Jeszcze kilkanaście lat temu krajowy wariant rewizjonizmu Holokaustu stanowił niegroźny i osobliwy margines. Obecny na łamach niskonakładowej prasy o narodowo-katolickim profilu, w niszowych wydawnictwach, czy na spotkaniach, gdzie „swój do swego przychodzi po swoje”. Dziś wiadomo, że jest inaczej

Z okazji 75. rocznicy utworzenia „Żegoty” w dodatku historycznym „Gazety Polskiej” (nr 39, z 27 września 2017) opublikowany został artykuł historyka Tomasza Panfila zatytułowany „Świat patrzy i milczy”. Jego autor, wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego oraz pełniący obowiązki naczelnika Biura Edukacji Narodowej w oddziale IPN w Lublinie, podzielił się z czytelnikami swoimi refleksjami na temat Holokaustu.

Napisał m.in., że „po agresji Niemiec na Polskę sytuacja Żydów nie wyglądała bardzo źle. Wprawdzie władze okupacyjne objęły ich nakazem pracy, nakazały noszenie opasek z gwiazdą Dawida, obciążyły potężnymi podatkami, rozpoczęły wyznaczanie stref tylko dla Żydów, ale jednocześnie zezwoliły na tworzenie judenratów, czyli organów samorządu”.

Tomasz Panfil dalej wywodził, że podczas gdy Żydzi mieli korzystać z nadanego im przywileju (choć w tym przypadku nie od polskich królów) i zajęci byli organizowaniem własnej samorządności, Polacy zostali „pozbawieni wszelkiej możliwości organizowania się”, a polskie elity były eksterminowane.

Innymi słowy Polacy mieli gorzej, a Żydzi lepiej, co oczywiście nie jest bez znaczenia w kontekście rywalizacji o pierwszeństwo w cierpieniu.

„Represje wobec Żydów narastały wolniej, ale nieubłaganie”, zaś w powstających gettach policja żydowska i Judenraty „bardziej służyły Niemcom niż rodakom gorliwością, kupując sobie najpierw przywileje, a potem również życie”. Nie mogąc liczyć na swoich pobratymców

Żydzi „zaczynali rozumieć, że największą szansę na przeżycie daje wyrwanie się z gett i szukanie schronienia wśród Polaków”, z którymi do wybuchu wojny – w historii według Panfila – stosunki układały się świetnie.

Dalej jest już z górki. W rolach głównych u Panfila występują sąsiedzi, ale nie ci z Jedwabnego, tylko ci ratujący Żydów, bo przecież są oni chrześcijanami i w sytuacji ekstremalnej przestają się dla nich liczyć dawne spory o miedzę, krowę, powodzenie w interesach, różnice religijne i „kształt nosa”.

Pojawiają się Polacy nieskażeni przedwojennym antysemityzmem i zupełnie impregnowani na antysemicką propagandę okupanta. Polacy powszechnie i spontanicznie ratujący Żydów, Polacy mordowani za „uczynki miłosierdzia wobec Żydów”, Ulmowie, Kowalscy, księża, zakonnice i inni.

Jest również znana i ocenzurowana przez Panfila z antysemityzmu ulotka „Protest” autorstwa Zofii Kossak-Szczuckiej, współtwórczyni akcji pomocy Żydom „Żegota”, z której w treści jego artykułu pozostaje już tylko bierność świata wobec Holokaustu i niezgoda na nią zabierających głos Polaków-katolików.

Panfil nie jest sam

Wizja historyka z IPN nie jest szczególnie oryginalna. Zasadniczo podpisał się on pod narracją dobrze już znaną i w Polsce zadomowioną. Nawet ten najbardziej bulwersujący passus o Judenratach miał już swoją publiczną odsłonę w książce historyczki Ewy Kurek „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945″ wydanej w 2006 roku przez Wyższą Szkołę Umiejętności w Kielcach. Dr Kurek pisała, że getta „w istocie rzeczy były zbudowanymi w latach 1939-1942 przez polskich Żydów za zgodą okupujących polskie ziemie Niemców autonomicznymi prowincjami żydowskimi”.

Informacją o tym, że Niemcy „właśnie wśród Żydów znaleźli gorliwych współpracowników i wykonawców swych zbrodniczych planów” dr Kurek również się podzieliła, a dziś stoi na czele samozwańczego ruchu na rzecz dokończenia ekshumacji w Jedwabnem. Zbiera podpisy pod petycją w tej sprawie, jeździ po Polsce i gości w mediach z wykładami o kłamstwach Jana Tomasza Grossa, bywa zapraszana na konferencje organizowane przez IPN.

Artykuł Tomasza Panfila, jeśli został uznany za kuriozalny i nikczemny, to wyłącznie dlatego, że wyszedł spod pióra urzędnika państwowego. Jako taki został poddany krytyce i dekonstrukcji zawartych w nim kłamstw, półprawd i manipulacji.



Przyglądając się jednak temu co działo się przy okazji wyborów nowych władz IPN w 2016 roku, kto te nowe władze obecnie współtworzy i jaki kierunek przyświeca Instytutowi w kontekście badań nad zagładą Żydów, można dojść do wniosku, że

Tomasz Panfil pracuje w odpowiednim dla siebie miejscu. W Instytucie, w którym istnieje aktualnie przyzwolenie dla pewnego wariantu rewizjonizmu Holokaustu .

Zresztą nie tylko krajowego. Ale po kolei.

Sprawdzian z Jedwabnego w Senacie

Latem 2016 roku – na krótko przed 75. rocznicą zbrodni w Jedwabnem – wybierani przez Senat RP kandydaci do nowego składu Kolegium IPN zostali poddani osobliwemu egzaminowi z gotowości do obrony dobrego imienia Polski przed oskarżeniami o współudział Polaków w zagładzie Żydów.

Kluczowe pytanie sprawdzające postawił im senator PiS Jan Żaryn: „Nie ukrywam, że to pytanie jest intencjonalnie w jakiejś mierze takie… W każdym razie chodzi o to, że polityka historyczna na pewno jest zadaniem wiodącym Instytutu Pamięci Narodowej. Czy mógłby pan powiedzieć, jaka sytuacja w przeszłości Instytutu Pamięci Narodowej – nie teoretyczna, tylko rzeczywista – była dla pana sytuacją, w której na pewno trzeba było powiedzieć non possumus, a się nie powiedziało? […] Uważam, że zaproszenie pana profesora Jana Tomasza Grossa, to była taka sytuacja, w której IPN powinien powiedzieć: non possumus. Uważam, że ten człowiek, który dopuścił się pogwałcenia podstawowych prawd warsztatowych i podstawowych kanonów sztuki naukowej, no, nie powinien być honorowany przez instytucję, która nazywa się Instytut Pamięci Narodowej” (Sprawozdanie Stenograficzne z 21. posiedzenia Senatu Rzeczypospolitej Polskiej w dniach 23, 24 i 29 czerwca 2016 r.).

Jan Tomasz Gross był jednym z panelistów podczas konferencji „Być świadkiem Zagłady” w kwietniu 2013 roku w warszawskiej siedzibie IPN z okazji 70. rocznicy powstania w getcie. IPN był współorganizatorem konferencji wraz Żydowskim Instytutem Historycznym i Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy IFiS PAN.

„Ja myślę, że ten przypadek, to jest przykład takiej właśnie sytuacji. Ja się z nim zgadzam” – odpowiadał na pytanie Żaryna prof. Antoni Dudek (zresztą nie wybrany przez Senat do Kolegium IPN). Tłumaczył jednak, że to nie IPN zaprosił autora „Sąsiadów”, lecz Centrum Badań nad Zagładą Żydów, choć w tej sytuacji Instytut powinien „odmówić dalszej organizacji konferencji”. Prof. Dudek dopowiadał jeszcze: „My o tym później dyskutowaliśmy i w moim przekonaniu prezes [IPN] Kamiński zrozumiał ten błąd. Z tego, co wiem, profesora Grossa już nigdy później nie zaproszono”.

Z Dudkiem w pełni zgodził się inny z kandydatów, Andrzej Kołodziej (też nie wybrany przez Senat).

W przeciwieństwie do niego, kolejny kandydat Wojciech Polak, nie poprzestał na tym: „Co do Jana Tomasza Grossa to ja uważam, że to kompletny skandal. I tutaj chyba nie różnię się z większością państwa. Ale są także inne sprawy. Na przykład ja uważam, proszę państwa, że IPN zrobił chyba zbyt mało dla wyjaśnienia sprawy Jedwabnego. I uważam, że wiele faktów wskazuje na dużo większą rolę Niemców w tej zbrodni czy też po prostu na to, że ta zbrodnia jest dziełem Niemców, którzy dla Polaków przewidzieli rolę po prostu spędzonych, biernych widzów. Sporo dowodów, sporo przesłanek na to wskazuje. Wydaje mi się więc, że sprawę Jedwabnego należałoby podjąć od początku i od początku się nią zająć, bo to, co zrobiono do tej pory, nie zostało zrobione dobrze”.

Wojciech Polak najwyraźniej  test z Jedwabnego zdał celująco. Wraz z Tadeuszem  Wolszą, który uniknął odpowiedzi na pytanie Jana Żaryna, został wybrany przez Senat RP w skład nowego Kolegium IPN.

Nie był to jednak koniec pytań o Jedwabne. Gdy kandydata na prezesa Instytutu wybierało Kolegium IPN, wśród ubiegających się o prezesurę był Marek Chrzanowski, nauczyciel historii i dyrektor szkoły w Puławach. Za ważne zadanie IPN uznał ponowne zbadanie okoliczności zbrodni w Jedwabnem i przeprowadzenie ekshumacji. „Jako nauczyciel historii nie wiem, co mam mówić dzieciom, co się tam wydarzyło” – stwierdzał kandydat. Dodawał także, iż książka Grossa, to „zarzuty, które szkalują dobre imię Polski” natomiast publikacja IPN „Wokół Jedwabnego” jest „niepowodzeniem”, dlatego należy „dojść do prawdy, bo ta sprawa szkodzi wizerunkowi Polski”.

Rekomendację Kolegium IPN uzyskał jednak dr Jarosław Szarek. Podczas przesłuchania w sejmowej komisji sprawiedliwości 19 lipca 2016 roku udowodnił, że w sprawie Grossa oraz Jedwabnego ma wyrobione zdanie. Na proste pytanie posła PO Michała Szczerby „Co się stało 10 lipca 1941 roku w Jedwabnem i kto był wykonawcą tej zbrodni, która się wówczas wydarzyła?” Jarosław Szarek odpowiedział: „Wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali w machinie własnego terroru pod przymusem grupkę Polaków. I tutaj odpowiedzialność w pełni pada na niemiecki totalitaryzm”.

Dalej mówił, że Polskie Państwo Podziemne karało śmiercią wszelkie przejawy kolaboracji z Niemcami i szmalcownictwa, że jest zwolennikiem wolności badań naukowych, i jeśli „pojawią się nowe fakty, nowe dokumenty, nowe źródła, to trzeba je badać”, ale sprawa ponownej ekshumacji w Jedwabnem, to „kwestia bardzo delikatna”, bo dotyka „wrażliwości narodu żydowskiego, ich religii”. Usilnie dopytującemu posłowi Szczerbie, by jednak odpowiedział, kto był sprawcą zbrodni, przewodniczący komisji odebrał głos (Kancelaria Sejmu. Biuro Komisji Sejmowych, Pełny zapis przebiegu posiedzenia Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka (nr 31) z dnia 19 lipca 2016 r.).

Komisja pozytywnie zaopiniowała kandydaturę Szarka. Kiedy 21 lipca 2016 sprawa wyboru prezesa IPN zajął się cały Sejm, sprawa Jedwabnego znów wróciła i znów za sprawą posła Szczerby, który nazwał „skandaliczną narracją” to, co Szarek mówił na komisji, i odwołał się do wyników śledztwa IPN. Jego wypowiedź była przerywana okrzykami z sali „Zjeżdżaj”, „Siadaj”, „Zdrajco, zejdź z mównicy”, „Na miejsce”. Cytaty z Szarka spotkały się natomiast z oklaskami i pełnymi aprobaty komentarzami – „w końcu ktoś prawdę powiedział”.

Z entuzjazmem przyjęto również wystąpienie posła Roberta Winnickiego (prezesa Ruchu Narodowego), który zaatakował Szczerbę: „Czynienie zarzutu kandydatowi na prezesa IPN, polskiego IPN, nie antypolskiego IPN, panie pośle, z tego, że

chce uprawiać i uprawia polską politykę historycz­ną (…) a nie politykę historyczną na zamówienie Republiki Federalnej Niemiec czy środowisk żydowskich zgłaszających rosz­czenia wobec Polski,

jest jak najbardziej kuriozalne. To, że IPN za niesławnych rzą­dów Leona Kieresa powtarzał propagandę Jana To­masza Grossa, kłamcy, który oczernia naród polski swoimi kolejnymi publikacjami, to nie znaczy, panie pośle, że tak ma być wiecznie, że Instytut Pamięci Narodowej ma stać na stra­ży kłamstw Jana Tomasza Grossa”.

Za powołaniem Szarka na prezesa IPN głosowało 256 posłów, 166 było przeciw, a 13 wstrzymało się od głosu (Sprawozdanie Stenograficzne z 23. posiedzenia Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 21 lipca 2016 r. (trzeci dzień obrad), Warszawa 2016).

Jeszcze tego samego dnia kandydaturę dr Szarka poparł Senat. Podczas debaty senator Bogdan Borusewicz pytał m. in. o to, czy faktycznie uważa, iż zbrodni tej dokonali Niemcy, i czy tym samym przekreśla rezultaty śledztwa przeprowadzonego przez IPN. Jarosław Szarek kluczył. Twierdził, że nie kwestionuje wyników dochodzenia, że z jego wypowiedzi zacytowano „pół zdania”, a on powiedział tylko, iż odpowiedzialność za zbrodnię  „ponosi niemiecki system totalitarny”. Powołując się na konwencję haską z 1907 roku

dowodził, że „na terenie okupowanym za zbrodnie popełnione na tym terenie odpowiada okupant, bo to społeczeństwo, ci ludzie nie są podmiotem pod tą okupacją”.

Dodawał również: „Ja nie powiedziałem, że Polacy, grupa Polaków w jakiś sposób wykorzystanych czy pod przymusem, zdegenerowanych… My tego do końca dzisiaj nie możemy odtworzyć. Ale, panie marszałku, historia jest taką nauką, że być może pojawią się nowe dokumenty, jakieś nowe świadectwa, tak jak w przypadku innych zagadnień, i trzeba będzie ten problem podjąć od nowa”.

Pytany czy pojawiły się jakieś nowe dokumenty, nieznane dotąd fakty, kandydat na prezesa IPN nie miał niczego do powiedzenia: „Panie marszałku, z mojej wiedzy… Ja się tym problemem nie zajmowałem. Są badacze, są historycy, którzy się tym tematem zajmują, i to oni mogą… Nie chcę formułować tutaj kategorycznych ocen. Jeżeli pojawią się takie dokumenty, czy to w archiwach niemieckich, czy… Ja słyszałem, że być może są żyjący świadkowie. Ten problem będzie badany, ale, bardzo proszę, nie skupiajmy się na nim w tej chwili”

(Sprawozdanie Stenograficzne z 23. posiedzenia Senatu Rzeczypospolitej Polskiej w dniach 20, 21 i 22 lipca 2016 r., Warszawa 2016).

Instytut Prawdy Narodowej

Jedną z pierwszych decyzji Jarosława Szarka jako prezesa IPN było zwolnienie Krzysztofa Persaka, który wraz z Pawłem Machcewiczem był odpowiedzialny za redakcję dwóch tomów studiów i materiałów „Wokół Jedwabnego”, i wielokrotnie wypowiadał się na temat okoliczności tej zbrodni. Nie miał wątpliwości, że w lipcu 1941 roku to Polacy wymordowali miejscowych Żydów. Persak był też ekspertem, z którym reżyser Władysław Pasikowski konsultował scenariusz filmu „Pokłosie”, uznanego przez prawicę za antypolski.

Przyznać trzeba, że „gotowość do przełamywania pedagogiki wstydu”, za którą nowego prezesa IPN chwalił publicysta Piotr Zaremba (P. Zaremba, Minister pamięci, „wSieci” 22-23 VII 2016), Szarek potwierdził w pierwszych dniach urzędowania powołując na stanowisko wiceprezesa Mateusza Szpytmę – twórcę Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej.

Dla Szpytmy problem współudziału części społeczeństwa polskiego w Zagładzie nie istnieje. W wywiadzie dla PAP mówił, że skoro przedstawiciele władz RP w podziemiu i na uchodźstwie nie podjęli kolaboracji i wykazali się bezkompromisową postawą wobec okupantów, to „Polska nie uczestniczyła w Holokauście ani przez jedną chwilę”.

Jeśli zaś jacyś Polacy zamordowali Żydów, to zrobiły to konkretne jednostki i „zawsze było to aktem zdrady wobec polskiego państwa”. Holokaust zaś – według Szpytmy – to była sprawa pomiędzy Niemcami i Żydami, ponieważ „nie był on spontanicznym przejawem działań takich czy innych grup narodowościowych. Był efektem działalności państwa – Rzeszy Niemieckiej”.

Stąd też zdanie „w czasie wojny Polacy mordowali Żydów” jest w jego opinii po prostu „próbą rozmywania odpowiedzialności Niemiec jako państwa”.

W Kolegium IPN znalazły się osoby gotowe poddawać zbrodnię w Jedwabnem rewizjonizmowi historycznemu. Prof. Andrzej Nowak, Bronisław Wildstein, dr Sławomir Cenckiewicz, Krzysztof Wyszkowski, prof. Wojciech Polak – wszyscy oni na różne sposoby już wcześniej tego dowiedli.

Przy okazji 75. rocznicy zbrodni w Jedwabnem w audycji z cyklu „Labirynt historii” w Programie I Polskiego Radia 10 lipca 2016 roku Wyszkowski sugerował, że „strona żydowska wymusiła bardzo ostrym stanowiskiem” przerwanie ekshumacji w Jedwabnem w momencie, gdy w jednym z ciał znaleziono pocisk, co w sposób ewidentny oznaczało sprawstwo niemieckie, ponieważ Polacy nie posiadali broni.

Wildstein postulował konieczność doprowadzenia ekshumacji do końca i stwierdzał, że „wszystko raz jeszcze powinno być tam przebadane”. Że „cała atmosfera i sensacja wokół pogromu w Jedwabnem miała upokorzyć Polaków”, choć w istocie „to jest element zbrodni niemieckiej”. Jan Żaryn stwierdzał natomiast, że to „Niemcy byli stroną, która zaczyna, przewodzi i kończy zbrodnię”.

A co tam słychać w terenie?

W drugiej połowie września 2017 roku w Jedwabnem z inicjatywy związanego z PiS burmistrza miasta Michała Chajewskiego odbyła się dyskusja „Niemiecki mord na Żydach 1941″. Chajewski już od dawna nie zgadza się z wynikami śledztwa IPN. Wraz z Ewą Kurek zaangażował się w zbieranie w miejscowym kościele podczas mszy podpisów pod petycją o dokończenie ekshumacji w Jedwabnem .

Do dyskusji Chajewski zaprosił Krzysztofa Wyszkowskiego, historyczkę dr Ewę Rogalewską (IPN Białystok) oraz dyrektora oddziału IPN w Białymstoku Piotra Kardelę. To właśnie z jego ust zgromadzeni w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury mieszkańcy Jedwabnego mogli się dowiedzieć, iż obciążenie Polaków „rzekomym” współudziałem w Zagładzie nie zrodziło się wraz z publikacją „Sąsiadów”, lecz posiada głębokie korzenie już w latach 60. Konkretnie zaś w środowiskach amerykańskich Żydów z Jerzym Kosińskim na czele, który to pisarz „szkalował naród i dobre imię każdego Polaka”.

Powołując się na meldunki komunistycznego wywiadu dyrektor białostockiego IPN tłumaczył, że „złośliwa dla Polaków opinia, iż Polacy nie udzielali pomocy Żydom w czasie okupacji”, a nadto ich prześladowali, była  już wtedy lansowana w USA i niestety przebiła się do międzynarodowej opinii publicznej.

„Głównym źródłem tej propagandy – wskazywał winnych na podstawie cytowanych meldunków – byli sami

Żydzi, którym udało się przeżyć okupację, a którzy doznali być może pewnych przykrości lub braku należytego zainteresowania się ich niedolą w okresie okupacji ze strony Polaków”. Ci sami Żydzi, kontynuował, „o doznanej życzliwości i pomocy, dzięki której najczęściej przeżyli okupację, zdążyli zapomnieć, a przykrości pamiętają”.

Tematu jednej z wielu tych „przykrości”, czyli wymordowania Żydów z Jedwabnego przez polskich sąsiadów, na spotkaniu w ogóle nie podjęto. Dzięki temu Wyszkowski zyskał czas na spokojne rozważania o niedoszacowanej liczbie polskich Sprawiedliwych, agenturalnej działalności Lecha Wałęsy i komunizmie jako „chorobie tak strasznej”, że posiew jej kłamstwa nawet IPN-u nie ominął. Kończył wszak z optymizmem:  „Od 2015 roku mamy inny rząd, mamy innego prezydenta i zmienia się Instytut Pamięci Narodowej. Zmienia się kierownictwo IPN w Warszawie, zmienia się sytuacja w Białymstoku”.

Nowe kadry i zmiana narracji

O co chodzi w tych „grach w Jedwabne” i „testach z Jedwabnego”? Problem współudziału części Polaków w Zagładzie z całą mocą ujawniony został wraz z  publikacją książki „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa, a jego kluczowe ustalenia potwierdziło dochodzenie IPN. Jedwabne jako pojęcie weszło do słownika i nie jest zarezerwowane wyłącznie dla tej jednej miejscowości. Stanowi raczej umowną reprezentację kilkudziesięciu innych mordów na Żydach, których Polacy dopuścili się latem 1941 roku w Łomżyńskiem, na Podlasiu i Kresach Północno-Wschodniej Polski.

Jedwabne, na co zwraca uwagę Edmund Dmitrów, „zaczęło się kojarzyć nie tylko z konkretnym wydarzeniem, lecz także stało się hasłem wywoławczym dla nowej sieci znaczeniowej – zjawiska bezpośredniego, fizycznego udziału Polaków w Zagładzie” (E. Dmitrów, hasło: Jedwabne [w:] Węzły pamięci niepodległej Polski, Z. Najder, A. Machcewicz, M. Kopczyński, R. Kuźniar, B. Sienkiewicz, J. Stępień, W. Włodarczyk (red.), Muzeum Historii Polski, Wydawnictwo Znak, Kraków-Warszawa 2014, s. 270.).

Nie trudno więc zrozumieć skąd bierze się tak silna potrzeba wyparcia i negacji polskiego sprawstwa tej konkretnej zbrodni. Podważyć wyniki śledztwa przeprowadzonego w tej sprawie przez IPN i scedować bezpośrednią odpowiedzialność na Niemców znaczy mniej więcej tyle, co

odrzucić problem współudziału Polaków w zagładzie Żydów w ogóle. Powrócić do Polski niewinnej i bohaterskiej.

Cel ten próbuje się osiągnąć na różne sposoby pod sztandarem przezwyciężania „pedagogiki wstydu”, „patriotyzmu afirmatywnego”, „nowej polityki historycznej”. Jakie to symboliczne, że w maju 2017 roku na stanowisko zastępcy dyrektora wydawnictwa IPN powołano Arkadiusza Wingerta, wydawcę książek znanego negacjonisty Holokaustu Davida Irvinga.

Dlaczego zatem miałby wadzić Tomasz Panfil? Jednym z centralnych projektów badawczych realizowanych aktualnie przez IPN są stosunki polsko-żydowskie w latach 1918-1968. Jednym z celów projektu „jest także zmiana istniejącej narracji historycznej w kontekście relacji polsko-żydowskich z dominującego obecnie nurtu badania postaw Polaków wobec Żydów na rzecz badania również postaw Żydów wobec Polaków i państwa polskiego”.

Tomasz Panfil wyczuł ducha czasu i choć jego specjalnością jest heraldyka, to postanowił włączyć się w realizację projektu zmiany narracji. Najwyraźniej jednak przeszarżował. Po długim milczeniu IPN odciął się od treści jego artykułu i w oficjalnym komunikacie polecił mu większą troskę o zasady rzetelności naukowej. Tylko tyle i aż tyle.


Piotr Forecki, adiunkt w Zakładzie Kultury Politycznej Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM (Poznań). Zajmuje się polską pamięcią Zagłady oraz dyskursem antysemickim. Jego najnowsza książka „Backlash po Jedwabnem. Analiza pamięci funkcjonalnej” ukaże się na początku 2018 roku.   


Opłać abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym