Prawa autorskie: AFPAFP
17 listopada 2022

Zabłąkana rakieta z 1999 roku. „NATO bombarduje mój dom!" - zawołała koleżanka z Sofii

Rakieta ukraińska, która spadła na Przewodów, nie była ani pierwszym, ani ostatnim pociskiem, który trafił ze strefy wojny na terytorium państwa trzeciego. W 1999 roku byłem świadkiem przerażenia koleżanki z Sofii, gdy rakieta NATO zamiast w serbskie cele uderzyła w jej dzielnicę w stolicy Bułgarii

Pomyłki, awarie i błędy ludzkie były w przeszłości przyczyną wielu incydentów spowodowanych przez zabłąkane rakiety spadające na tereny państw sąsiadujących ze strefami wojny. Błędy popełniało także NATO.

NATO bombarduje mój dom!

To był kwiecień 1999 roku, razem z grupą zagranicznych krytyków teatralnych byłem gościem Berlińskich Spotkań Teatralnych. W przerwie jednego z przedstawień nasza koleżanka z Bułgarii wybiegła nagle bez słowa z teatru, aby zatelefonować do domu. Wróciła roztrzęsiona: "NATO zbombardowało moją dzielnicę".

Nie chciało nam się wierzyć. Wiedzieliśmy, że w Serbii trwa operacja wojskowa sił NATO, której celem było zatrzymanie czystek etnicznych w Kosowie. Samoloty atakowały cele militarne. Ale atak na Sofię!? Ponad 400 kilometrów od Belgradu? To był absurd.

Internetowe media nie były jeszcze rozwinięte, musieliśmy poczekać na poranne wydania gazet. Rzeczywiście, na pierwszych stronach niemieckiej prasy znaleźliśmy informacje o „zabłąkanym” pocisku, wystrzelonym z NATO-wskiego samolotu. Pocisk spadł na dom na przedmieściach Sofii. Na szczęście nie doszło do eksplozji. Pocisk zniszczył dach domu, nikomu nic się nie stało.

Jak się okazało, był to już czwarty „zabłąkany” pocisk, który spadł na terytorium Bułgarii podczas trwającej od końca marca 1999 roku operacji lotniczej NATO. Ten, który spadł w dzielnicy Gorna Bania, został wystrzelony przez aliancki samolot po tym, jak jugosłowiański system radarowy namierzył odrzutowiec. Po wyłączeniu radaru pocisk poleciał jeszcze na wschód i spadł na dwupiętrowy dom na przedmieściach Sofii.

Jak wyjaśniło dowództwo operacji, chodziło o pocisk typu AGM-88 Harm, który jest montowany na samolotach sojuszniczych z różnych krajów. Po wystrzeleniu szuka sygnałów radarowych, ale zasadniczo jest niekierowany, jeśli nie może ich znaleźć. Głowica automatycznie wyłącza się, gdy pocisk zbliża się do końca swojego zasięgu, do 80 km. Tylko dlatego nie było ofiar.

Incydent nie pociągnął za sobą większych reperkusji, poza konsultacjami ówczesnego prezydenta Bułgarii Petara Stojanowa z Brukselą i dowództwem NATO, które oficjalnie przeprosiło za zniszczenia, spowodowane upadkiem pocisku. Było to jednak paliwo dla bułgarskiej opozycji, która sprzeciwiała się wejściu kraju do NATO (stało się to w roku 2004).

Przeprosiny nie uspokoiły naszych bułgarskich kolegów i koleżanek. Ich nieufność do Sojuszu Północnoatlantyckiego i akcji w byłej Jugosławii tylko się pogłębiła. Bali się, czy podobny przypadek się nie powtórzy.

Chińska ambasada pod amerykańskimi bombami

Dużo poważniejsze konsekwencje miało omyłkowe, jak twierdzili Amerykanie, zbombardowanie Ambasady Chińskiej Republiki Ludowej w Belgradzie. 7 maja 1999 roku na część rezydencyjną ambasady w dzielnicy Nowy Belgrad spadło pięć amerykańskich bomb kierowanych. Zginęło trzech dziennikarzy chińskich mediów państwowych (na zdjęciu u góry zbombardowana ambasada).

Według rządu USA, celem miał być obiekt wojskowy, położony przy tej samej ulicy, 350 metrów dalej, jednak CIA miało złe współrzędne. Jak ustaliło BBC, amerykański wywiad miał jedynie adres wojskowego budynku (agencji, zajmującej się importem broni). Do przybliżonego określenia jego współrzędnych wykorzystano niedokładną technikę nawigacyjną. Jak powiedział później szef CIA George Tenet, wojsko nie powinno jej nigdy użyć do określenia celu bombardowania z powietrza.

Pół roku po zbombardowaniu ambasady, dziennikarze śledczy dziennika „The Guardian” opublikowali własne ustalenia o tym, że atak mógł być celowy, bo ambasada była wykorzystywana do celów łączności przez jugosłowiańskie wojsko. Ponowne śledztwo, tym razem „New York Timesa”, wykluczyło jednak tę możliwość.

Chiny nazwały zbombardowanie ambasady „aktem barbarzyństwa” i „zbrodnią wojenną”. Rząd Stanów Zjednoczonych wypłacił odszkodowania rodzinom ofiar oraz pokrył koszty remontu zniszczonej ambasady. Rok później Chiny i USA podpisały umowę handlową, która normalizowała relacje między krajami.

Błąd Amerykanów wykorzystała propaganda Slobodana Miloševića. W mieście odbyły się demonstracje pod hasłem „NATO – naziści”. Na miejscu zdarzenia zamieszczono tablicę pamiątkową. Kiedy byłem w 2001 roku w Belgradzie, przewodnicy wciąż pokazywali zniszczenia spowodowane w mieście nalotami NATO.

A student yells "kill Clinton" as he carries a giant caricature of the US President10 May 1999 in Beijing as hundreds of demonstrators march to the US embassy in the third day of protests after the NATO bombing of the Chinese embassy in Belgrade.  Ignoring expression of regret from US President Bill Clinton and other NATO leaders, up to 100,000 demonstrators flooded the streets surrounding the US embassy in Beijing in the biggest protest seen in the capital since the 1989 pro-democracy movement.  US ambassador to China James Sassar said that personnel at his embassy had been "hostages" for the last 48 hours.      (ELECTRONIC IMAGE)       AFP PHOTO/Stephen SHAVER (Photo by STEPHEN SHAVER / AFP)
Uczestnik protestu, który odbył się w Pekinie 10 maja 1999 roku, po zbombardowaniu przez NATO Ambasady Chin w Belgradzie. Ponad 100 tys. osób wzięło udział w protestach w stolicy Chin. Fot. STEPHEN SHAVER / AFP

Posłuchaj także:

13 października 2022

Ile rakiet ma jeszcze Putin?

Posłuchaj

time

Rakietą w Cypr

Zabłąkane pociski, spadające na teren państw trzecich, to często efekt braku precyzji sprzętu. Tak było najprawdopodobniej w przypadku rakiety wystrzelonej z terenu Syrii, która w czerwcu 2019 roku spadła na północny Cypr, kontrolowany przez Turcję.

Do incydentu doszło w czasie nalotów sił Izraela na bazy wspieranej przez Iran milicji na terenie Syrii. Pocisk wybuchł na niezamieszkałym terenie, wywołując pożar. Nikomu nic się nie stało.

Według eksperta, cytowanego przez BBC, była to rakieta ziemia-powietrze produkcji sowieckiej S-200 (poprzednik systemu S-300, którego pocisk spadł w Przewodowie). Prawdopodobnie Syryjczycy wystrzelili ją przeciwko izraelskiemu samolotowi, jednak chybiła celu. Wyrzutnie S-200 z czasów sowieckich dostarczyli Syrii Rosjanie, wspierający reżim prezydenta Bashara Al-Asada.

S-200 ma zasięg około 300 km, a więc zabłąkany pocisk mógł dosięgnąć wyspy odległej od syryjskiego wybrzeża o 225 km.

Po tym incydencie komentatorzy byli zgodni: żadne państwo sąsiadujące ze strefą wojny nie może się czuć bezpieczne.

Syryjskie rakiety błądzące

Syria ma na koncie najwięcej zabłąkanych pocisków przeciwlotniczych, wystrzelonych w odpowiedzi na ataki izraelskiego lotnictwa. W marcu 2017 roku syryjski pocisk ziemia-powietrze został przechwycony przez izraelską obronę powietrzną po tym, jak najwyraźniej zboczył z kursu i zmierzał w kierunku Izraela. Odłamki strąconej rakiety według BBC spadły w Jordanii.

Zabłąkany S-200 spadł również w Turcji w lipcu 2018 roku. W kwietniu 2021 roku doszło do incydentu, gdy syryjski pocisk obrony powietrznej zabłądził na Pustynię Negew w Izraelu.

Syryjskie S-200 spadają także w północnym Libanie. W lipcu 2021, kiedy siły izraelskie atakowały obozy Hezbollahu koło nadgranicznego miasta Homs, w wielu libańskich miejscowościach spadły szczątki syryjskich rakiet.

Podobne zagrożenie, jak na polsko-ukraińskim pograniczu, występuje na granicy Ukrainy i Mołdawii. W październiku szczątki rosyjskiego pocisku, strąconego przez ukraińską obronę przeciwlotniczą, spadły na terenie Mołdawii. Wcześniej zdarzało się, że rosyjskie rakiety przelatywały nad terenem tego kraju.

"Ataki rakietowe przeprowadzone przez Federację Rosyjską na ukraińskie miasta z rejonu Morza Czarnego, Białorusi, Rosji lub znad Morza Kaspijskiego, stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa sąsiednich krajów" – napisał po tym incydencie rzecznik MSZ Ukrainy Ołeh Nikołenko.

Przestarzałe technologie i wady konstrukcyjne

Precyzja nowoczesnych pocisków stale rośnie, podobnie jak stopień bezpieczeństwa ich użycia. W wojnie w Ukrainie po obu stronach używane są też jednak bardzo przestarzałe typy broni rakietowej, czego najbardziej jaskrawym przykładem są rosyjskie pociski manewrujące Ch-22 używane przez Rosjan do atakowania m.in. ukraińskich miast. Opracowano je na przełomie lat 50. i 60. jako pociski przeciwokrętowe do niszczenia całych zgrupowań okrętów z pomocą głowicy jądrowej.

Charakteryzują się przy tym bardzo niską celnością, co w wypadku pierwotnego zastosowania nie było wielką wadą. Obecnie - uzbrojone w głowice konwencjonalne - odgrywają rolę głównie w atakach, których celem jest terroryzowanie cywilnych mieszkańców miast. Prawdopodobieństwo, że na skutek niewłaściwej konserwacji lub wad konstrukcyjnych mogą bardzo znacząco zboczyć z oznaczonego kursu pozostaje zaś relatywnie wysokie.

Precyzja nie ratuje cywili

Wraz z rozwojem technologii rośnie precyzja pocisków, naprowadzanych za pomocą lasera, czy bomb, posiadających wbudowane komputery i żyroskopy. Peter Lee, autor książki o życiu operatorów dronów „Reaper Force", obserwował w realnym czasie, jak ekipa z bazy w Newadzie w USA, za pomocą wystrzelonego z drona pocisku Hellfire, zabiła w Syrii bojownika Państwa Islamskiego. Dron leciał na wysokości 6 km nad celem. Bojownik jechał motocyklem, kiedy pocisk w niego trafił.

"Rozwój bardziej precyzyjnych pocisków i bomb kierowanych nie oznacza automatycznie zmniejszenia liczby ofiar cywilnych. W "precyzji" nie chodzi o ochronę cywilów tak bardzo, jak o uczynienie tej broni "bardziej zabójczą" – pisze Peter Lee. I dołącza przykład innego ataku – z sierpnia 2021 roku z Afganistanu, z użyciem tych samych precyzyjnych pocisków Hellfire. W wyniku ludzkiej pomyłki zamiast w toyotę należącą do ISIS, operatorzy drona trafili w cywilny samochód. Zginęło 10 Afgańczyków. Jak pisze Lee, precyzja broni ich nie uratowała.

współpraca: Witold Głowacki

Udostępnij:

Roman Pawłowski

publicysta, kurator teatralny, dramaturg. Absolwent teatrologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w latach 1994-2012 dziennikarz działu kultury „Gazety Wyborczej”. Laureat Nagrody im. Zbigniewa Raszewskiego dla najlepszego polskiego krytyka teatralnego (1995). Opublikował m.in. antologie polskich sztuk współczesnych „Pokolenie porno i inne niesmaczne utwory teatralne” (2003) i „Made in Poland. Dziewięć sztuk teatralnych z Polski” (2006), a także zbiór wywiadów z czołowymi polskimi ludźmi kultury „Bitwa o kulturę #przyszłość” (2015), wyróżniony nagrodą „Gazety Wyborczej” w Lublinie „Strzała 2015”. Od 2014 związany z TR Warszawa, gdzie odpowiada za rozwój linii programowej teatru oraz pracę z młodymi twórcami i twórczyniami.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne