„Pan się wp...a nie w to, co potrzeba. Zastanowię się, jak panu ulżyć w specjalizacji” – usłyszał od zastępcy dyrektora szpitala lekarz rezydent, szef regionalnego OZZL, po tym, jak zgłosił PIP naruszenie przepisów. „Walczymy o normalne warunki pracy, żeby zapewnić bezpieczeństwo lekarzom i pacjentom” – mówi Bartek Fiałek

W Bydgoszczy trwa kampania poparcia dla lekarza-rezydenta Bartka Fiałka, szefa Regionu Kujawsko-Pomorskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy w Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. Jana Biziela w Bydgoszczy. Rok temu stał na czele protestu głodowego rezydentów, teraz za działalność związkową grożono mu zwolnieniem.

Fiałek sprzeciwił się zarządzeniu, które nakładało na lekarzy obowiązek dyżurowania jednocześnie na oddziale i na SOR. Dyrekcja ignorowała jego prośby o spotkanie. Zgłosił sprawę Państwowej Inspekcji Pracy. 21 stycznia 2019 roku dyrektor ds. lecznictwa, który jest zastępcą dyrektora szpitala, wezwał go na rozmowę. Ubliżał mu, groził zwolnieniem.

OZZL stoi murem za lekarzem. W poniedziałek 18 lutego 2019 opublikowano nagranie z rozmowy z dyrektorem. „Pan się wpierdala nie w to, co potrzeba. Teraz pan może sobie opisać i powiedzieć, a ja się zastanowię, jak panu ulżyć w specjalizacji” – mówił dyrektor podczas spotkania z Fiałkiem.

„Tu nie chodzi o mnie” – mówi OKO.press Fiałek. „Walczymy o normalne warunki pracy, żeby zapewnić bezpieczeństwo lekarzom i pacjentom.

Bo jeśli lekarz pracuje na skraju wyczerpania albo musi być w dwóch miejscach jednocześnie, to zagraża to również pacjentowi, który może zostać źle zdiagnozowany, dłużej czekać.

Ciągle balansujemy na granicy, licząc, że nic się nie stanie. A jeśli się stanie? To winny będzie lekarz”.

Szpital Uniwersytecki nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy poinformował OKO.press, że przygotowuje stanowisko w tej sprawie, które opublikuje dzisiaj na swojej stronie.

Zarządzenie: bądź w dwóch miejscach na raz

W grudniu 2018 roku dyrekcja szpitala, w którym pracuje Fiałek za pomocą zarządzenia zobligowała lekarzy, żeby podczas dyżuru dziennego pracowali w dwóch miejscach jednocześnie — w macierzystym oddziale oraz Szpitalnym Oddziale Ratunkowym (SOR).

Oznaczało to, że lekarz zajmujący się pacjentami oddziałowymi musiał być jednocześnie w gotowości, żeby w pełni zająć się osobami przywożonymi na SOR. Poza stawianiem lekarzy przed wyzwaniem nie do zrealizowania zarządzenia uniemożliwiało rezydentom robienie specjalizacji. W jej programie nie ma pracy na oddziale ratunkowym.

Zarządzenie miało być tymczasowe – braki kadrowe wynikały z tego, że z pracy w SOR zrezygnowała wcześniejsza obsada oddziału. Kamila Wiecińska, rzeczniczka Biziela tłumaczy na łamach „Bydgoskiego Expressu”, że zarządzenie „było wprowadzone w trybie awaryjnym. Lekarze z klinik w podstawowym czasie pracy mieli wspierać SOR w leczeniu pacjentów ze skierowaniami”.

„Nie można «tymczasowo» narażać ludzi na utratę zdrowia i życia” – mówi Fiałek. „A ta tymczasowość trwa od 22 października i miała trwać do 28 lutego. Zarządzenie było  niewykonalne i niezgodne z przepisami”.

„Otrzymałem wiele skarg od lekarzy, prawnicze ekspertyzy oraz stanowisko Izby Lekarskiej. Dyrekcja ignorowała moje prośby o spotkanie, więc zgłosiłem sprawę do Państwowej Inspekcji Pracy. Mnie zarządzenie nawet nie dotyczyło – jestem rezydentem reumatologii, ale jako szef związku zawodowego nie mogłem nie zareagować. Działałem zgodnie z prawem, a w odpowiedzi dyrektor ubliżał mi i groził zwolnieniem”.

Rozmowa

Całość stenogramu można przeczytać tutaj, a rozmowę odsłuchać tutaj.

Dyrektor: 5 styczeń pan powypisywał Wojewoda, Rektorat, Związki.. (?), a od czwartku jest kontrola… Nie pomyliło się panu?

Fiałek: Ale co nie pomyliło mi się?

D.: Pańska rola w tym szpitalu. Pan bierze odpowiedzialność za zarządzenia tym szpitalem?

F.: Nie.

D.: Za bezpieczeństwo pacjentów?

F.: Mam obowiązek zgłosić…

D.: Jaki pan ma obowiązek? Ma pan się uczyć.

F.: Znaczy nie. No jako przewodniczący związku zawodowego…

D.: Chce pan się tu uczyć jeszcze? Czy już pożegnamy się zaraz? […] Dyrektora szpitala obowiązkiem jest zabezpieczyć ciągłość diagnostyczno-leczniczą pacjentów.

F.: No ok.

D.: I pana gówno to interesuje, jakimi sposobami to robi.

Dyrektor nie daje Fiałkowi dojść do słowa. Mówi, że bardzo chętnie „pożegna go” ze szpitala. Oskarża o dezorganizację pracy placówki, brak odpowiedzialności za losy pacjentów.

Mówi, że zarządzenie wynikało z trudnej sytuacji, którą wywołać miał sam Fiałek. Chodzi prawdopodobnie o działalność związkową. „Chodziło o to, że jako związek zawodowy walczyliśmy o przestrzeganie naszych praw i nie pozwalaliśmy na łamanie przepisów” – wyjaśnia OKO.press Fiałek.

Mowa także o Michale – wiceszefie terenowego OPZZ, któremu po skończonej rezydenturze szpital nie przedłużył umowy. „Rozmowa nie pozostawia chyba  wątpliwości dlaczego” — komentuje Fiałek.

„Pewnych rzeczy nie wolno akceptować. Oczywiście, moglibyśmy powiedzieć, a dobra tam – pracujmy w dwóch miejscach na raz, nic się nie stanie. A jak się w końcu stanie? To kto będzie za to odpowiadał? My – lekarze. To my zgodziliśmy się na pracę w takich warunkach. A co, jak się nie zgadzamy?”.

Zastanowię się, jak cię zwolnić

Dyrektor grozi Fiałkowi, że go zwolni i uniemożliwi kończenie specjalizacji.

D.: Pan się wp…a nie w to, co potrzeba. Teraz Pan może sobie opisać i powiedzieć, a ja się zastanowię, jak to sobie pan, jak panu ulżyć w specjalizacji.

Sugeruje, że Fiałek nie ma wsparcia, że jest nielubiany, nikt go w szpitalu nie chce.

D:  I pan niby jakich pracowników reprezentuje?

F. Wszystkich lekarzy,

D.: Ale nikt pana nie chce.

F.: Ale jak nikt nie chce mnie, nie rozumiem?

D.: No to niech pan posłucha jak pana nazywają.

F.: No ok., no ale…

D.: To pan sobie pójdzie i posłucha jak pana nazywają. To jest raz.

F.: Yhy.

D.: A po drugie ja sobie nie życzę, żeby taki człowiek pracował w tym szpitalu. […] Ja pana z paragrafu po prostu wyrzucę. Za dezorganizację pracy i próbę zaburzenia działalności szpitala, podważanie zarządzenia dyrektora, który ma tę moc, bo to jest, to było przejściowe, na okres kryzysowy, dzisiaj już nie ma, od 10 grudnia, czyli przyszedł doktor N…, on już nikogo nie potrzebuje, ma pełen skład, nawet pana nie potrzebuje.

Dobra, wynoś się człowieku stąd. A ja się zastanowię, jak cię zwolnić.

Nagranie opublikował związek zawodowy. Dlaczego? „Związek chciał uwiarygodnić moją relację” – wyjaśnia OKO.press Fiałek. „Próbowano mnie dyskredytować. Sugerowano, że wszystko zmyśliłem, żeby zyskać rozgłos. Mówili: słowo przeciwko słowu. Słyszałem, że sam dyrektor miał zaprzeczać albo przekręcać całą rozmowę. Związek Zawodowy postanowił uciąć te spekulacje”.

W relację Fiałka wierzyła bowiem tylko część środowiska, a Okręgowa Rada Lekarska nie stanęła na razie jednoznacznie po jego stronie.

Trzy billboardy za Bartkiem

„Powiem pani szczerze, ja mam dość” – mówił OKO.press Fiałek. „Jak skończę specjalizację, możliwe, że wyjadę. Nie wyobrażam sobie takiego życia w niepewności. Że kiedy coś powiem, zaraz mnie zwolnią. Mam teraz przeciwko sobie cały ten aparat. Chcą mnie zdyskredytować, a robiłem to, co powinienem! Całe szczęście mam wsparcie Związku”.

W Bydgoszczy na billboardach wywieszono plakaty o treści: „Mówimy »nie« poniżaniu lekarzy i pacjentów! Wspieramy Bartka!” Jeden jest ciągnięty przez samochód krążący po mieście. Dwa pozostałe stoją przy ul. Wojska Polskiego. Wsparcie okazuje też wiele osób w mediach społecznościowych.

„Nagle okazało się, że pisze do mnie mnóstwo innych lekarzy i lekarek: »Bartek, u mnie jest tak samo«”.

O czym pisali?

  • że są zmuszani do brania dyżurów;
  • wymusza się na nich podpisywania klauzuli opt-out (zwiększa ilość godzin pracy z 48 tygodniowo do 78);
  • są szykanowani, słyszą groźby;
  • sugeruje się im, że jeśli się na coś nie zgodzą, stracą pracę;
  • kiedyś się postawili, a teraz odmawia im się udziału w konferencji, urlopów, etc.

„W medycynie tak jest – pracujemy bardzo dużo, mamy miliony argumentów, żeby pracować ponad siły. Łatwo nas do tego przekonać – mówi Fiałek. Najprościej jest z rezydentami – są nowi w służbie zdrowia. Słyszą: „u nas każdy rezydent robi to i to…”.

Na problem w szpitalach zwracała też uwagę lekarka rezydentka Anna Stępień. „Dyrektorzy szpitali i szefowie oddziałów wolą, żeby było tak jak do tej pory – że jeden lekarz obstawia kilka oddziałów [pracując 400, 500 godzin w miesiącu]. Z ich punktu widzenia to był i bardzo często wciąż jest złoty interes. Tyle że korzystne jest to wyłącznie dla nich, bo i dla lekarza, i dla pacjentów już z pewnością nie. Ale nikt się tym nie przejmuje, bo ważny jest system, a nie pacjent. O lekarzach nawet nie wspominając”.

„Dla dyrektorów szpitali nie liczy się więc jakość usług, tylko to, żeby był ktoś do ich świadczenia. To, czy działania takiej osoby przynoszą negatywne skutki, ma drugorzędne znaczenie. Nie ma żadnych konsekwencji, jedziemy dalej. Konsekwencje są wyłącznie dla niepokornych, czyli ludzi, którzy znają swoje prawa”.

Stępień też grożono już, że pracy po rezydenturze nie znajdzie. „Moje plany nie są już związane z Polską. Odliczam czas”.

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym