0:00
09 listopada 2021

Żadnych bezpieczników. Płot na granicy z Białorusią to kapitalizm katastroficzny po polsku

"Bez przetargów, bez dostępu do informacji, bez niezależnej kontroli – specustawa o budowie płotu na granicy polsko-białoruskiej przenosi do naszego systemu najgorsze wzorce politycznego kapitalizmu katastroficznego", pisze w OKO.press dr hab. Dawid Sześciło

Wydrukuj

2 listopada 2021 prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o budowie muru na granicy polsko-białoruskiej. 29 października Sejm odrzucił najważniejsze poprawki Senatu, m.in. tę, która zakładała konieczność cyklicznych sprawozdań z budowy zapory.

W październiku wątpliwości do ustawy zgłosił Rzecznik Praw Obywatelskich: "Do tej inwestycji nie stosuje się przepisów prawa budowlanego, prawa wodnego, prawa ochrony środowiska, o udostępnianiu informacji o środowisku, prawa geodezyjnego i kartograficznego, o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, ochronie gruntów rolnych i leśnych oraz środowiskowych, o transporcie kolejowym, o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych".

Na łamach OKO.press ustawę komentuje dr hab. Dawid Sześciło, adiunkt w Zakładzie Nauki Administracji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert organizacji międzynarodowych do spraw reform administracji publicznej.

Płot graniczny, czyli kapitalizm katastroficzny po polsku

Kilkanaście lat temu kanadyjska aktywistka i publicystka Naomi Klein wprowadziła do obiegu publicznego pojęcie „kapitalizmu katastroficznego”. Opisuje ono, jak wielki biznes czerpie korzyści z wydarzeń takich jak katastrofy naturalne czy kryzysy humanitarne. Jak pokazuje Klein, rządy nadzwyczaj często sięgają wówczas po wyłanianych w niezbyt przejrzystych procedurach prywatnych kontraktorów, którym powierzają realizację kluczowych inwestycji stanowiących odpowiedź na kryzysowe zdarzenia. Outsourcing pokryzysowych interwencji na rzecz biznesu powiązanego z aktualną władzą obserwowaliśmy po 11 września, huraganie Katrina czy przy okazji konfliktów w Iraku i Afganistanie.

Coraz więcej mówi się o kapitalizmie katastroficznym także w kontekście pandemii COVID-19, którą w niektórych krajach wykorzystano np. do poluzowania wymogów regulacyjnych (np. środowiskowych) wobec biznesu lub nie zawsze uzasadnionego pompowania publicznych pieniędzy do sektora prywatnego.

Dlaczego o katastroficznym kapitalizmie warto wspomnieć przy okazji planów budowy muru na granicy polsko-białoruskiej? Oto bowiem podpisana przez Prezydenta ustawa o budowie zabezpieczenia granicy państwowej toruje drogę do przeniesienia tego modelu na polski grunt. Tworzy wręcz idealne warunki do tego, by – korzystając z atmosfery zagrożenia podsycanej przez władzę – dać zarobić biznesowi bliskiemu władzy.

Żadnych bezpieczników

Przypomnijmy, że ustawa wyłącza dla tej inwestycji praktycznie wszystkie standardowe bezpieczniki i reguły wydatkowania pieniędzy publicznych.

Po pierwsze, przedsięwzięcie nie będzie podlegało przepisom Prawa zamówień publicznych. Podkreślmy, nie chodzi tu o wyłączenie przetargowego trybu udzielenia zamówienia na rzecz zamówienia z wolnej ręki, które jest mniej sformalizowane i nie wymaga otwartego i konkurencyjnego postępowania.

Będziemy mieli do czynienia z pełnym wyjściem poza reżim zamówień publicznych, co oznacza również brak obowiązku publikowania informacji na temat kolejnych etapów procesu kontraktowania robót czy usług wchodzących w zakres przedsięwzięcia.

Kontrolę nad procedurami zamówieniowymi ma sprawować wyłącznie Centralne Biuro Antykorupcyjne, które trudno uznać za instytucję od władzy niezależną.

W praktyce więc Straż Graniczna będzie miała pełną swobodę w decydowaniu o tym, kto, w jaki sposób i za ile zbuduje płot graniczny.

Nawet jeśli dowiemy się, kogo wyłoniono jako wykonawcę projektu, a następnie prac budowlanych, to nie będziemy w stanie ocenić rzetelności całej procedury czy adekwatności wynagrodzenia wykonawcy, ponieważ wszelkie informacje techniczne pozostaną niejawne.

Firmy potencjalnie zainteresowane udziałem w tym przedsięwzięciu nie dowiedzą się, czy i kiedy mogą składać ewentualne oferty, ponieważ żadne ogłoszenia w tej sprawie nie będą publikowane.

Po drugie, wyłączono też stosowanie przepisów z zakresu prawa budowlanego, ochrony środowiska, planowania i zagospodarowania przestrzennego czy prawa wodnego. To będzie również miało bardzo praktyczne konsekwencje. Inwestycja nie będzie podlegała ocenie oddziaływania na środowisko. Będzie więc można zignorować alarmy przyrodników, którzy dowodzą, że płot graniczny zablokuje ścieżki migracji dzikich zwierząt, pomijając już szkody, które powstaną przy okazji prowadzenia tak rozległych prac budowlanych. Bez zastosowania przepisów o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, głosu w sprawie inwestycji nie będą miały wspólnoty lokalne.

Eksperyment budowlany

Z kolei brak obowiązku stosowania przepisów prawa budowlanego oznacza, że powstająca na granicy konstrukcja nie będzie musiała spełniać żadnych wymogów technicznych, w szczególności zapewniających bezpieczeństwo osobom, które znajdą się w pobliżu. Czeka nas więc eksperyment budowlany na dużą skalę – wielokilometrowa konstrukcja powstanie w oparciu o bliżej nieokreślone standardy techniczne. Nawet jeśli jakieś standardy zostaną opracowane przez inwestora, czyli Straż Graniczną, to ich nie poznamy.

Ustawa przesądza, że informacje dotyczące konstrukcji, zabezpieczeń i parametrów technicznych płotu nie są informacją publiczną. To przedziwna konstrukcja prawna, która usiłuje zaprzeczyć rzeczywistości. Jest bowiem jasne, że wymienione dane można, a nawet trzeba traktować jako informację publiczną. Dostęp do nich można poddać ograniczeniom w ramach ogólnego reżimu ochrony informacji niejawnych, biorąc pod uwagę ewentualne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Nie można jednak wmawiać, że nie są to z definicji informacje o istotnych sprawach publicznych.

W ustawie zaszytych jest jeszcze więcej bardzo wątpliwych rozwiązań, szkodliwych nie tylko dla interesu publicznego, ale też niebezpiecznych dla konkretnych osób. Mocno uproszczona procedura wywłaszczeniowa zakłada m.in., że inwestycje można realizować na gruncie już faktycznie zajętym, nawet przed wywłaszczeniem. Co więcej, jeśli właściciel będzie kwestionował oferowany mu ekwiwalent z tytułu wywłaszczenia, obciążą go dodatkowe koszty wynikające z braku akceptacji oferty.

Wszystkie te spec-rozwiązania składają się na model przedsięwzięcia, które będzie realizowane w formule „inwestycyjnego stanu wyjątkowego” – bez standardów przejrzystości, ignorując wymogi techniczne i środowiskowe oraz przy pełnej swobodzie w wydatkowaniu szacowanego 1,6 miliarda złotych. Czy można sobie wyobrazić bardziej podatny grunt dla rozkwitu politycznego kapitalizmu katastroficznego?

Biznes bezpiecznych granic

Nie są to wyłącznie hipotetyczne zagrożenia. Skoro sam pomysł muru zawdzięczamy zapewne zapatrzeniu obecnej władzy w polityczną strategię Donalda Trumpa, warto przyjrzeć się patologiom, jakie towarzyszyły budowie jego słynnego muru na granicy z Meksykiem. Amerykańska prasa szeroko informowała o naciskach byłego prezydenta w sprawie przyznania kontraktu na budowę muru firmie należącej do jednego z wiodących kampanijnych darczyńców Partii Republikańskiej.

Problem dotyczy jednak nie tylko Stanów Zjednoczonych. Kilka lat temu, międzynarodowe konsorcjum dziennikarskie opublikowało raport ilustrujący gigantyczny strumień unijnych pieniędzy płynących do wielkich międzynarodowych korporacji (np. Airbus, Siemens czy Saab) w ramach przedsięwzięć chroniących granice zewnętrzne Unii.

Biznes bezpiecznych granic okazuje się bardziej dochodowy. Według wyliczeń brytyjskiego Overseas Development Institute, od 1989 roku w Europie powstało ponad 1200 km zabezpieczeń granicznych. Abstrahując od tego, czy tak potężne inwestycje w tworzenie „twierdzy Europa” są uzasadnione, największy problem – wspólny dla podobnych przedsięwzięć wszędzie – to brak przejrzystości i niezależnej publicznej kontroli nad ich realizacją. Przykładowo, przy projektach finansowanych przez UE bardzo często dochodziło do konfliktu interesów – eksperci powiązani z „biznesem bezpieczeństwa” działali jednocześnie jako eksperci w gremiach doradczych wpływających na unijną politykę.

Nie ma powodów sądzić, że w Polsce będzie inaczej. Praktyka gospodarowania publicznymi pieniędzmi przez PiS nakazuje raczej spodziewać się zwielokrotnienia patologii obserwowanych wcześniej w innych państwach. Do różnych odmian kapitalizmu politycznego, które znajdują się w Polsce w rozkwicie, za chwilę będziemy mogli dopisać jeszcze polityczny kapitalizm katastroficzny.

Udostępnij:

Dawid Sześciło

Kierownik Zakładu Nauki Administracji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Ekspert Fundacji im. Stefana Batorego do spraw samorządowych i członek Zespołu Ekspertów Samorządowych. Jako ekspert organizacji międzynarodowych do spraw reform administracji publicznej pracuje m.in. w Armenii, Albanii, Czarnogórze, Kosowie, Macedonii, Serbii, Turcji, Bośni i Hercegowinie, a także na Ukrainie. Stypendysta Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w Instytucie Zarządzania Lokalnego na Uniwersytecie Ekonomicznym w Wiedniu (2014–2015). Visiting professor w Centrum Badań Porównawczych nad Rozwojem Metropolitalnym na Georgia State University w Atlancie (2019). Wykładał gościnnie na uczelniach w Austrii, Portugalii, Szwecji. Kierował zespołem badawczym, który przygotował raport „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo” (2019).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne