Kaczyński: "Niebywała bezczelność!". Jaki: "Po moim trupie”. Zaciśnięta w figę pięść Brudzińskiego - czy to wszystko, co mamy do powiedzenia potomkom ofiar Zagłady? Plus kłamstwa o zaspokojeniu roszczeń Żydów z USA? Konieczna jest ustawa restytucyjna, cywilizowane załatwienie kwestii moralnie trudnej - wszestronna analiza Konstantego Geberta

Jeśli chcecie wiedzieć o co chodzi z mieniem pożydowskim, ale także poniemieckim, czy poczeskim (Zaolzie), z uchwałą 447, ustawą restytucyjną, wszystkimi okolicznościami prawnymi i etycznymi tego straszliwego dziedzictwa Zagłady i II wojny światowej, oraz jak sobie z tym poradziły inne  państwa – przeczytajcie analizę, obszerną i bardzo szczegółową, napisaną przez Konstantego Geberta*.


„O – tyle dostaniecie!”. Obraz ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego, pokazującego w programie telewizyjnym zaciśniętą w figę pięść Żydom, domagającym się restytucji utraconego na skutek II wojny światowej mienia, na długo zapadł w pamięć.

W zależności od tego, czy uważa się roszczenia żydowskie za uprawnione, czy nie, minister jawić się odtąd będzie jako nieustraszony obrońca polskiego mienia, lub jako bezwstydny paser.

Na krótko przed Brudzińskim wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, zapowiedział, że roszczenia takie zostaną uznane „po jego trupie”.

Zaś wkrótce potem i wiceminister spraw zagranicznych Szymon Sękowski vel Sęk, i premier Mateusz Morawiecki, i prezes partii rządzącej Jarosław Kaczyński, w niemal identycznych słowach uznali, że „nie ma żadnych podstaw ani prawnych, ani moralnych” do takich roszczeń.

„To jest po prostu niebywała wręcz bezczelność” – skonkludował prezes Kaczyński. I znów, jak z gestem Brodzińskiego, ocenę tę odnieść można albo do samych roszczeń, albo do słów prezesa.

Konfederaci i kukizowcy szantażują PiS

Dylematu tego nie miało kilkanaście tysięcy demonstrantów, którzy 11 maja 2019 przeszli alejami Ujazdowskimi w Warszawie, by protestować przeciwko rezolucji 447 amerykańskiego Senatu, nakazującej Departamentowi Stanu USA sporządzenie raportu o stanie restytucji mienia ofiar Zagłady. Demonstranci mieli podobny do takiej restytucji stosunek, co przedstawiciele rządu, ale najwyraźniej nie ufali ich zapewnieniom, że rząd się na nią nie zgodzi.

Nieufności tej trudno się zresztą dziwić po tym, jak w 2018 roku rząd zapewniał, że nowelizacji ustawy o IPN bronić będzie jak niepodległości, a następnie, po tajnych negocjacjach z Izraelem, wycofał się z kluczowego dla jej zwolenników artykułu penalizującego.

Pomijając jednak nawet tę okoliczność, demonstranci byli wyrazicielami niepokojów setek tysięcy Polaków, mieszkających w „pożydowskich” domach, o bezpieczeństwo ich własności lub czynszu. Rozlepiane w wielu miejscowościach przez narodowców na murach domów plakaty informujące, często zresztą bezpodstawnie, że budynek ten może być przedmiotem roszczeń, niepokoje te dodatkowo roznieciły.

Takie ulotki pojawiły się w kilku miejscowościach w Polsce

Tak kwestia restytucji mienia stała się, na dwa tygodnie przed wyborami europejskimi, paląco w polskiej polityce aktualna. Egzotyczna i programowo niespójna Konfederacja (KORWiN Braun Liroy Narodowcy) uczyniła z niej główny punkt swego programu, dzięki czemu ma szanse przekroczyć wyborczy próg.

Podobnie postąpił politycznie dogorywający ruch Kukiz’15, który wniósł do Sejmu projekt ustawy przewidującej więzienie za uznanie roszczeń do mienia bezspadkowego. Zaś wzrost popularności obu populistyczno-prawicowych partii spędza PiS sen z oczu, gdyż to jemu wszak, nie liberalnej czy lewicowej opozycji, zabierać one mogą głosy.

Stąd figa Brodzińskiego czy „bezczelność” Kaczyńskiego – próby dania ekstremistycznemu elektoratowi gwarancji, że partia rządząca spaliła za sobą mosty i tym razem się nie cofnie.

Mimo tego, nieufność demonstrantów z Ujazdowskich jest zrozumiała,

nie bardzo bowiem wiadomo, co przedstawiciele rządu potępiają, na co się nie zgadzają, i w oparciu o jakie przesłanki.

W swoich wystąpieniach mieszają pojęcia, mylnie interpretują stosowne akty prawne lub deklaracje polityczne, a czasem po prostu jawnie mówią nieprawdę.

Uporządkowanie wiedzy na temat roszczeń pomoże zrozumieć skalę tych przekłamań, i zorientować się, z jakim problemem – moralnym, prawnym i politycznym – mamy w istocie do czynienia.

Nikt nie domaga się odszkodowań

Po pierwsze więc, wbrew ulubionej przez przedstawicieli obozu władzy – ale także, na przykład, bijących kukłę Judasza pruchniczan – retoryce, nikt nie domaga się od Polski „odszkodowań” za straty poniesione na skutek wojny. Gdyby tak było, słowo „bezczelność” byłoby jak najbardziej na miejscu.

Odszkodowań można bowiem dochodzić jedynie od sprawców, nie od ofiar.

Zauważmy jednak na marginesie, że prawo międzynarodowe nie rozstrzyga, co się w takiej sytuacji ofierze należy, co czyni przygotowywane przez Polskę roszczenia wobec Niemiec wysoce problematycznymi.

Co więcej, jeśli Berlin miałby je traktować poważnie, mógłby odpowiedzieć, że obecne polskie Ziemie Zachodnie i Północne stanowią właśnie odszkodowanie, i nie jest jasne czy porównawcza ich wycena nie przekroczyłaby poziomu polskich roszczeń, o zagrożeniach dla polskiej granicy zachodniej nie wspominając.

Jest też godne odnotowania, że Polska nie występuje z analogicznymi roszczeniami pod adresem Rosji, ani też nie deklaruje, że uznałaby ewentualne czeskie roszczenia do odszkodowań za Zaolzie.

Słowem, kwestia odszkodowań wojennych jest w polityce Warszawy mocno niejednoznaczna – ale w odniesieniu do roszczeń żydowskich nie ma żadnego zastosowania.

Nie o roszczenia bowiem chodzi, lecz o restytucję

Nie o roszczenia bowiem chodzi, lecz o restytucję. Nie o wypłatę za zbombardowaną kamienicę, lecz o prawo do jej ruin, i działki na której stała. Powojenne dekrety o „mieniu poniemieckim i porzuconym” oraz o gruntach warszawskich sprawiły, że prawa te przejęło, mocą własnej decyzji, państwo polskie.

Nieliczni ocalali właściciele, ich nieco liczniejsi ocalali spadkobiercy, oraz ich potomkowie, tych właśnie praw usiłują od końca wojny dochodzić, na ogół nieskutecznie.

Państwo polskie bowiem, jako jedyne w UE, nie przyjęło dotąd ustawy restytucyjnej, umożliwiającej im dochodzenie tych praw. Pozostaje droga sądowa na gruncie istniejącego ustawodawstwa – trudna, pokrętna, i zależna od przypadkowego stanu zachowania dokumentów, oraz często od widzimisię funkcjonariuszy.

Restytucję mienia żydowskich gmin religijnych umożliwiła za to ustawa z 1997 roku i restytucja ta się ze zmiennym szczęściem dokonuje. Żydzi nie są tu zresztą uprzywilejowani: wszystkie uznane wyznania dochodzą swych praw na mocy podobnych ustaw.

Żydzi nie powinni zresztą też być uprzywilejowani – ani dyskryminowani – przy ewentualnej restytucji mienia indywidualnego; większość roszczeń do takiego mienia pochodziłaby zresztą od osób nie będących Żydami (MSZ oszacowało w 2010 roku, że tylko 18 proc. roszczeń pochodziłoby od Żydów).

Restytucja powinna na jednakowych zasadach obejmować wszystkich mających do niej prawo. Z tego właśnie powodu prezydent Aleksander Kwaśniewski zawetował był w 2000 roku jedyną ustawę restytucyjną przyjętą przez Sejm.

Uznawała ona bowiem jedynie prawa wnioskodawców będących w momencie zgłaszania wniosku polskimi obywatelami, a więc de facto dyskryminowała żydowskich spadkobierców.

Kłamstwo o zaspokojonych roszczeniach obywateli USA

Wielu spadkobierców zamordowanych polskich Żydów, których zawetowana ustawa wykluczała, ma dziś obywatelstwo amerykańskie. Przedstawiciele władz polskich, na czele z obecnym premierem, wielokrotnie twierdzili, że kwestię ich roszczeń definitywnie zamknęło polsko-amerykańskie porozumienie z 1960 roku. Polska w nim zobowiązała się do wypłacenia USA kwoty 40 milionów dolarów, w zamian za co Waszyngton przejął te roszczenia na siebie.

Warto pamiętać, że zgoda w tej kwestii jest ponadpartyjna: tezę o zamknięciu roszczeń głosił też minister Radosław Sikorski.

Tymczasem porozumienie z 1960 roku obejmuje jedynie roszczenia osób, które w momencie konfiskaty ich mienia w Polsce przez niemieckie władze okupacyjne, były obywatelami amerykańskimi, a których mienie następnie przejęły władze PRL.

Nie tyczy się więc ono, rzecz jasna, ani mienia znajdującego się obecnie poza granicami Polski, ani mienia, którego przejęcie przez powojenne polskie władze jest prawnie do podważenia (o czym dalej). Nie tyczy się ono też mienia osób, które obywatelstwo amerykańskie nabyły później.

Ta ostatnia uwaga ma charakter fundamentalny, bowiem oznacza, że osoby nie objęte tym porozumieniem z 1960 roku nadal mają prawo do wnoszenia roszczeń przed polskim sądem. Rząd USA wielokrotnie przypominał o tym publicznie i dlatego sekretarz stanu Mike Pompeo musiał być niezmiernie zdziwiony, słysząc na lutowej konferencji bliskowschodniej w Warszawie z ust polskiego premiera, że roszczenia wszystkich obywateli amerykańskich zostały już spłacone ową kwotą 40 milionów dolarów.

Nie podjął polemiki, bo konferencja była ważniejsza, ale zapamiętał, że warszawski sojusznik potrafi, w kwestii swoich traktatowych zobowiązań, publicznie mówić nieprawdę.

To zapewne wpłynie na naszą sojuszniczą wiarygodność. Warto się zastanowić, czy warto płacić taką cenę za odmowę zwrotu pani, powiedzmy, Rapaport, jej działki, w dajmy na to, Sochaczewie.

Jeśli zaś rząd RP uważa, że jasne sformułowanie z porozumienia z 1960 roku to, jak czasami słychać w MSZ, „amerykańska interpretacja”, to nic nie stoi na przeszkodzie, by amerykańskiego sojusznika podać w tej sprawie do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Chociaż jednak nie, coś stoi na przeszkodzie: wyrok byłby na naszą niekorzyść, bo stan prawny jest oczywisty.

Co więcej, spadkobiercy mają nie tylko obywatelstwo amerykańskie, nieważne, czy nabyte przed wojną, czy po niej. Żyją w Izraelu, Europie Zachodniej, Ameryce Łacińskiej, niektórzy nadal w Polsce. Ich prawa do spadku są nadal, w dziesiątki lat po niemieckiej zbrodni, przez polski rząd naruszane.

Konieczna jest ustawa restytucyjna

Być może jednak te prawa są jedynie iluzoryczne, jak prawa osób, które kupiły na aukcji akcje przedwojennych polskich firm i teraz chcą się uwłaszczyć na ich pozostałym obecnie mieniu? Tak zdawał się rozumować prezes Kaczyński, gdy w niedawnym wystąpieniu powiedział: „Myśmy to odbudowali, a teraz mamy jeszcze za to zapłacić?”.

Pomijając nieoczekiwaną, a wzruszającą, identyfikację prezesa z nieuznawaną wszak przez jego partię PRL (podobną wykazał się premier Morawiecki, powołując się na porozumienie z 1960 roku), jego uwaga jest zdroworozsądkowa:

Istotnie, to co zostało po wojnie odbudowane nie powinno podlegać restytucji. Tyle tylko, że wówczas należy się odszkodowanie za dysponowanie mieniem bez zgody właściciela (na pozwanym, czyli państwie polskim, ciążyłby obowiązek udowodnienia, że dołożył stosownych starań, by właściciela powiadomić), jak i

odszkodowanie za zyski, w postaci czynszu, bezprawnie przez pozwanego uzyskane.

Dopuszczalne byłoby też na przykład wnioskowanie, że czynsz był zaniżony, i żądanie wyrównania różnicy. Proces, rzecz jasna, ciągnąłby się latami i wymagałby od obu stron poniesienia znacznych kosztów na adwokatów – nie mówiąc już o tym, że do ustalenia pozostałby status działki, na której stał sporny budynek.

Ten przykład pokazuje, dlaczego nawet przy założeniu najlepszej dobrej woli ścieżka prawna na gruncie istniejącego ustawodawstwa nie wystarcza, i konieczna jest ustawa, która by do tego rodzaju roszczeń i kontr-roszczeń podeszła w sposób systemowy.

Należałoby w niej też uwzględnić mechanizmy prawne przeciwdziałające próbom oszustw i wyłudzeń, wcale licznym niestety w dotychczasowej praktyce restytucyjnej. Powodem wszelako dla którego ustawa taka dotychczas nie została przyjęta nie jest w pierwszym rzędzie, jak sądzę, antysemityzm. Pozwala on mobilizować przeciwników restytucji, ale nie on sprawia, że ustawa restytucyjna nie została dotąd przyjęta.

Rzeczywiste przyczyny, jak sądzę, są trzy: skala, zasięg i sprawiedliwość społeczna.

Ogromna skala rewindykacji

Skala rewindykowalnego mienia jest w Polsce bezprecedensowa. Nigdzie indziej w Europie nie nastąpiły w takiej skali mordy (procentowo więcej ludzi Niemcy wymordowali na Białorusi, ale tam prawa własności zostały już wcześniej złamane przez rewolucję październikową).

Każda rewindykacja musi w tej sytuacji rodzić znaczne skutki budżetowe, sprowadzające się, ze względu na obce obywatelstwa wnioskujących, do transferu z kraju znacznych sum. To w sposób zrozumiały czyni ustawodawców niechętnymi do podjęcia stosownych działań legislacyjnych.

Bezprecedensowa była w Polsce zmiana granic: utrata połowy terytorium przedwojennego, i uzyskanie jednej trzeciej nowego terytorium od pokonanych Niemiec, i wygnanie jego ludności.

Za mienie zabużańskie Polska zapłaciła jego posiadaczom i ich spadkobiercom 20 proc. wartości. Stanowi to, jak sądzę, nieprzekraczalną granicę wysokości wszelkich innych roszczeń – choć organizacje żydowskie, z punktu widzenia prawa oraz zasad negocjacji zasadnie, domagają się 100 proc.

Zmiany granic oznaczają też, że ustawa restytucyjna mogłaby również umożliwić roszczenia potomków 3,4 miliona wygnanych z Polski Niemców.

Państwo niemieckie wprawdzie zapewniło, że tych roszczeń nie poprze i że nie będzie wnosić własnych, ale przecież nie ma jak zabronić składania stosownych wniosków. Wykluczenie obywateli Niemiec z kręgu uprawnionych wnioskodawców byłoby prawnie i politycznie niemożliwe, zaś ograniczenie stosowalności ustawy do tej części terytorium II RP, które znajduje się w granicach III RP (jak w ustawie z 1997 roku), byłoby prawnie niezmiernie kłopotliwe. Zaś przyjęcie także wniosków niemieckich, choć prawnie niepodważalne, byłoby politycznie całkowicie nie do przyjęcia, o skutkach finansowych dla budżetu nie wspominając.

Jak to zrobić sprawiedliwie?

Ale sprawa jest szersza. Jako że znaczna część roszczeń nie mogłaby być zaspokojona w naturze, konieczne byłyby wypłaty z budżetu. To zaś by znaczyło, że

ogół potomków ofiar niemieckiej okupacji musiałby się złożyć na świadczenia dla potomków tych, którzy zostali przez okupanta ograbieni.

Ofiary te zostały w ogromnej większości przypadków także zamordowane – ale podstawą świadczenia byłby jednak nie ich los osobisty (wspólny zresztą dla wielu członków rodzin samych świadczących), ale los ich własności. Takie rozwiązanie wydaje się trudne do pogodzenia z zasadą sprawiedliwości społecznej.

Dlatego też posłowie na każdy Sejm od 1989 roku zaczynali od deklaracji, że kwestię mienia należy rozwiązać, po czym w miarę jak się zapoznawali ze złożonością materii, deklaracje robiły się rzadsze, a już przed samymi wyborami słychać było tylko przeciwników restytucji. Wyborcy bowiem żadnej restytucji nie chcieli, i tak jest też teraz.

Nie jest zresztą sprawą przypadku, że w Europie, poza Polską, jedynie Bośnia-Hercegowina nie przyjęła ustawy restytucyjnej. Głównym powodem nie była niechęć do przywrócenia żydowskim spadkobiercom ich mienia, lecz kwestie ogólne: około połowa ludności kraju została, na skutek wojen lat 90., wysiedlona i obecnie mieszka na cudzym. Próby ustawowego uregulowania tego stanu rzeczy, bez uprzedniego porozumienia politycznego, skazane są na niepowodzenie.

Mienie bezspadkowe po Zagładzie. Czy państwo ma prawo je przejąć?

Nie zmienia to faktu, że istnieje niechętnie akceptowana świadomość, że jakieś rozwiązanie systemowe w kwestii spadkobierców mienia indywidualnego przyjąć będzie jednak trzeba – i o to posądzają rząd demonstranci z Alej Ujazdowskich.

Zapewne nawet oni by się z takim rozwiązaniem jednak pogodzili – za to wspólne oburzenie i ich, i rządu, i zapewne większości opinii publicznej, budzą próby rewindykowania własności bezspadkowej, uważane za próbę wyłudzenia, czy wręcz rabunku.

Postawy takie wydają się zrozumiałe. W Polsce, jak w większości państw świata, mienie bezspadkowe (czyli takie, którego właściciel zmarł bez sporządzenia testamentu, a jego naturalnych spadkobierców nie udało się ustalić) przechodzi na własność państwa.

Jest to kontynuacją prawa feudalnego, na mocy którego bezspadkowe mienie wasala przechodziło na własność suwerena. Współcześnie argumentuje się dodatkowo tym, że dziedziczą najbliżsi – a jeśli ich nie ma, to kolejnym kręgiem najbliższych stają się współobywatele, w imieniu których występuje właśnie państwo.

Jest to zarazem rozwiązanie jedyne, nie sposób sobie bowiem wyobrazić innego beneficjenta, który miałby lepsze prawo do dziedziczenia – ani instancję, która miałaby prawo takiego beneficjenta wskazać.

Wreszcie zakłada się, że gdyby zmarły chciał kogoś wskazać, to by to zrobił – w testamencie. Jego niesporządzenie zaś oznacza, że sprawa losu jego majątku była mu najzupełniej obojętna.

Tyle tylko, że te zasady, dobrze się sprawdzające w normalnie funkcjonującym państwie, całkowicie nie przystają do wyjątkowego wydarzenia, jakim była Zagłada.

Tej wyjątkowości (choć nie – jedyności: zdarzały się i inne ludobójstwa, dla których zresztą dałoby się przeprowadzić analogiczne rozumowanie) nie trzeba, jak sądzę, udowadniać. Jedną z jej konsekwencji jest to, że znakomita większość ofiar zginęła razem z całymi rodzinami; naturalni spadkobiercy więc nie istnieją, a jeśli istnieją, to często nie mogą udowodnić swoich praw, bowiem stosowna dokumentacja spłonęła razem z jej autorami.

To więc, co w normalnym funkcjonowaniu państwa jest marginesem – bezspadkowość mienia – tutaj staje się sercem problemu, a tym samym istniejące rozwiązania prawne mogą się okazać nieadekwatne.

Co więcej, mienie to jest bezspadkowe nie dlatego, że jego właściciele nie byli zainteresowani sporządzeniem testamentów, lecz dlatego, że ich sporządzić nie mogli, a nawet jeśli mogli, to testamenty te spłonęły razem i z testatorami, i z notariuszami.

Nie można więc się powoływać na domniemanie, że właścicielom był obojętny los ich mienia.

Wreszcie nie można też czynić założenia, że dla spadkodawców ich współobywatele byli kolejnym kręgiem najbliższych.

Po pierwsze bowiem z reguły jacyś członkowie rodziny często żyli jeszcze w momencie, gdy właściciel umierał, i to ich miałby on na myśli jako dziedziców, nie zaś ogół polskich obywateli.

Po drugie zaś – i to jest rzecz dla polskiej opinii publicznej najtrudniejsza do przyjęcia – zasadne jest domniemanie, że ginący Żydzi nie uważali za swoich najbliższych innych, nieżydowskich Polaków.

Badania historyczne jednoznacznie udowodniły obojętność większości Polaków w okupowanej Polsce na los Żydów, oraz udział mniejszościowej, lecz przecież nie nieznacznej, ich grupy w niemieckim mordzie na Żydach. Wiedzieli o tym też sami Żydzi, stąd domniemanie, że chcieliby, żeby to Polacy odziedziczyli ich mienie, jest do podważenia.

Rzecz jasna, byli też tacy Żydzi, którzy chcieliby – z wdzięczności za okazaną im przez Polaków pomoc – by ich spadkobiercami byli ci konkretni Polacy, lub też Polacy w ogóle. Byli zapewne też i tacy Żydzi, którzy – w reakcji na przykład na działania żydowskiej policji gettowej – mogli właśnie nie chcieć, by ci Żydzi, lub też Żydzi w ogóle, byli wśród ich spadkobierców.

Tego wszystkiego nie sposób ustalić nawet w pojedynczych sprawach, a co dopiero w kwestii tyczącej się mienia milionów ludzi.

Ale wystarczy, by stwierdzić, że domniemanie, iż chcieliby dziedziczenia przez państwo polskie, jest do podważenia. Domniemanie zaś, że nie chcieli sporządzić testamentu, należy odrzucić, podobnie jak domniemanie, że nie mieli naturalnych spadkobierców. Zaś wiemy już, że mienie bezspadkowe nie jest tu marginesem, lecz sednem problemu.

Cóż więc z tego wynika? Wątpliwość.

To wszystko jest przecież za mało, by uznać kategorycznie, że żydowskie mienie bezspadkowe powinno przypaść nie państwom, których Żydzi ci byli obywatelami, lecz komuś innemu: organizacjom żydowskim, Izraelowi, innym Żydom, ocalałym z Zagłady.

Polska nie kolaborowała, ale Polacy brali udział

Nawet zresztą, jeśli by podważyć prawo państw do bycia spadkobiercami, to ustalenie właściwych beneficjentów będzie trudne. Jedno jest pewne – argument, że nie może to być ani Izrael, ani powstałe po wojnie organizacje, jest groteskowy. Nikt przecież nie podważa prawa potomków, urodzonych po śmierci testatora, do dziedziczenia.

Kluczowe jest jednak ustalenie niewyrażonej woli testatora, a tę da się ustalić jedynie hipotetycznie, i to raczej w formie negatywnej – czyli komu by nie chciał, być może, przekazać spadku.

W tej sytuacji jednoznaczna jest jedynie kwestia moralna. Nie wiemy, czy zasada dziedziczenia przez państwo mienia bezspadkowego ma zastosowanie w przypadku ludobójstwa, zwłaszcza jeśli wśród beneficjentów mogą być także tego ludobójstwa uczestnicy lub ich potomkowie.

W tej sytuacji figa Brudzińskiego czy „Bezczelność!” Kaczyńskiego nabierają nowego moralnego wymiaru. Stają się istotnie świadectwem postaw tych polityków, nie zaś tych, którzy roszczenia śmią wnosić. Świadectwem kompromitującym.

Polska za to ma mocny argument, by roszczenia do żydowskiego mienia bezspadkowego jednak odrzucać – była bowiem jedynym państwem, które nie współpracowało ze sprawcą ludobójstwa, niemiecką III Rzeszą, ani nie miała narzuconego przez nią rządu kolaboracyjnego.

Zarazem jednak skala udziału poszczególnych Polaków w tych mordach sprawia, że mimo tego kontrargumentu kwestię trzeba postawić znowu – powtarzam: na płaszczyźnie moralnej, bo nie bardzo wiadomo, jakie konkretnie prawne wnioski miałyby z niej wynikać.

Polska podpisała deklarację w Terezinie

Podobnie uznało 47 państw, uczestniczących 10 lat temu w konferencji w czeskim Terezinie. W przyjętej tam Deklaracji – zastrzegając, że nie ma ona mocy prawnej – stwierdzają:

„Zauważamy, że w niektórych państwach własności pozbawione osób dziedziczących powinny służyć znajdującym się w trudnym położeniu ocalonym z Holocaustu, oraz potrzebom edukacji o Holocauście, jego przyczynach i konsekwencjach”.

Jest to więc niewiążąca rekomendacja, którą wszelako Polska też poparła. Jeśli obecny rząd chce to poparcie wycofać, to przecież może to uczynić, notyfikując pozostałych uczestników o cofnięciu podpisu. Twierdzenie jednak, że nie ma podstaw, by się tym zajmować, jest po prostu kpiną z naszego podpisu i naszej wiarygodności.

Polskim argumentem o braku udziału państwa w Zagładzie nie mogą się, rzecz jasna, posługiwać spadkobiercy III Rzeszy, Niemcy i Austria; oba państwa zawarły z organizacjami żydowskimi porozumienia o mieniu bezspadkowym.

Z kolei Szwajcaria, choć nie uczestniczyła w wojnie, zmuszona została do zawarcia porozumienia w kwestii żydowskich kont bezspadkowych w szwajcarskich bankach; trudno było jej użyć argumentu, że to szwajcarscy bankierzy, a nie naród żydowski, mają do tych środków prawo.

Szczególnie jednak istotny jest fakt, że Serbia przyjęła w 2016 roku ustawę o częściowym zwrocie mienia bezspadkowego. Serbia walczyła z Niemcami, jej rząd na emigracji był częścią obozu aliantów, zaś kolaboracyjny rząd gen. Nedicia był powszechnie uznany za zdrajców. Jego żandarmeria (podobnie jak polska policja granatowa) uczestniczyła jednak w łapankach Żydów. Może najbardziej spośród pozostałych sygnatariuszy Deklaracji Terezińskiej,

Serbia mogła się odwołać do takiej samej, jak mogłaby Polska, argumentacji. Nie zrobiła tego, uznając zasadność argumentów moralnych i przetwarzając ją w prawną rzeczywistość. Tym samym twierdzenia Warszawy, że takie oczekiwania są bezpodstawne, same bezpodstawnymi się stają.

Tym bardziej, że z prawnego punktu widzenia wcale nie jest oczywiste, czy przejęcie przez państwo bezspadkowego mienia żydowskiego było prawnie skuteczne. By tak się stało, konieczne byłoby ustalenie tożsamości właścicieli oraz upewnienie się, czy nie pozostali po nich ustawowi spadkobiercy.

Rzecz jasna, w warunkach powojennych nie było to możliwe, ale oznacza to jedynie, że warunki te nakazują elastyczne stosowanie prawa – nie, że takie stosowanie prawa musi się dokonać w sposób krzywdzący dla spadkobierców i ich narodu.

Tej dyskusji nie unikniemy, i to nie dlatego, że w USA kongres przyjął rezolucję 447. Nakłada ona jedynie na rząd USA sporządzenie sprawozdania o wywiązywaniu się przez sygnatariuszy, z USA włącznie, ze zobowiązań politycznych zawartych w Deklaracji Terezińskiej. Czynił to powołany przez tę Deklarację Instytut Monitorowania, ale jego dziesięcioletni mandat dobiegł końca, i nie ma woli jego przedłużenia; dziesięć lat temu trudno było przewidzieć jak zmieni się Europa.

Sprawozdanie nie rodzi skutków prawnych dla Polski, ale tak, może zrodzić skutki polityczne. Obecna administracja waszyngtońska politycznie wspiera rząd PiS, ale są granice tego poparcia; ich przekroczenie może być dla rządu kosztowne.

Ale przede wszystkim: czy naprawdę zaciśnięta w figę pięść ministra Brudzińskiego jest tym, co mamy do powiedzenia potomkom ofiar Zagłady?


*Konstanty Gebert, w latach 70. współpracownik KOR, w latach 80. publicysta (ps. Dawid Warszawski) podziemnej „Solidarności” i redaktor dwutygodnika „KOS”, sprawozdawca rozmów Okrągłego Stołu 1989 roku (książka „Mebel”), wspierał Tadeusza Mazowieckiego jako specjalnego wysłannika ONZ do Bośni (1992-1993; książka „Obrona poczty sarajewskiej”), założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura think tanku ECFR (European Council on Foreign Relations), jeden z animatorów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce (założyciel pisma „Midrasz”, 1997).



Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press