że z senackiej większości wyłamie się od jednego do kilku senatorów, a uzyskanie wystarczającej większości jest niemożliwe. I mamy pat.

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej". Pochodzi z Sieradza

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne