"Teraz, kiedy wzięliśmy sprawy w swoje ręce, Zalewska jak tchórz się schowała. Niech stanie twarzą w twarz z problemem, który wygenerowała" - przejmujący list nauczycielki, która opowiada o poruszeniu wśród ludzi "wzgardzanego zawodu" i 30 latach niszczenia polskiej edukacji

„Cokolwiek się dalej wydarzy, ważne, że możemy się policzyć. Nauczyciele naprawdę mają dość. Również odpowiadania na pytania uczniów i rodziców, kiedy w końcu zawalczymy o siebie” – pisze do OKO.press w przejmującym liście nauczycielka z ponad trzydziestoletnim stażem.

Podobnie do swoich kolegów i koleżanek, w ramach oddolnego protestu przeszła na zwolnienie chorobowe. Tzw. „belferska grypa” to pierwszy tak wyraźny sprzeciw środowiska oświaty wobec degradacji zawodu nauczyciela i polityki edukacyjnej w tej kadencji, a może i w ogóle.

„U mnie [protestuje – red.] prawie cała szkoła” – pisze nauczycielka.

Jak doszło do tej stanowczej wolty?

„Nauczyciele wykonują niezwykle wymagający zawód. W dodatku jeden z najbardziej stresogennych. Wymaga się od nas ciągłego doskonalenia, kompetencji dydaktycznych i pedagogicznych na najwyższym poziomie, indywidualnego podejścia do każdego ucznia (nawet jeśli np. geograf w jednej szkole uczy 700 osób), kultury, matkowania, bycia mistrzem, poczucia humoru, dystansu do siebie, dyspozycyjności itd.

Musimy umieć działać w stresie, radzić sobie często z nierealnymi oczekiwaniami  innych, zmieniającymi się decyzjami urzędników, znosić impertynencje rodziców, obelgi »naprawdę pracujących«. Zamieniamy się nierzadko w biurokratów czy prawie spowiedników dla rodziców” – pisze nauczycielka.

„Jeśli mamy być pariasami, oczekujemy szacunku przynajmniej od naszego pracodawcy, czyli państwa. To zaś reprezentuje minister. Pamiętam ich wielu:

  • minister Handke, który obiecał nam 700-dolarowe pensje;
  • minister Hall z jej rewolucyjną koncepcją czytania zaledwie fragmentów lektur;
  • minister Łybacką likwidującą zawodówki;
  • minister Giertych, który przygotował akcję mundurkową, a na otarcie łez uczynił nauczycieli urzędnikami państwowymi;
  • Palmę pierwszeństwa można jednak przyznać minister Kluzik- Rostkowskiej, przez nauczycieli zwanej koniem trojańskim PiS-u. To pierwszy, jakiego znam, minister, który wprost podważał kompetencje nauczycieli, nasyłał na nas rodziców, zachęcał ich i, o zgrozo, uczniów do pisania donosów na nauczycieli”.

„Deforma doprowadziła wielu nauczycieli do podstawowego pytania – W imię czego? Czy w ogóle warto? Czy jest dla kogo? (…) Teraz dopiero widać pełen obraz zniszczeń. (…) Widać przygnębienie, zniechęcenie, wiele osób czuje się oszukanych. Kiedy tworzyliśmy gimnazja, nawet niechętni im zauważali zmiany na lepsze, widzieli konkretny cel. Teraz tego nie ma. Jest tylko gorzej.

Za to jest wiecznie zadowolona z siebie pani minister Anna Kłamczuszka Zalewska. Mityczne podwyżki? Od trzech lat mówi o tych samych, przyszłych pieniądzach.

Ani duże, ani dla wszystkich, ani w terminie, ani nie rekompensują inflacji. By je wygospodarować, zlikwidowała rozmaite dodatki. A potem oddała je pod inną nazwą. Kreatywna księgowość.

Bez wątpienia minister Zalewska przejdzie do historii. Zapewne nie taka pamięć jej się marzyła. Ale jak powiedziała, pierwsze efekty reformy zobaczymy za kilka lat, więc skoro wierzy w swój sukces, może na razie świętować. Jej nazwisko na zawsze zostanie  związane z katastrofą, jaką sprowadziła na polską edukację.

Teraz, kiedy nauczyciele nareszcie zdobyli się na odwagę, i nie czekając na rachityczne działania związków, wzięli sprawy w swoje ręce, Zalewska jak tchórz się schowała. Niech stanie  twarzą w twarz z problemem, który usłużnie dla Partii wygenerowała i powie nam w oczy, jak naciągamy lekarzy na lewe zwolnienia (wiadomo, zmowa »nie wystarczająco kochających« Polskę), jaki zły przykład dajemy swoim uczniom. A co z naszym konstytucyjnym prawem do ochrony zdrowia?” (…).

Czytajcie list zbuntowanej nauczycielki, może lepiej zrozumiecie jak się czują nauczyciele w szkołach, ucząc wasze dzieci. Czytajcie do końca!


„Korzystam z okazji chorobowej i kosztem czasu, który zamierzałam przeznaczyć na sprawdzanie (to stały uboczny efekt wszelkich zwolnień i świąt nauczyciela polonisty), zamierzam podzielić się refleksjami na temat kondycji stanu nauczycielskiego oraz rozwijającej się epidemii.

Jestem nauczycielką dyplomowaną z bogatym dorobkiem zawodowym i bagażem doświadczeń oraz „wybitnymi osiągnięciami zawodowymi”, jak mówi uzasadnienie mojej niedawnej nagrody. Jestem polonistką w gimnazjum, właściwie szkole podstawowej z klasami gimnazjalnymi, a więc nauczycielem najbardziej obłożonym pracą i najmocniej dotkniętym reformą.

Uczę od 1986 roku. Uczyłam dzieciaki rodziców PGR-owskich, górniczych, vip-owskich, inteligenckich, tzw. zwykłych Polaków. Pracowałam na wsi, w najsłabszej, ale i najlepszej szkole w mieście. Miałam również szczęście pracować w jednym z najlepszych gimnazjów w starym województwie wałbrzyskim, a do czasu „deformy” w jednym z najlepszych dolnośląskich gimnazjów publicznych we Wrocławiu.

W sumie pracowałam w czterech szkołach, miałam do czynienia z 18 dyrektorami i wicedyrektorami, setkami nauczycieli, o tysiącach rodziców i uczniów nie zapominając. Jako wicedyrektor w Wałbrzyskiem wprowadzałam gimnazja, w tamtym województwie byłam też egzaminatorem pracującym przy pilotażowym projekcie egzaminów ósmoklasisty, na których wzorowały się egzaminy gimnazjalne. Przeszłam niezliczone reformy i „reformki” w oświacie, i coraz gorszych ministrów edukacji.

W 1989 r. zakładałam w szkole „Solidarność”, a kiedy nawet ta nauczycielska zajęła się politykierstwem, odeszłam. Do ZNP wstąpiłam przed kilku laty (choć nigdy nie zamierzałam tego zrobić, nawet na początku kariery zawodowej, gdy w podwrocławskiej szkole władze zwierzchnie próbowały nas do tego zmusić) na znak protestu przeciwko nasilającej się akcji podpisywania przez nauczycieli „klauzuli sumienia”.

Doświadczyłam syndromu wypalenia zawodowego, ale nigdy nie odeszłam z zawodu, bo jest tym, co mimo wszystko dawał mi satysfakcję i bez czego trudno mi było się odnaleźć.

Doświadczałam autentycznych dowodów wdzięczności moich uczniów, ich rodziców, i wielokrotnie czułam, że urodziłam się, by być belfrem.

Mąż często, troszcząc się o moje zdrowie, przezywał mnie „Judym przez siłaczkę”, a mój lekarz rodzinny, gdy targuję się o krótsze zwolnienie, nazywa „patologią”. Przyznaję, urocze.

Nigdy nie kierowałam się żądzą pieniądza, nie pracowałam dla wakacji, ”18-godzinnego tygodnia”, „darmowych wycieczek”,  nie ruszało mnie ujadanie gawiedzi (wiem, niemiłe)  na temat tych „nierobów, nieudaczników, zakompleksionych miernot, a nawet (sic!) psychopatów”. Szczerze mówiąc, nie poznałam ani jednej/jednego nauczycielki/nauczyciela odpowiadających powyższemu opisowi.

Jestem dumna ze swojej pracy, osiągnięć, choć nie ukrywam, niechętnie przyznaję się obcym do swojej profesji. Choćby po to, by uniknąć szkolnych wspomnień panów hydraulików, kafelkarzy (itp.), głupich żartów, współczucia (zwłaszcza za gimnazjum – nie rozumiem powodu), krępującej ciszy, a w końcu dystansu, który się później wyczuwa.

Nie zamierzam rozwodzić się nad znaczeniem zawodu, który boleśnie realizuje przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył”. Znam cudownych nauczycieli, których życzyłabym sobie i swoim dzieciom. Oczywiście są i tacy, którzy nie powinni pracować w szkole, podobnie jak w każdym innym zawodzie.

Na marginesie, kiedy słyszę bezczelne uwagi o tym, by pedofilów szukać np. wśród nauczycieli, bo to my, a nie księża mamy najwięcej okazji, przypomina mi się nagonka na pracowników pogotowia ratunkowego po śmierci Grzegorza Przemyka.

Żenujące, czasy się zmieniają, a metody nie. I choćby to różni doświadczonych, by nie powiedzieć starych, nauczycieli od młodych. My mamy jeszcze pamięć. W tym pokładam nadzieję, choćby w odniesieniu do historii.

Myślałam, że nic mnie w szkole nie zaskoczy. A jednak!

Tylko z jedną bolesną opinią na temat nauczycieli zgadzałam się w całości. „Skoro nie potrafią o siebie zawalczyć, nie ma im co współczuć. Tchórze”. Naprawdę wiele musiało się wydarzyć, by nauczyciele, a właściwie nauczycielki, zdobyły się na takie działanie.

Jeśli ktoś zdecydował się na ten zawód, zapewne posiada specyficzny zbiór cech, wśród których trudno szukać agresji, umiejętności dążenia do celu za wszelką cenę (stąd opowieści o najeździe z płonącymi oponami na Warszawę potraktujmy raczej jako czarny humor), gotowości do łamania zasad. To naprawdę nie są zbyt waleczne osoby.

W dodatku uczą dzieci i młodzież pewnych wartości, w tym szacunku dla państwa, prawa, instytucji, drugiego człowieka.

Skupiają się na zadaniu, a w szkole z reguły jesteśmy w niedoczasie.

Z założenia są odpowiedzialne, a za swoją zawodową działalność podlegają karnej odpowiedzialności. Dlatego muszą przestrzegać przepisów i procedur. Wiedzą, że są osobami publicznymi i trzeba zachować pewne standardy. Dlatego tak łatwo szantażować nauczycieli „dobrem uczniów”. Od „dobra uczniów” nigdy nie możemy się uwolnić. Nawet chorując.

Oczywiście są wśród nas i tacy, którzy choćby dla zasady gotowi są działać. Ale wtedy, tak jak ja, możemy spotkać się z komentarzem: „Jesteś radykalna. To niedobrze.” Bijemy głową w mur, próbując namówić nauczycieli do działania. Najgorsze, że wiele/wielu uważa, że nic się nie da zrobić.

Najczęściej młodzi. Starzy zaś mają blisko do emerytury i skoro młodzi nie działają, im nie zależy. Boją się zwolnień, naprawdę. Wiosenne plany strajkowe i groźby kuratora to udowodniły. I nie pomagało twierdzenie, że i tak nas zwolnią, więc trzeba walczyć.

Przez dwa lata Zalewskiej udało się uniknąć protestów

W oświacie także potrzebna była „dobra zmiana”, oto jest. Prezesowi Kaczyńskiemu naprawdę było obojętne, co konkretnie się wydarzy. Pokazał to już, przekazując za poprzedniego rządu PiS resort edukacji Romanowi Giertychowi.

Tym razem znalazła się minister Anna Zalewska, która przecież głosowała za powołaniem gimnazjów. Zalewska od początku zamierzała zlikwidować gimnazja, co było głównym celem deformy. Te wszystkie pseudo-konsultacje, to tylko zasłona dymna. Pomijam już jakość owych konsultacji, szkoda się denerwować.

Annie Zalewskiej należy się medal! Przez ponad dwa lata skutecznie manipulowała nauczycielami i związkami, i uniknęła wielkich protestów. Okazała się niezwykle skuteczna w dzieleniu nauczycieli. Kiedy ważyły się losy deformy, poszczególne grupy nauczycieli myślały o sobie.

Pracowników samodzielnych gimnazjów było najmniej. To i ryzyko najmniejsze, choćby przez to, że inni zadowoleni, że ich nie rusza, będą potulni. Ale dzisiaj wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji.

Reforma Handkego nie została zakończona

Oświata od zawsze mierzy się z poważnymi problemami, reforma ministra Handkego nigdy nie została dokończona. Zabrakło odwagi, pieniędzy. Do dzisiaj istnieją szkoły bez sal gimnastycznych. Do szkół ponadgimnazjalnych głęboka reforma nie dotarła. Ograniczyła się jedynie do chaotycznych zmian programowych i zmian siatki godzin. Nie chcę krytykować żadnej grupy nauczycieli, ale to chyba w tych szkołach nauczyciele byli najbardziej oderwani od szkolnej rzeczywistości.

Dostawali wyselekcjonowaną grupę uczniów, nierzadko prawdziwe diamenty, które mieli już tylko oszlifować. Ale i tak, tradycyjnie, narzekali, czego uczą w tych gimnazjach, co ci nauczyciele tam robią. Trafiła do mojego gimnazjum polonistka po kilku latach pracy w liceum na roczne zastępstwo. Po trzech miesiącach intensywnej pracy przepraszała mnie i koleżanki za wszystkie nieprzychylne komentarze, które kiedykolwiek wygłaszała o gimnazjach. Stwierdziła, że dopiero tutaj zrozumiała, na czym polega praca w szkole. A to było naprawdę dobre gimnazjum.

Nie mówię, że wszyscy, ale wielu nauczycieli nie znało nawet podstawy programowej z gimnazjum.

Sama musiałam interweniować na zebraniu u córki w liceum. Wychowawczyni, polonistka zachęcała rodziców do złożenia pozwu przeciwko polonistom z gimnazjum, którzy czegoś nie nauczyli swoich uczniów. Pani profesor nie zdawała sobie sprawy, że wymagana przez nią wiedza znajdowała się w podstawie programowej starej podstawówki, ale w gimnazjum od lat jej nie ma!

I to nauczyciele ze szkół ponadgimnazjalnych podobno najbardziej nalegali na likwidację gimnazjów.

Absurdy reformy minister Zalewskiej

Teraz do nich dociera, co ich czeka. Znane są wstępne plany dotyczące szkół ponadpodstawowych: przepełnienie, dwuzmianowość, możliwa praca w soboty, gorsze przygotowanie ósmoklasistów niż gimnazjalistów  i ,o zgrozo!, gramatyka na polskim w liceum. Pieniędzy więcej nie będzie, a pracy i utrudnień tak. Przecież nie tak miało być!

W  podstawówkach nauczyciele się cieszyli, bo ich nie ruszają, a pracy będzie więcej. Tymczasem przepełnienie, nierzadko  trzyzmianowość, „wędrujący” nauczyciele, potworne kłopoty lokalowe, przerażone dzieciaki, przerażeni rodzice, przemęczeni nauczyciele. Przecież nie tak miało być!

Gimnazja funkcjonujące przy ogólniakach czy podstawówkach borykają się z tymi samymi problemami. Przecież nie tak miało być!

Gimnazja przekształcane w podstawówki (w takim pracuję) niedoinwestowane, z „wędrującymi” nauczycielami, przygnębiającymi pustkami w szkole, brakiem ciekawych ofert dla gimnazjalistów (jakie dotychczas zasypywały szkołę), z uczniami, którzy nierzadko, wyrażając swoje niezadowolenie np. z ocen, wprost mówią, że nie muszą tu chodzić.

Do tego niezwykle roszczeniowi rodzice, którzy, co prawda skorzystali z okazji przeniesienia dziecka, ale korzystają również z rady pani minister, by „żądać od dyrektora”, „domagać się od nauczycieli”. Chwilami sytuacja dochodząca do granic absurdu. Przecież nie tak miało być!

Reforma ma coś poprawiać. Nauczyciele mają świadomość, że szczytny cel reformy- większe szanse dla uczniów- trzeba realizować mimo reformy. Wszystko powyższe, do tego nieudane (delikatnie mówiąc) podstawy programowe, czekający nas (również nauczycieli) koszmar rekrutacyjny (my mamy świadomość, co się szykuje, dzieciaki i ich rodzice dopiero się dowiedzą) nie poprawiają nam, nauczycielom, nastroju. Przecież nie tak miało być!

Na dalszy plan zeszły prawdziwe problemy polskiej oświaty

Kiedy „na wariata” PiS deformował oświatę, wszyscy skupili się na likwidacji gimnazjów. Podobno tego domagał się suweren, a na poparcie słuszności decyzji przedstawiano dowody: kubeł założony na głowę nauczyciela – tyle że przed laty i w zawodówce; historie opowiedziane przez serial „Szkoła” i niepodważalny argument – my chodziliśmy do ośmioletniej podstawówki i było dobrze.

Wzruszyły mnie również argumenty za nową listą lektur przedstawioną przez rozmówcę w programie „Tak jest” – (nie pamiętam nazwiska starszego pana współpracującego z Elbanowskimi, kiedyś zwolennika gimnazjów), cytuję z pamięci: „To takie piękne książki. Poznałem je chyba w szkole podstawowej. Dobrze, że młodzież będzie je czytać”. Są to bardzo rzeczowe argumenty.

Na plan dalszy zeszły prawdziwe problemy polskiej edukacji, w tym chroniczne niedofinansowanie. Zaś premier Szydło i minister Zalewska miały czelność powiedzieć, że to szansa dla nauczycieli na nowy rozwój i podnoszenie swoich kwalifikacji, a także możliwość zmierzenia się z kolejnymi wyzwaniami (czy podobnie). Szczególnie za te ostatnie dziękujemy.

Doszło do takich absurdów, że proponowano nam w szkole ukończenie kursów dla nauczycieli nauczania początkowego na studiach zaocznych w Wałbrzychu, głównie przez Internet. Ze dwa/trzy razy należało się pojawić osobiście. Niedrogo, około 3000 zł. Doktorant z biologii studiował rok zaocznie, by mógł uczyć w podstawówce przyrody. Ledwo skończył, ponieważ musiał często weryfikować wiedzę pani prowadzącej kurs biologii. Przecież nie tak miało być!

Jakość kosztuje, a praca nauczyciela jest wymagająca

Nauczyciele wykonują niezwykle wymagający zawód. W dodatku jeden z najbardziej stresogennych. Wymaga się od nas ciągłego doskonalenia, kompetencji dydaktycznych i pedagogicznych na najwyższym poziomie, indywidualnego podejścia do każdego ucznia (nawet jeśli np. geograf w jednej szkole uczy 700 osób), kultury, matkowania, bycia mistrzem, poczucia humoru, dystansu do siebie, dyspozycyjności etc.,etc., etc.

Musimy umieć działać w stresie, radzić sobie często z nierealnymi oczekiwaniami  innych, zmieniającymi się decyzjami urzędników, znosić impertynencje rodziców, obelgi „naprawdę pracujących”. Zamieniamy się nierzadko w biurokratów czy prawie spowiedników dla rodziców. To poza podstawowymi obowiązkami.

Każdy by chciał dla swoich dzieci – a jak powiedział dolnośląski kurator „ tego, co rodzice mają najcenniejszego, swoich pociech” – najlepszego wychowawcy i najlepszych nauczycieli. Jak wiadomo, jakość kosztuje. Dlatego jesteśmy odpowiednio wynagradzani. W końcu każdy młody człowiek po studiach chciałby zarabiać 1700 zł., a taki stary belfer jak ja, z licznymi kursami kwalifikacyjnymi, studiami  podyplomowymi, nierzadko doktoratami, o sukcesach nie mówię, bo przecież każdy by potrafił, 3300 brutto. O różnych dodatkach nie wspominam, bo one mogą być lub nie. Przecież nie tak miało być!

Należy nam się chociaż szacunek

I na koniec to, co przelało czarę goryczy. Jeśli mamy być pariasami, oczekujemy szacunku przynajmniej od naszego pracodawcy, czyli państwa. To zaś reprezentuje minister.

Pamiętam ich wielu, m.in. minister Handke, który obiecał nam 700-dolarowe pensje. Kiedy moje koleżanki się tym ekscytowały, studziłam ich zapał, bo inni pewnie nadal będą zarabiać więcej, co widać.

Minister Hall z jej rewolucyjną koncepcją czytania zaledwie fragmentów (byle krótkich) lektur. Ponoć to lepsze niż nieczytanie niczego. Minister Łybacką likwidującą zawodówki.

Zaczął minister Giertych, przygotowując akcję mundurkową. Na otarcie łez uczynił nauczycieli urzędnikami państwowymi.

Palmę pierwszeństwa można jednak przyznać minister Kluzik-Rostkowskiej, przez nauczycieli zwanej koniem trojańskim PiS-u. To pierwszy, jakiego znam, minister, który wprost podważał kompetencje nauczycieli, nasyłał na nas rodziców, zachęcał ich i, o zgrozo, uczniów do pisania donosów na nauczycieli.

Ona też wprowadziła obowiązek odpracowania i udokumentowania dwóch darmowych godzin w tygodniu (tzw. godziny karcianej). Proszę mi pokazać drugi zawód, w którym wymaga się od pracownika darmowej pracy. Było to tym bardziej poniżające, że nauczyciele większość pracy świadczą za darmo.

Płaci nam się tylko za mityczne 18 godzin, czyli przepracowane lekcje. W dodatku okazało się, że nie wszystko, co robimy z uczniami, możemy wpisać na swoje konto. A jej słynne stwierdzenie, że nauczyciele ciągle dostają jakieś pieniądze, ale wciąż są niezadowoleni, bo podobno tego nie widzą, więc podwyżek już nie będzie, nie warto, dopełnia obrazu zniszczenia i pogardy, jaką może państwo okazać swojemu urzędnikowi.

Rozpętała akcję przeciwko Karcie Nauczyciela. Zawsze byłam za zniesieniem Karty, ale wtedy doceniłam jej siłę, zwłaszcza że wymieniłam tylko najważniejsze osiągnięcia pani minister. A kolejni premierzy spokojnie na to patrzyli.

Wszystko poszło w diabli

Nie ukrywam, że w ostatnich wyborach bardzo wielu nauczycieli właśnie dlatego odwróciło się od Platformy. Znam i takich, którzy głosowali na PiS, ale szybko tego pożałowali. I wcale nie z powodu pieniędzy.

Cokolwiek złego bym powiedziała o „dobrej zmianie” i „dobrej szkole”, nigdy nie słyszałam, by minister Zalewska obrażała wprost nauczycieli. Naobiecywała złote góry. O co więc chodzi?

Nie ma żadnego znaczenia, kto w oświacie wierzył w jej obietnice.

Deforma doprowadziła wielu nauczycieli do podstawowego pytania – w imię czego? Czy w ogóle warto? Czy jest dla kogo?

Skoro suwerenowi to odpowiada, czas zająć się sobą. Szczególnie dotyczy to rozwiązywanych gimnazjów. Zwłaszcza tzw. „elitarnych”, które według słów Zalewskiej „nie dały żadnych korzyści polskiej oświacie”, a według którejś wiceminister szkoła musi się dopasować poziomem do środowiska, w którym się znajduje, nie odwrotnie.

Fantastyczne zespoły nauczycielskie poszły w diabły. Zakończenie roku szkolnego 2016/17 było jedną z najsmutniejszych uroczystości oficjalnych, w jakich uczestniczyłam. Trudno było zapanować nad emocjami i nauczycielom, i rodzicom, i uczniom. Wszak rozpadała się jedna z najlepszych (przepraszam, elitarnych) szkół.

W pierwszym roku nowej władzy walczyliśmy o niedopuszczenie do tego szaleństwa, a przynajmniej o logiczne rozpoczęcie od pierwszej, ewentualnie czwartej klasy. W kolejnym roku walczyliśmy o uratowanie szkoły, owszem, również z myślą o swoich miejscach pracy, ale przede wszystkim z myślą o dzieciakach i zbliżającym się niewytłumaczalnym marnotrawstwie. Możliwości, kompetencji, zaangażowania, kreatywności, fantastycznej atmosfery, o finansach nie zapominając. Przecież nie tak miało być!

Dopiero teraz widać obraz zniszczeń

W bieżącym roku teoretycznie można w naszej szkole normalnie pracować. Ale teraz dopiero widać pełen obraz zniszczeń, podobnie jak w wielu rozwalonych bezmyślnie gimnazjach.

Jeśli złożyć powyższe, widać przygnębienie, zniechęcenie, wiele osób czuje się oszukanych. Kiedy tworzyliśmy gimnazja, nawet niechętni im zauważali zmiany na lepsze, widzieli konkretny cel. Teraz tego nie ma. Jest tylko gorzej (co boli tym bardziej, że w Polsce jest coraz lepiej. Podobno).

Za to jest wiecznie zadowolona z siebie pani minister Anna Kłamczuszka Zalewska. Mityczne podwyżki? Od trzech lat mówi o tych samych, przyszłych pieniądzach. Mnóstwo Polaków jej wierzy, co jest jeszcze bardziej frustrujące.

Ani duże, ani dla wszystkich, ani w terminie, ani nie rekompensują  inflacji. By je wygospodarować, zlikwidowała rozmaite dodatki. A potem oddała je pod inną nazwą. Kreatywna księgowość. W dodatku wielu nauczycieli zarabia przez to mniej. Przecież nie tak miało być!

Kosmiczne pomysły oceny nauczycieli, z najzabawniejszym pomysłem oceny postawy etyczno-moralnej na czele, byłyby zabawne, gdyby nie były takie straszne. Wydłużyła ścieżkę awansu zawodowego, czego najdotkliwszym efektem będzie dłuższy czas z niższymi zarobkami.

Kłamstwa, w które już nawet rodzice nie wierzą, o świetnym przygotowaniu do przyjęcia podwójnego rocznika, każą zadać sobie pytanie,

czy w rządzie naprawdę nie ma nikogo, kto ten cały chaos ogarnia. Czy oni naprawdę w to wierzą?

Całkowite ignorowanie opinii środowiska, o potrzebach już nie wspominam, przypomina mi animację pt. „Jak Kozacy grali w piłkę nożną”. Z taranem można się mierzyć tylko środkami nadzwyczajnymi.

Nauczycielu, licz na siebie!

Związki zawodowe nam nie pomogą. Byłam na zebraniu zarządu ZNP we Wrocławiu. I wiem jedno, umiesz liczyć, licz na siebie. W dodatku demonstracyjnie minister lekceważy jakiekolwiek działania związków.

Zaś moment, w którym „Solidarność” wspólnie z MEN-em dystansowało się od żądań nauczycieli domagających się wstrzymania reformy, choćby po to, by ją dobrze przygotować, całkowicie odebrało związkowi wiarygodność.

Na pewno nie reprezentuje nauczycieli. Nie znam nikogo, kto do niej należy. Nawet doły związkowe czasem okazują zniecierpliwienie, ale szybciutko są uciszane przez panów czekających w kolejce na miejsce na listach wyborczych.

Bez wątpienia minister Zalewska przejdzie do historii. Zapewne nie taka pamięć jej się marzyła. Ale jak powiedziała, pierwsze efekty reformy zobaczymy za kilka lat, więc skoro wierzy w swój sukces, może na razie świętować. Na zawsze zaś zostanie jej nazwisko związane z katastrofą, jaką sprowadziła na polską edukację.

Zalewska musi doprowadzić deformę do końca

A teraz w nagrodę czeka ją świetlana przyszłość w Parlamencie Europejskim i zarobki (oraz emerytura), na jakie nauczyciel nie zapracuje nawet przez rok. Jej obowiązkiem jest doprowadzić deformę do końca. Jestem przeciwna jej dymisji. Dlaczego ułatwiać jej zadanie? Żeby mogła ze swoim uśmiechem maskującym niepewność powiedzieć, że wszystko było dobrze pomyślane i dobrze policzone, ale nie mogła doprowadzić swojego zadania do końca? Nie może więc odpowiadać za drobne, oczywiście, niedogodności.

A teraz, kiedy nauczyciele nareszcie zdobyli się na odwagę, i nie czekając na rachityczne działania związków, wzięli sprawy w swoje ręce, Zalewska jak tchórz się schowała. Niech stanie  twarzą w twarz z problemem, który usłużnie dla Partii wygenerowała i powie nam w oczy, jak naciągamy lekarzy na lewe zwolnienia (wiadomo, zmowa „nie wystarczająco kochających” Polskę), jaki zły przykład dajemy swoim uczniom (do których może dotrze, że czasem trzeba zrobić to, co trzeba), a za dolnośląskim kuratorem naśle na nas ZUS i uświadomi nam, że ograniczamy konstytucyjne prawo młodzieży do bezpłatnej edukacji.

A co z naszym konstytucyjnym prawem do ochrony zdrowia? Każdy nauczyciel może w dowolnej chwili pójść na zwolnienie z powodu przemęczenia lub kłopotów z gardłem.

Cokolwiek się dalej wydarzy, ważne, że możemy się policzyć. Nauczyciele naprawdę mają dość. Również odpowiadania na pytania uczniów i rodziców, kiedy w końcu zawalczymy o siebie.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Redaktor "Codziennika Feministycznego". Wcześniej członek zarządu Fundacji "Trans-fuzja". W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym