Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Michal Ryniak / Agencja Wyborcza.plFot. Michal Ryniak /...

Na zdjęciu: badania geologiczne na terenie przeznaczonym pod budowę pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej w gminie Choczewo w województwie pomorskim. Fot. Michal Ryniak/Agencja Wyborcza.pl

Polskie Elektrownie Jądrowe (PEJ) poinformowały ostatnio, że zakończyły „kluczowy element” pierwszego etapu prac przygotowawczych związanych z budową elektrowni jądrowej w gminie Choczewo na Pomorzu. Chodzi o oczyszczenie placu budowy z drzew i krzewów. W tym roku rozpocznie się etap kolejny, czyli przygotowanie infrastruktury technicznej placu budowy. Prace nad samym obiektem – kluczowym elementem transformacji energetycznej kraju wg PEJ – mają rozpocząć się w roku 2028.

Wojciech Kość, OKO.press: Dzietność w Polsce jest jedną z najniższych w Europie i będzie spadać. Czy w związku z tym zużycie energii elektrycznej także będzie się zmniejszać, a jeśli tak – po co nam atomowa gigantomania za setki miliardów złotych?

Adam Błażowski, WePlanet: Błąd w takim myśleniu polega na prostym utożsamianiu liczby ludności z zapotrzebowaniem na energię elektryczną. Nawet mając mniej obywateli, Polska będzie potrzebowała więcej energii do zasilania nowych pomp ciepła, samochodów elektrycznych, przemysłu i reszty elektryfikującej się gospodarki. Według przewidywań Międzynarodowej Agencji Energii prognozowane zużycie energii elektrycznej w Polsce ma rosnąć w średniorocznym tempie ponad proc. w najbliższych pięciu latach. To trzykrotnie szybsze tempo niż w latach 2018–2025.

Drugim ważnym argumentem za koniecznością przebudowy energetyki jest nie tyle sam klimat, ile fakt, że nasze obecne bloki węglowe są po prostu wiekowe, mają średnio 40 lat. A że z węgla czerpiemy około 60 proc. naszej energii elektrycznej, musimy budować nowe bloki tzw. mocy dyspozycyjnych. Czyli takich, których pracę możemy zaplanować z wyprzedzeniem niezależnie od warunków pogodowych. To dzięki nim możemy integrować pogodozależne źródła odnawialne (OZE). W efekcie redukujemy też emisje CO₂.

Dla mnie, jako osoby żywotnie zainteresowanej ochroną przyrody, ważny jest też element środowiskowy: energetyka jądrowa produkuje najwięcej energii z najmniejszego obszaru. Ze stosunkowo niewielkiego obszaru w Choczewie będziemy czerpać aż kilkanaście procent energii elektrycznej dla kraju – dziesiątki terawatogodzin rocznie. To ważny ekologiczny argument za atomem.

Chcesz powiedzieć, że coraz mniej Polaków będzie potrzebować coraz więcej prądu?

Według prognoz – czy to Międzynarodowej Agencji Energii, czy naszego Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu – czekają nas mocne wzrosty zapotrzebowania na energię elektryczną w następnych dekadach. To, jak będzie w rzeczywistości, zależeć będzie od tego, w jakim stopniu zelektryfikujemy transport, przemysł i domowe ogrzewanie oraz od ogólnej kondycji gospodarki, a także naszej sytuacji geopolitycznej. Jednak nawet jeśli te prognozy się nie zrealizują, nie oznacza to, że energia jądrowa nie jest w Polsce potrzebna. Za tą inwestycją stoi wiele przesłanek, a główna jest taka, że jeśli mamy konsensus społeczny co do niebudowania kolejnych elektrowni węglowych i nie mamy też własnego gazu ziemnego, to inaczej po prostu – mówiąc obrazowo – zgaśnie nam światło.

Co z OZE?

Ale to koszt w wysokości 200 miliardów złotych... Czy nie byłoby taniej, zamiast w atom, inwestować w magazyny energii? Biogaz? Nie mówiąc już o wiatrakach i “solarach”.

Magazyny energii rzeczywiście tanieją i w słonecznej Kalifornii odgrywają już widoczną rolę w codziennej pracy systemu. I choć nie są per se źródłem energii, a jedynie ją magazynują, to pozwalają redukować ilość spalanego gazu i wspierają system energetyczny podczas krytycznych porannych szczytów zapotrzebowania i południowych nadwyżek produkcji z instalacji słonecznych.

Jednak ostatecznie magazyny energii – choć pozwalają integrować więcej OZE w systemie – jedynie skracają czas pracy elektrowni gazowych. Niestety, nie eliminują potrzeby ich budowy i utrzymywania. Baterie aktualnie pozwalają na magazynowanie energii zaledwie na minuty lub godziny. By zastąpić gazówki, musielibyśmy być w stanie magazynować energię na ok. dwa tygodnie. To z kolei uderza w opłacalność takiego rozwiązania, bo ta jest bardzo zależna od liczby cykli ładowania i rozładowania w roku. Jeśli chcemy bateriami pokryć 300 takich sytuacji w roku, to może to być dość opłacalne. A co jeśli będzie ich tylko kilka lub kilkanaście?

Żaden prywatny inwestor nie będzie budować infrastruktury na wypadek tak małej liczby zdarzeń, bo tak rzadkie wykorzystanie baterii nie pokryje kosztu ich instalacji. Chyba że zaakceptowalibyśmy absurdalnie wysokie koszty energii w okresach bez wiatru i słońca, na co – po niedawnych problemach Szwecji, Teksasu i Kalifornii – nie widać przyzwolenia społecznego.

Energia z biogazu jest bardzo kosztowna; metanu w biogazie jest tylko 60 proc. i jego odseparowanie nie jest darmowe. Potencjał biogazu wydaje się być bardziej ograniczony, niż woleliby to widzieć jego zwolennicy. Pomimo licznych i szczodrych subwencji w Niemczech w roku 2020 biogazownie wytworzyły 41 TWh energii elektrycznej. W roku 2025 – już tylko 35 TWh. Biogaz potrzebny nam będzie dużo bardziej do dekarbonizacji innych obszarów gospodarki, gdzie wielu zamienników, w przeciwieństwie do energetyki, po prostu nie ma – na przykład w produkcji nawozów czy tworzyw sztucznych.

Zależni od pogody?

Jakie skutki dla polskiego miksu energetycznego będzie mieć uruchomienie elektrowni atomowej w gminie Choczewo?

Bardzo jednoznaczne: pozwoli wyłączyć Bełchatów, któremu kończy się brudny węgiel brunatny. Przy czym, moim zdaniem, lepiej jest trochę przedłużyć czas pracy starych bloków węglowych i zastąpić je atomem, niż w ich miejsce budować nowe bloki gazowe, których resurs będzie trwał 40 kolejnych lat. Pamiętajmy też, że pogodozależne OZE nie zastąpią elektrowni węglowych w 100 proc. Ograniczą ilość spalanego węgla, ale dużą elektrownię węglową z pełną gamą usług sieciowych możemy w praktyce zastąpić albo elektrownią jądrową, albo gazową.

Widzimy to w Niemczech, gdzie po odejściu od atomu planowana jest budowa ok. 25 GW nowych mocy gazowych i nie ma żadnych solidnych planów ani terminów odejścia od tego gazu poza coraz bardziej nierealnymi mrzonkami o wodorze w energetyce. Wyłączając swój atom, Niemcy wpakowali się w pułapkę gazową na dekady: wytwarzanie energii z gazu jest dziś dwa razy wyższe niż w 1990, kiedy Niemcy Zachodnie – jeszcze przed zjednoczeniem – osiągnęły już poziom 50 proc. czystego miksu energetycznego dzięki atomowi. Pamiętajmy, że gaz to paliwo kopalne i emisje z jego spalania pogarszają kryzys klimatyczny.

Wysokie rachunki

Za każdym razem, gdy mówisz o OZE, nieco zgryźliwym tonem dodajesz „pogodozależne”. Co w ten sposób sugerujesz?

Chyba próbujesz mi wmówić, że jestem przeciwnikiem OZE jako takich? Nie, ja jestem przeciwnikiem przeciwstawiania OZE atomowi. To nie są tożsame technologie, pełnią w systemie różne role i powinny powstawać równolegle, szczególnie że moce OZE buduje się dużo szybciej. Upraszczanie tych kwestii prowadzi jednak do porównywania rzeczy nieporównywalnych.

OZE jest tanie, kiedy wieje wiatr i świeci słońce. Ale w okresach bez słońca i wiatru – a takie w Polsce potrafią trwać tydzień albo i dłużej – OZE wymagają niemal pełnego zastąpienia elektrowniami gazowymi. To jest dodatkowy koszt.

Przeciwnicy atomu często argumentują, używając wartości LCOE (tzw. uśredniony koszt energii), która nie obejmuje całości kosztów systemowych i w bardzo niewielkim stopniu przekłada się na koszt naszego prądu w gniazdkach. To manipulacja, na którą należy zwracać uwagę w dyskusji, bo w rzeczywistości okazuje się, że „co tanie, to drogie” i vice versa. Innymi słowy, koszty systemowe integracji tanich źródeł mogą być bardzo wysokie.

Prowadzi to do paradoksu, że pomimo spadających cen na giełdach energii ostatecznie płacimy coraz wyższe rachunki. Ludzie czują się w tej kwestii okłamywani.

Ale czy atom może pełnić rolę stabilizatora systemu, w którym dużą rolę odgrywają OZE? Elektrownie gazowe są emisyjne – no trudno. Przynajmniej łatwo nimi sterować i nie narażają systemu na niestabilność.

Wiele osób rozumie różne rzeczy przez „stabilizację”, dlatego warto to wyjaśnić. Atom może i powinien stabilizować sieć energetyczną, to jest świadczyć kluczowe usługi sieciowe, pilnując napięcia, częstotliwości i zarządzać energią w sposób niemal zeroemisyjny. Takie usługi potrzebne są 24 godziny na dobę i dlatego atom powinien pracować w tzw. podstawie, czyli z jak najwyższym współczynnikiem wykorzystania. Wtedy możemy budować mniej elektrowni gazowych, a więc zmniejszyć zależność od głównie importowanego gazu, oraz możemy do pewnego stopnia ograniczyć rolę baterii i OZE, co wiąże się z oszczędnościami tak na paliwie, jak i na samych wydatkach inwestycyjnych.

Zdarza się jednak, że w dyskusjach – a nawet, co mnie martwi, w niektórych interpretacjach decyzji Komisji Europejskiej! – atom sprowadzany jest do roli źródła szczytowego, aktywnego tylko przez niewielką część czasu, podobnie jak prosta elektrownia gazowa. W ten sposób tracimy źródło wartościowych usług sieciowych, jednocześnie budując sobie bardzo kosztowną „katedrę energetyczną”, która otwarta jest tylko w – dajmy na to – czwartki i niedziele.

Przeczytaj także:

Kiedy energia z atomu?

EJ ma zacząć działać raptem za 10 lat – w 2036 roku. Wierzysz w to?

Nie wiem, jakie wielkie inwestycje w ostatnich latach zrealizowano w Europie w zgodzie z budżetem i harmonogramem. Chyba nie przychodzi mi żadna do głowy. To jeszcze nie znaczy, że nie należy ich podejmować. Harmonogramy opiera się o przeszłe projekty wykonawcy, a kontrakty powinny być obarczone sprawiedliwym podziałem ryzyk. W ten sposób można kontrolować realizację inwestycji i ewentualne przekroczenia.

Przeciwnicy polskiego atomu już raz pomogli zablokować budowę w Żarnowcu, co poskutkowało powstaniem elektrowni węglowej w Opolu, bo potrzebowaliśmy prądu tak czy inaczej. Dziś te same osoby przekonują do zarzucenia projektu w Choczewie, co zablokuje nam możliwość odejścia od węgla i gazu w przewidywalnej przyszłości, tak jak to się stało w Niemczech. W Excelu można budować wspaniałe wizje kraju zasilanego jedynie wiatrakami i panelami PV, ale tak się nie buduje infrastruktury krytycznej 20. gospodarki świata.

W jaki sposób powinny zostać zabezpieczone odpady z EJ?

Tak samo jak we wszystkich innych cywilizowanych krajach – pod nadzorem Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Branża jądrowa jest jedyną branżą energetyki, gdzie odpady są trwale i w całości izolowane od otoczenia. Po wyjęciu z reaktora trafiają do specjalnego basenu. Po kilku latach lądują w specjalnych betonowych pojemnikach i mogą tak stać nawet pod gołym niebem. Gdy uzbiera się ich odpowiednia ilość, można poddać je recyklingowi lub składować głęboko w formacjach skalnych, tak jak robią to Finowie. Z ekologicznego punktu widzenia jest to „bajka” w porównaniu z elektrownią węglową, która w czasie normalnej pracy emituje do środowiska CO₂ oraz rtęć, a odpady i popioły tworzą przy elektrowni ogromną toksyczną górę.

Co zadecydowało o lokalizacji EJ w gminie Choczewo?

Szereg czynników: lokalizacja na Pomorzu, dokąd zawsze energię importowano z innych części kraju, stosunkowo niewielka ingerencja środowiskowa w tej lokalizacji (brak obszarów Natura 2000), bliskość morza, co pozwala na rezygnację z chłodni kominowych i podniesienie efektywności pracy. Wreszcie potrzeba rozwoju lokalnych społeczności, o których przez ostatnie 30 lat trochę zapomniano. Choczewo i okoliczne gminy mają szansę nie tylko na powrót kolei i nowe drogi ekspresowe, ale również na to, że będą najbogatszymi gminami w Polsce. Jako Dolnoślązak zazdroszczę Pomorzanom.

Potrzebna więcej niż jedna elektrownia

Czy polski rząd popełnił błąd, wskazując Amerykanów na partnerów projektu na jego bardzo wczesnym etapie? Teraz będą pogrywać nami jak Trump Grenlandią...

Rząd powinien mieć prawo podejmowania decyzji strategicznych i geopolitycznych na podstawie znanych sobie przesłanek. Z efektów tych decyzji jest potem rozliczany, przy czym projekty jądrowe są z definicji wielopokoleniowe, a czas ich realizacji oraz ogromne korzyści z nich płynące są rozłożone na wiele dekad, więc ocenią to historycy. Łatwo jest kreślić alternatywy na papierze, ale inaczej jest, gdy odpowiadamy za energetykę dla dziesiątek milionów Polaków. Z tej perspektywy brak decyzji jest decyzją najgorszą. Zobaczymy, jak ten proces będzie wyglądał przy decyzjach o drugiej elektrowni jądrowej.

Po co nam druga elektrownia jądrowa za kolejne setki miliardów złotych?

Bo jedna to za mało, by odejść od węgla. Ważny jest też aspekt społeczny: w Koninie i Bełchatowie, gdzie może powstać taka elektrownia, potrzebna jest alternatywa „na czasy po węglu” dla dziesiątek tysięcy pracowników i dostawców usług do elektrowni. Przeciwnicy atomu często pomijają ten aspekt „sprawiedliwej transformacji”, a jest on niezwykle ważny. W obu tych lokalizacjach widzimy niemal 100 proc. poparcie dla projektów jądrowych. Atom jest szansą na cywilizacyjny skok do przodu w czasach, gdy przyszłość jest niepewna, a regiony bez jasnej wizji rozwojowej będą szybko się wyludniać.

;
Wojciech Kość

W OKO.press pisze głównie o kryzysie klimatycznym i ochronie środowiska. Publikuje także relacje z Polski w mediach anglojęzycznych: Politico Europe, IntelliNews, czy Notes from Poland. Twitter: https://twitter.com/WojciechKosc

Komentarze