0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
15 marca 2022

Czy Polska powinna była zestrzelić rosyjskie rakiety lecące na Jaworów? Ekspert odpowiada

Rosjanie przeprowadzili w niedzielę atak rakietowy na poligon w Jaworowie w obwodzie lwowskim. To niecałe 30 kilometrów od polskiej granicy. Co Polska powinna była zrobić? Czy to sygnał dla NATO? OKO.press rozmawia z Robertem Pszczelem

Wydrukuj

"Rozumiem, że opinia publiczna jest zaniepokojona. Ale Polska jest członkiem NATO już od 23 lat. Sugestia, że mielibyśmy teraz samodzielnie podejmować decyzję o zestrzeliwaniu samolotów, bądź rakiet rosyjskich poza nasza przestrzenią powietrzną jest - delikatnie mówiąc - niepoważna. Taką decyzję mogłoby podjąć tylko NATO jako całość, ale dzisiaj nie ma na to zgody z różnych powodów" - mówi Robert Pszczel, polski dyplomata, m.in. w przedstawicielstwie przy NATO, potem rzecznik NATO, a następnie były przedstawiciel NATO w Moskwie. Dziś ekspert Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Dominika Sitnicka, OKO.press: Dlaczego Rosja zaatakowała poligon w Jaworowie? Jakie to miało znaczenie strategiczne?

Robert Pszczel: Jedna z interpretacji mówi o tym, że to próba przykrycia faktu, że Rosja ma w tej wojnie ogromny problem z jakością swoich działań zbrojnych. Początkowo mówiono, że pociski wystrzelono z przestrzeni białoruskiej czyli ze stosunkowo bliskiej odległości. Obecnie Amerykanie twierdzą, że zrobiono to z daleka, z terytorium Rosji. Taki sprzęt jest raczej drogi, armia rosyjska nie ma go w nadmiarze. Być może chodziło zatem o pokazanie, że mogą z odległości ponad kilkuset kilometrów razić takie obiekty. To uderzenie rakietowe było duże. Dotarła część pocisków, część została zestrzelona.

Główny cel tego działania jest jednak częścią większej całości. To po prostu próba zastraszenia międzynarodowej społeczności, która pomaga Ukrainie. Do czego ma zresztą święte prawo. Ten atak poprzedzony był dwa dni wcześniej wypowiedzią wiceministra spraw zagranicznych Rosji. Sergiej Riabkow wystosował groźbę, że konwoje, dostawy broni mogą potencjalnie stać się celami.

Ukraina cały czas powtarza, że po inwazji na ich kraj, następne w kolejce będą państwa NATO. Czy atak tak blisko granicy mógł być sygnałem dla sojuszu? Albo testem?

Myślę, że ta bliskość granicy z Polską była raczej czynnikiem dodatkowym. W grę wchodzi też symbolika. W końcu to miejsce miało status międzynarodowy, było centrum szkolenia operacji pokojowych.

Jeszcze kilka miesięcy temu, może nawet na początku tego roku, przebywali tam żołnierze amerykańskiej Gwardii Narodowej z Florydy. W doniesieniach prasowych pojawia się też wątek szkolenia tak zwanych legionistów, czyli ochotników zagranicznych walczących po stronie ukraińskiej.

To wpisuje się w działania rosyjskie, które mają na celu zastraszanie. Próby przekonania, że za dostawy broni grożą konsekwencje. Co do szczegółów - należy do nich podchodzić z ogromną nieufnością. Rosjanie przecież powiedzieli, że zginęło tam około 200 osób, co nie wygląda wiarygodnie – jak zresztą prawie wszystkie komunikaty MON Rosji.

Niemniej, są granice, których Kreml nie może przekroczyć i oni to rozumieją. Przekroczenie ich byłoby samobójstwem, a tym byłby atak na terytorium państwa członkowskiego NATO.

Czyli to nie był test sojuszu po całym tym zamieszaniu w sprawie MiG-ów? Nie sprawdzali jak daleko mogą się posunąć?

Nie należy tej sytuacji wyolbrzymiać. Tu było sporo improwizacji, jeszcze niedawno nikt się nie przygotowywał na taki scenariusz.

Polska oferta oddania ponad 20 myśliwców w dobrym stanie była bezprecedensowa. Nie zagrało tu kilka kwestii. Po pierwsze wystąpiły błędy komunikacyjne po obu stronach. Były też niepotrzebne oświadczenia ze strony Unii Europejskiej.

Po drugie - w Stanach miała miejsce dyskusja wewnętrzna - nie zawsze spójna w przestrzeni publicznej, która zaowocowała takimi, a nie innymi decyzjami.

Ale trzeba podkreślić, że mówimy o pewnym nieporozumieniu między bliskimi sojusznikami, w dynamicznie rozwijającej się sytuacji. To nie jest żaden fundamentalny spór.

W Stanach zwyciężył pogląd, że bilans potencjalnych kosztów i strat związanych z dostarczeniem tych myśliwców jest negatywny. I trzeba to uszanować. Bo ewentualne konsekwencje takiego posunięcia są już sprawą całego NATO.

Polska jest krajem frontowym i ponosi bardzo duży ciężar: humanitarny, logistyczny i polityczny. Jeśli jest szereg państw, nawet większych od Polski, które nie popierały przekazania Ukrainie myśliwców - to dlaczego my mielibyśmy brać całą odpowiedzialność na siebie?

Ta sprawa jest już raczej zamknięta. Teraz cały wysiłek musi być poświęcony dostarczaniu Ukrainie jak najlepszego sprzętu, najbardziej potrzebnego. Rosja chce wystraszyć, namieszać, jątrzyć. To stały cel ich polityki. Ale nic nie wskazuje na to, że kraje Zachodu zamierzają zaniechać dostaw broni, wręcz odwrotnie.

Jak zatem powinna reagować Polska, gdy przy naszej granicy dzieją się takie rzeczy? Widziałam pojawiające się głosy, że uprawnione byłoby nawet zestrzelenie takich pocisków. Bo jaką mamy pewność, że nie lecą w naszą stronę?

Rakiety nie dotarły do Polski. A jeśli mówimy o przestrzeni powietrznej Polski, to Polska nią zarządza. Członkowie NATO, w tym Polska, zachowują pełną suwerenność. Ale ta przestrzeń powietrzna jest jednak także zintegrowana we wspólnym systemie obrony NATO.

To nie jest tak, że NATO podejmuje działanie, dopiero kiedy wydarzy się już coś złego. Ta przestrzeń (i w jej bliskości) jest monitorowana, zbierane są informacje.

Oczywiście, pierwszą linią obrony są siły krajowe. Ale to nie jest tak, że w przestrzeni powietrznej dzieje się coś, o czym NATO by nie wiedziało. Niebo jest patrolowane. Teraz nastąpiło nawet wzmocnienie tej kontroli w ramach wzmacniania wschodniej flanki Sojuszu.

Na to należy patrzeć nie tylko z punktu widzenia osamotnionej Polski, ale całościowo. Polski system obrony powietrznej i antyrakietowej jest częścią zintegrowanego systemu NATO. To jeden z benefitów bycia członkiem sojuszu.

Czyli o żadnym zestrzeliwaniu nie ma mowy?

Czytam całą masę wypowiedzi dotyczących NATO i tego, co zdaniem ich autorów powinno zrobić. Część z nich cechuje zrozumienie realiów polityki bezpieczeństwa, ale sporo też zwyczajnej amatorszczyzny, typu jak sobie mały Jasio wyobraża dużą politykę.

Rozumiem, że opinia publiczna jest zaniepokojona. Ale Polska jest członkiem NATO już od 23 lat. Sugestia, że mielibyśmy teraz samodzielnie podejmować decyzję o zestrzeliwaniu samolotów, bądź rakiet rosyjskich poza nasza przestrzenią powietrzną jest - delikatnie mówiąc - niepoważna. Taka decyzje mogłoby podjąć tylko NATO jako całość, ale dzisiaj nie ma na to zgody z różnych powodów.

Jeśli w tym samym duchu wypowiadają się prezydent Stanów Zjednoczonych, sekretarz generalny NATO, czy prezydent Polski, to przyjmijmy do wiadomości, że to już jest uzgodnione stanowisko. Państwa NATO-wskie nie są gotowe uczestniczyć w działaniach o charakterze bezpośrednio bojowym na terytorium oraz w przestrzeni powietrznej Ukrainy. Kropka. W tej chwili pomagamy Ukrainie na wiele innych sposobów. Natomiast broniony będzie każdy centymetr terytorium krajów członkowskich. W każdym scenariuszu.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka prawa i filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne