Złudna partnerskość, mitologia bycia „przedsiębiorcą”, który wziął sprawy w swoje ręce. A naprawdę? Wystarczy zachorować, by się przekonać. Parę miesięcy temu internet obiegło zdjęcie, na którym kurier dużej firmy przesyłkowej pakował do vana paczki. Na jednej nodze miał gips, na drugiej ortezę. Tzw. gig economy podgryza rynek pracy na zgubę pracowników

„Nie zatrudniamy cię, tylko bierzemy na pokład. Nie pracujesz dla nas, pracujesz z nami. Nie jeździsz dla nas, wykonujesz usługę. (…) Jesteś kierowcą na franczyzie, panem swojego losu. Wojownikiem, a nie przegranym” – takimi słowami, w pierwszej scenie nowego filmu Kena Loacha „Nie ma nas w domu”, główny bohater zostaje przyjęty do pracy w firmie kurierskiej.

Złudna partnerskość i równość, nieustanna niepewność, mitologia bycia “przedsiębiorcą”, który wziął sprawy w swoje ręce – na tym polega gig economy.


Tzw. gig economy to jeden z tematów najnowszego filmu Kena Loacha „Nie ma nas w domu”. M2 Films i OKO.press zapraszają na przedpremierowy pokaz, 12 listopada o 18.30 w warszawskim kinie Kinoteka. Loach to mistrz kina społecznego, za poprzedni film „Ja, Daniel Blake” otrzymał Złotą Palmę w Cannes.

Po seansie odbędzie się debata, którą poprowadzi Bartosz Kocejko, redaktor OKO.press. W dyskusji udział wezmą posłanka na Sejm RP Magdalena Biejat (Lewica Razem), dziennikarka Adriana Rozwadowska („Gazeta Wyborcza”) oraz Dominik Owczarek z Instytutu Spraw Publicznych.

Debatę „Co się stało z naszą pracą?” będziemy też transmitować na profilu OKO.press na Facebooku. Relacja pojawi się również na stronie OKO.press.

UWAGA: dla regularnych Darczyńców OKO.press mamy 25 podwójnych zaproszeń na pokaz i debatę, zainteresowane osoby prosimy o wysyłanie maila z tytułem „Pokaz i debata” na adres [email protected]


Gospodarka fuch

Termin gig economy można przełożyć jako „gospodarka fuch” – chodzi o rozrastające się sektory gospodarki, w których zatrudnienie przestaje przyjmować formę pracy etatowej, a zaczyna być oparte na krótkoterminowych kontraktach i niestabilnych umowach, często zapośredniczonych przez rozmaite cyfrowe platformy. Mowa o kierowcach Ubera, dostarczycielach jedzenia w firmach takich jak Deliveroo czy UberEats, ale także kurierach rozwożących paczki, którzy formalnie są samozatrudnionymi przedsiębiorcami świadczącymi usługi korporacjom kurierskim.

Choć gig economy często przedstawia się jako spontaniczny produkt postępu technologicznego, niemal wszystkie zawody, o których mowa, istnieją od dekad – praca kierowcy Ubera niczym w istocie nie różni się od pracy taksówkarza. Jaka jest więc różnica?

Przemiany technologiczne, za którymi nie nadąża prawo, pozwoliły na pozbawienie pracowników stabilności pracy i praw pracowniczych, przerzucając na nich znaczną część ryzyka związanego z prowadzeniem działalności gospodarczej.

Jak pisał analityk nowych technologii Tom Goodwin, Uber – największa korporacja taksówkarska świata – nie posiada samochodów. Facebook, najpopularniejsza platforma medialna, nie tworzy żadnych treści, Alibaba, największy sprzedawca na świecie, nie ma magazynów. A Airbnb, największa firma w branży hotelarskiej, nie posiada nieruchomości.

Wszystkie te spółki zajmują się dziś niemal wyłącznie pośrednictwem i nadzorowaniem procesów. Uber mający niemal 4 miliony kierowców na całym świecie, zatrudnia tylko 22 tysiące osób. Nie musi dbać o 4 miliony samochodów, ich ubezpieczenia, mandaty ani stan techniczny. Nie musi też martwić się o stan zdrowia pracowników, godziny ich pracy ani przyszłą emeryturę. Wszystko to spada na barki „przedsiębiorców”, którzy w istocie są pozbawionymi swoich praw pracownikami.

Gig economy po polsku

Na tle krajów Unii, Polska jest w czołówce jeżeli chodzi o odsetek samozatrudnionych. Zajmujemy trzecie miejsce z wynikiem 18 proc. – niemal co piąta pracująca osoba w Polsce prowadzi działalność gospodarczą. Wbrew obiegowej mitologii, niekoniecznie musi świadczyć to o wyjątkowej przedsiębiorczości Polek i Polaków – wiele z nich to osoby, które pozostają w relacji pracy i świadczą usługi jednemu kontrahentowi, lecz zostały wypchnięte na samozatrudnienie.

Dane GUS mówią, że w przypadku aż 522 tysięcy z nich ponad 75 proc. rocznych dochodów pochodzi od jednego klienta.

Jaka część z nich to pracownicy gig economy? Raport Dominika Owczarka z Instytutu Spraw Publicznych wskazuje, że co dziewiąty Polak w wieku produkcyjnym miał doświadczenie z pracą na platformach cyfrowych takich jak Uber, lecz dla znacznej większości z nich była to praca poboczna. Dochody niemal połowy „pracowników platformowych” z tytułu tej pracy nie przekraczały 1000 złotych miesięcznie. Tylko 4 proc. Polek i Polaków pracuje w ten sposób regularnie.

Jaką twarz ma polska gig economy? Parę miesięcy temu internet obiegło zdjęcie, na którym kurier pracujący w Szczecinku pakował do vana paczki. Na jednej nodze miał gips, na drugie ortezę.

Gdyby był zatrudniony na umowie o pracę, przysługiwałoby mu płatne zwolnienie chorobowe – pokrywane najpierw przez pracodawcę, a potem przez ZUS.

Jako podwykonawca świadczący usługi dla firmy kurierskiej DPD wiedział natomiast, że zgodnie z umową kurierską spółka miałaby prawo nałożyć na niego karę za niestawienie się danego dnia w pracy. Jak wyjaśniała później rzeczniczka prasowa DPD Małgorzata Maj: „w takich sytuacjach podwykonawca zobowiązany jest zorganizować zastępstwo. DPD zaproponowała kurierowi przekazanie paczek z jego rejonu innemu podwykonawcy. Jak się później okazało, kurier mimo wszystko uczestniczył w rozwożeniu przesyłek (jako pasażer), co nie powinno mieć miejsca”. Spółka wyraziła ubolewanie.

Bez względu na to, jakie są formalne ścieżki radzenia sobie z takimi sytuacjami w korporacjach, faktem jest, że kurier pracował. Nie wiemy, czy bał się kar, konsekwencji finansowych, czy musiał wyrobić normy. Trudno podejrzewać, by robił to z pasji.

Film „Nie ma nas w domu” Kena Loacha opowiada historię kuriera bardzo podobną do tej ze Szczecinka. Pokazuje, co dzieje się w psychice człowieka pozbawionego podstawowej stabilności i z jakimi wyborami musi się on mierzyć.

Słownik gig economy

W komunikacie rzeczniczka powtarzała również, że kurierzy nie są pracownikami DPD, a przedsiębiorcami. To element słownika gig economy, który fałszuje obraz stosunków pomiędzy korporacjami a de facto pracownikami.

Słowo „przedsiębiorca” sugeruje, że istnieje jedna grupa o wspólnym interesie, do której należy Jan Kulczyk i prezes Comarchu z jednej strony, a franczyzobiorca prowadzącego Żabkę i kurier DPD z drugiej. To fikcja, bo położenia klasowego nie wyznacza posiadanie numeru KRS ani to, czy rozliczasz się w oparciu o PIT czy CIT.

Zamaskowana nierówność klasowa powraca tu w pełnej krasie – formalnie partnerskie relacje pomiędzy korporacją kurierską a jednoosobową działalnością gospodarczą pracownika (często pracującego za pomocą wypożyczonego sprzętu czy pojazdu), są fundamentalnie nierówne. Korporacja, jeśli nie zatrudni pracownika, pozbawi się szansy na dodatkowy zysk, pracownik, jeśli nie podejmie pracy, nie będzie miał za co żyć.

Gig economy bardzo często wychwalana jest za elastyczność, która pozwala firmom zlecać zadania wtedy, gdy popyt na ich usługi i produkty rośnie, a pracownikom podejmować się ich, kiedy akurat mają czas i gotowość do pracy. W połączeniu z szerokim zastosowaniem algorytmów, big data i sztucznej inteligencji przekłada się to na wzrost wydajności, spadek liczby pustych przebiegów, a co za tym idzie – spadek cen usług.

Ten medal ma jednak dwie strony – opiewana przez zatrudniających elastyczność, w języku pracownika nazywa się zwykle brakiem stabilności, niepewnością tego, ile w danym miesiącu będzie pracował, ile zarobi, na co może sobie pozwolić.

Brak umowy o pracę sprawia, że każde zwolnienie chorobowe jest rezygnacją ze znacznej części zarobków, pozbawia prawa do urlopu, skrajnie utrudnia samoorganizację i działanie w ramach związków zawodowych.

Technologiczna dystopia

Wiele branż funkcjonujących dziś w ramach gig economy wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby nie informatyzacja i postęp technologiczny.

Rzadko kiedy jednak poświęca się więcej uwagi temu, skąd konkretnie wziął się wzrost wydajności wynikający z cyfryzacji i czyim kosztem się dokonał. A dokonał się przede wszystkim kosztem pracowników – bo rozwój technik zarządzania i informatyzacja wzmocniły w znacznym stopniu rygor i dyscyplinę pracy, tworząc nowe mechanizmy kontroli, jakie nad pracownikiem może sprawować przełożony.

Przypadek firm kurierskich dostarcza pełnego wachlarza narzędzi, o których mowa – paczki są nieustannie monitorowane, w dniu doręczenia można na żywo podejrzeć lokalizację kuriera, nieustannie podpiętego pod GPS, i obserwować jak porusza się po mieście. Pracownicy są nieustannie śledzeni i kontrolowani, rozliczani z każdej minuty pracy i każdej przerwy, którą sobie robią. Technologie oparte na big data, które zmniejszają liczbę pustych przebiegów, optymalizując trasy i liczby paczek przewożonych przez kierowców, obniżają koszty i pozwalają wykorzystać moce przerobowe w 100 procentach.

Z drugiej strony – każda taka optymalizacja, to pozbawienie kuriera chwili przerwy czy odpoczynku, która kiedyś wynikała z niedostatecznych możliwości spedycyjnych firmy. Choć rozwój internetu i cyfryzacja mogły uwolnić nas od części naszej pracy i sprawić, że zaczęlibyśmy pracować krócej, wraz z postępującą informatyzacją pracujemy więcej, pracujemy dłużej i mamy mniej stabilności. To wszystko za – względnie – coraz niższe stawki, bo tempo wzrostu płac od kilkudziesięciu lat nie nadąża za tempem wzrostu produktywności pracy.

Monopole infrastrukturalne

Znaczna większość wymienionych problemów wynika z tego, że platformy cyfrowe bardzo szybko tworzą monopole infrastrukturalne. Monopol infrastrukturalny to sytuacja, w której jeden podmiot – monopolista, funkcjonuje lepiej i znacznie bardziej wydajnie niż gdyby na rynku działały liczne, konkurujące ze sobą firmy.

Najbardziej oczywistym przykładem może być sieć wodociągów albo sieć elektroenergetyczna – kładzenie dwóch rurociągów, albo dwóch linii wysokiego napięcia byłoby marnotrawstwem. Podobnie ma się sprawa ze znaczną większością współczesnych gigantów cyfrowych – jedna, cyfrowa korporacja taksówkarska, dysponująca znacznie większą flotą samochodów i niemusząca wydawać dużych pieniędzy na reklamę i działy sprzedaży, będzie wielokrotnie bardziej wydajna niż dziesięć, które będą ze sobą konkurować.

Trzy alternatywy dla Facebooka, z których na każdym byłaby część twoich znajomych, nie miałyby żadnego sensu. To samo tyczy się filmowych czy muzycznych serwisami streamingowych. W każdym z tych przykładów monopol niesie za sobą korzyści skali.

To, że giganci cyfrowi bardzo szybko zajmują monopolistyczne pozycje, wynika wprost z charakteru rynków, na których się poruszają. Problem pojawia się w momencie, w którym monopole są prywatne. Wtedy monopolista ma znaczną dowolność w tym, jak na danym rynku będzie kształtować ceny – właśnie o to walczy od lat Uber, stosując na razie dumping cenowy, który ma zabić tradycyjne korporacje taksówkarskie.

Może również narzucać warunki pracownikom w sektorze, w którym funkcjonuje, tu właśnie wyrasta większość patologii związanych z gig economy.

OKO pisze o polskiej gospodarce.
Wesprzesz nasze finanse?

Nauczyciel ekonomii, redaktor Magazynu Kontakt. Zajmuje się socjologią nauk społecznych.


Komentarze

  1. Michał Kozłowski

    Może czegoś nie rozumiem. Skoro w Polsce praktycznie nie ma bezrobocia, nawet szerzej prawie w całej Unii nie ma to czy ktoś zmusza te osoby do takiego modelu pracy? W każdej chwili mogą zatrudnić się gdziekolwiek i pracować na umowę o pracę z ubezpieczeniem zdrowotnym i innymi świadczeniami. Wybierają taki model pracy i stają się tym samym odpowiedzialni za odłożenie pieniędzy na emeryturę itp

      • Michał Kozłowski

        Moja wizja bierze się stąd, że w co drugim sklepie, barze, restauracji widzę ogłoszenia o pracę. Wszyscy moi znajomi, którzy mają firmy poszukują pracowników i to wcale nie jakichś specjalistów.

    • Tadeusz Kuzmin

      To "niskie bezrobocie" to jak rozumiem to zarejestrowane. Jak zmierzyć niezarejestrowane?

      Patrząc na to jak przedsiębiorcy traktują pracowników, już na poziomie ogłoszenia o pracę, gdzie traktuje się człowieka jak przygłupa, którego mają nie obchodzić warunki, tylko ekspres do kawy, i prezent na święta, nie dziwię się, że jest tak dużo nieobsadzonych stanowisk. Mówią, że brakuje pracowników, a może brakuje desperatów?

  2. Empereur de Pologne

    Jakim prawem autor twierdzi, że osoby o których mowa zostały "wypchnięte na samozatrudnienie"? Na jakiej podstawie zakłada, że osoby te nie wybrały dobrowolnie takiej formy pracy, gdyż z jakiegokolwiek powodu oceniły ją jako korzystniejszą?
    Nietrudno odpowiedzieć. Autor, jak zdecydowana większość ludzi o lewicowym oglądzie na rzeczywistość żyje w przeświadczeniu, że wie lepiej, co jest dla ludzi dobre, niż oni sami.
    Tylko, jak zapytałem na wstępie – jakim prawem?

    • Zenon Czosnek

      Bo tak wyglądają realia.

      Nie wierzysz? Spróbuj zatrudnić się w dzisiejszych czasach jako kurier na etacie i mieć płacone za godzinę z prawem do urlopu, płatnymi nagdodzinami i wszystkim. Powodzenia.

      Firmy wypychają ludzi na takie zatrudnienie bo nie oferują alternatywy. Ktos, kto chce pracować w danym zawodzie, albo z racji braku wykształcenia nie jest w stanie wykonywać wyżej wykwalifikowanych prac często po prostu nie ma możliwosci zatrudnienia się w inny sposób niż jako biedafirma – kontrahent wielkiej korporacji.

    • Zenon Czosnek

      Owszem, są ludzie, którym opłaca się być samozatrudnionymi – na przykład wysoko opłacani programiści.

      Ale im się to opłaca głównie z powodu "optymalizacji podatkowej" – udając, że są niezależnymi firmami współpracującymi z firmą pracodawcą płacą mniejsze podatki niż płaciliby gdyby byli normalnie zatrudnieni na umowę.

    • Dacar Arunsone

      Witam pana informatyka tudzież managera na kontrakcie (ale oni na ogół nie mają czasu na pisanie takich bzdur). Wyjaśniam, że prawo, z którego korzysta redaktor zwie się "wolność słowa" i liberałowie, a nawet neokonserwatyści i libertarianie podobno daliby się za nie pociąć.
      Na jakiej podstawie zakłada? Na podstawie twardych danych. Ja, nawet jako senior software engineer w jednej robocie zostałom "wypchnięte na samozatrudnienie", okej, nawet dali za to premię i oficjalnie można było zostać na etacie, ale wicie rozumicie, tylko wy tak chcecie, inni młodzi dynamiczni dawno na swoim. Czemu nie zmienić pracy, skoro podobno bezrobocie to najgorsze pięć minut w życiu informatyka? No, może teraz, ale wtedy był akurat kryzys, firmy nie rekrutowały i cięły stawki, więc do wyboru było to, albo ryzyko szukania pracy dłużej niż pięć minut i niekoniecznie za stawkę, z którą budżet się domknie ("senior" niby nic nie znaczy w tej branży, ale u mnie znaczy rodzinę, dzieci w tym jedno niepełnosprawne i rachunki do popłacenia). I owszem, kryzys się skończył, a ja znów na etacie i za lepsze pieniądze niż na "swoim" (wiem, że mogę teoretycznie mieć jeszcze lepsze na B2B ale urlop z dziećmi ma też swoje zalety).

      • Dacar Arunsone

        A teraz patrzę wokół. Widzę sprzątaczki "na działalności", portiera w firmie zatrudnionego przez trzy inne firmy, na końcu jego własną. Nie mają nawet mojej pozycji negocjacyjnej (a jestem świadome, że wbrew temu co sądzą ludzie z mojego pokoju w biurze wcale nie mamy takiej zarąbistej pozycji negocjacyjnej jak im się wydaje). Nikt ich nie zatrudni na rozmowę o pracę. Nie mają wykształcenia, niektórzy mają już swoje lata. Albo robią na takich zasadach, albo na czarno, albo wcale.
        Co do tego, co sądzi autor, nie widać tego w artykule, który po prostu opisuje przesraną sytuację takich ludzi. B2B to nie tylko pana znajomi z open space (albo Skype for Business). Raczej stanowi pan mniejszość, której rzeczywiście lepiej, do czasu w którym będzie pan musiał pójść do szpitala na ten przykład. Zdarzyło mi się leczyć "za swoje", nie polecam, a przypadek był naprawdę prosty. Samo L4 potem to według chirurga powinno być conajmniej miesiąc, po targach zgodził się że 3 tygodnie wystarczą. Proszę sobie policzyć.

  3. Toczygroszek wiślański

    Sprawa jest prosta – będąc na samozatrudnieniu opłaca się to finansowo. Prócz mniejszych kosztów pracowniczych dochodzą profity z możliwości wrzucenia w koszty usług telekomunikacujnych, samochodu, narzędzi itd. Za te same koszty pracodawcy "pracownik" dostaje więcej pieniędzy. Jest to też dobry start do przejścia na całkowitą niezależność biznesową. Nie ma obowiązku bycia kurierem, pracy na etat jest pod dostatkiem – tylko że za najniższą krajową, a na samozatrudnieniu wyjdzie ostatecznie na rękę odpowiednio więcej. To nie jest tak, że pracodawca płaci zam ze swoich pieniędzy za urlop – to są nasze pieniądze, które zamiast dostawać co miesiąc dostajemy raz na roku w postaci wolnego – czy nam się to podoba, czy nie.

  4. Andrzej Maciejewicz

    Autor jakoś nie zauważył, że samozatrudnienie to obrona pracodawców przed składkami ZUS, minimalnym wynagrodzeniem, komunistycznym kodeksem pracy i bezrobociem. Przed dziewiętnastowiecznym rynkiem pracy, w którym tacy jak on robią wrażenie.
    Oczywiście są patologie, ale po stronie pracobiorcow także.

Masz cynk?