Trafić mieli tam najniebezpieczniejsi gwałciciele i mordercy. A w Gostyninie są dziś pacjenci, którzy w więzieniu nie spędzili nawet 3 lat. Pod atrapą instytucji leczniczej KOZZD izoluje "prawdopodobnie niebezpiecznych". A co jeśli okazuje się, że mogą jednak być na wolności? Nic, bo kto odważy się wypuścić "bestię"? "Uczestniczymy w dehumanizowaniu ludzi!"

Do ośmioosobowego pokoju J. już się przyzwyczaił. Do piętrowych łóżek nawet nie musiał – takie same były w więzieniu. Gorzej jest latem, bo w więzieniu były okna, a tutaj tylko lufcik, więc temperatura sięga czasem 32 stopni.

Ale do kamer w toalecie przyzwyczaić się jakoś nie może. „Proszę pani, ja nigdy wcześniej nie musiałem załatwiać swoich potrzeb przed kamerą”. Po spotkaniu ze mną będą go rozbierać i przeszukiwać, mimo że w pokoju widzeń jest z nami strażnik i wszystko kontrolują kamery.

Do niektórych rzeczy J. stara się nie przyzwyczajać. Na przykład do poczucia beznadziei i bezradności. Na wolność miał wyjść 3 lata temu, zamiast tego trafił do Gostynina. Nie musi tu dłużej być, opiniują psychiatrzy. Tylko co z tego? J. widział jak pacjentów przybywa (przekroczono już maksymalną pojemność Ośrodka). Nie widział tylko, żeby ktoś wychodził.

Zdążyć przed szatanem

KOZZD, czyli Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym to dzieło Jarosława Gowina. „Jeżeli nic się w polskim systemie prawa nie zmieni, sprawcy seryjnych zabójstw zaczną na początku 2014 roku wychodzić z więzień. Społeczeństwo ma prawo chronić się przed takimi ludźmi” – przekonywał w kwietniu 2013 roku jeszcze jako minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL.

Słowa trafiły na podatny grunt — cała Polska żyła sprawą „Szatana z Piotrkowa”. Mariusz T., skazany w 1988 roku na karę śmierci za zgwałcenie i zabicie czterech chłopców, miał wyjść na wolność w lutym (dożywocie zamieniono na 25 lat przy okazji amnestii z 1989). Nawet matka apeluje, żeby go nie wypuszczać – pisano. On sam deklarował, że na wolności będzie dalej zabijał. „To silniejsze ode mnie”.

W tym klimacie zbiorowego przerażenia 22 listopada 2013 roku wprowadzona zostaje ustawa o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzającymi zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób. W mediach nazywać ją będą „ustawą o bestiach”.

Ustawa dotyczyć miała więźniów, których uznaje się za szczególnie niebezpiecznych. Jeśli biegli stwierdzą wysokie prawdopodobieństwo, że skazany po wyjściu z więzienia dokona kolejnej zbrodni, sąd może zadecydować o zamknięciu ich w Gostyninie. Bezterminowo, ale z możliwością wyjścia na wolność. Jeśli tylko przestaną być zagrożeniem.

„Boję się ustawy, która jest tworzona pospiesznie i w ten sposób, że kara, która w całości została odbyta, może być zastąpiona w szybkim tempie innym rodzajem odizolowania, nawet do końca życia” — mówiła była minister sprawiedliwości Barbara Piwnik.

Gowin nie miał jednak wątpliwości. Głosił, że Gostynin będzie triumfem sprawiedliwości. „To nie będzie nowa kara tylko przymusowe leczenie — zaznaczył. I że „dotyczy sprawców bardzo określonych czynów”.

Pięć lat później prof. Monika Płatek też nie ma wątpliwości – w Gostyninie łamane jest prawo.

„Uczestniczymy w procesie dehumanizowania ludzi. Ta ustawa to bomba, która rozsadza nasz system prawa” — alarmuje.

Bestie

W Gostyninie jest już 61 pacjentów. O jednego więcej niż przewidywało rozporządzenie ministra zdrowia, a w każdej chwili mogą pojawić się nowi. Wśród pacjentów jest Mariusz T., ale są też osoby po mniejszych wyrokach. Niektórzy dostali 8, inni 10 lat. Najmłodsza pacjentka w więzieniu nie spędziła nawet 3 lat.

Z.K., o którym pisała już dla OKO.press prof. Płatek, został skazany na 7 lat. Uzbierało mu się za znieważanie, nękanie i naruszanie nietykalności fizycznej. Nie popełnił ani przestępstwa seksualnego, ani przeciwko życiu.

Inny pacjent, K., po odbyciu kary zdążył wyjść na wolność. Założył działalność gospodarczą, znalazł partnerkę, oczekiwali dziecka. W międzyczasie powoli toczył się proces cywilny o przeniesienie go do Gostynina. Ślub brał już w Ośrodku.

Najmłodsza pacjentka KOZZD w więzieniu spędziła tylko 2 lata i 8 miesięcy. Ma schizofrenię i w Ośrodku w ogóle nie powinno jej być.

„Ustawę uchwalono bazując na szczególnym przypadku pana Mariusza T., a później się okazało, że w Ośrodku umieszcza się bardzo różne osoby – nie tylko takie, które zabijały lub gwałciły” – mówi OKO. press dr Ewa Dawidziuk, dyrektor ds. wykonywania kar w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

  • Kto trafia do Gostynina? Art. 1 ustawy

    Ustawa reguluje postępowanie wobec osób, które spełniają łącznie następujące przesłanki:
    1) odbywają prawomocnie orzeczoną karę pozbawienia wolności lub karę 25 lat pozbawienia wolności, wykonywaną w systemie terapeutycznym,
    2) w trakcie postępowania wykonawczego występowały u nich zaburzenia psychiczne w postaci upośledzenia umysłowego, zaburzenia osobowości lub zaburzenia preferencji seksualnych,
    3) stwierdzone u nich zaburzenia psychiczne mają taki charakter lub takie nasilenie, że zachodzi co najmniej wysokie prawdopodobieństwo popełnienia czynu zabronionego z użyciem przemocy lub groźbą jej użycia przeciwko życiu, zdrowiu lub wolności seksualnej, zagrożonego karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosi co najmniej 10 lat — zwanych dalej „osobami stwarzającymi zagrożenie”.

Aby zostać skierowanym do KOZZD więzień musi spełniać kilka warunków.

1. U więźnia muszą zostać stwierdzone zaburzenia psychiczne oraz musi on odbyć przynajmniej część kary na oddziale terapeutycznym. Jak długo musi tam przebywać? Z powodu jakich zaburzeń? Tego ustawa nie określa.

  • Kto trafia na oddział terapeutyczny? Art. 96 k.k.w.

    § 1. W systemie terapeutycznym odbywają karę skazani z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi, w tym skazani za przestępstwo określone w art 197-203 Kodeksu karnego, popełnione w związku z zaburzeniami preferencji seksualnych, upośledzeni umysłowo, a także uzależnieni od alkoholu albo innych środków odurzających lub psychotropowych oraz skazani niepełnosprawni fizycznie – wymagający oddziaływania specjalistycznego, zwłaszcza opieki psychologicznej, lekarskiej lub rehabilitacyjnej.
    § 2. (uchylony)
    § 3. Jeżeli przemawiają za tym względy lecznicze i wychowawcze, w oddziale terapeutycznym mogą odbywać karę także inni skazani, za ich zgodą.

2. Specjaliści (psychiatrzy, psychologowie, seksuolodzy) muszą też stwierdzić czy istnieje „co najmniej wysokie prawdopodobieństwo”, że po wyjściu na wolność skazany popełni kolejną zbrodnię.

„A to pytanie bardziej do wróżki” – komentuje dla OKO.press prof. Janusz Heitzman, Kierownik Kliniki Psychiatrii Sądowej oraz dyrektor Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. „Psychiatrów obciąża się odpowiedzialnością za ewentualne przestępstwa popełnione przez wypuszczonych więźniów”.

„A jaki psychiatra napisze, że coś jest nieprawdopodobne? Żaden! Każdy napisze, że istnieje jakieś prawdopodobieństwo. I nawet jeśli jest minimalne, to sąd, gdy dostanie taką opinię, ze swojej ostrożności i z lęku przed odpowiedzialnością umieści tę osobę w Gostyninie”.

Dr Dawidziuk przyznaje, że ostateczna decyzja należy do sądu, który może wziąć pod uwagę opinię biegłych, ale nie musi. Biegli mają zresztą różne zdania, a sąd może nie chcieć brać na siebie odpowiedzialności za wypuszczanie niebezpiecznego więźnia. „W praktyce oznacza to, że do KOZZD można wciągnąć każdego kto choć przez chwilę był na oddziale terapeutycznym”.

Żeby uniknąć oskarżeń o podwójne karanie ustawa decyzją o zamknięciu w Ośrodku obarcza sąd cywilny, a nie karny. Zamiast o izolacji mówi się o przymusowym leczeniu. „A zaburzenia osobowości to nie to samo co choroba psychiczna. Na patologie osobowości nie ma skutecznych leków czy terapii.” — tłumaczy prof. Heitzman.

Los więźnia zależy od dość arbitralnej decyzji dyrektora więzienia. Jeśli podejrzewa, że na wolności więzień dalej będzie niebezpieczny może skierować sprawę do sądu karnego, który decyduje o zastosowaniu środków zabezpieczających (bransoletka elektroniczna, terapia, zakład psychiatryczny) albo cywilnego, który postanawia o umieszczeniu w Ośrodku lub nadzorze prewencyjnym (kontrola na wolności i obowiązek terapii).

„A to wielka różnica — w jednej sytuacji człowiek jest na wolności i ma obowiązek leczenia, w drugiej ten sam człowiek zostaje umieszczony w KOZZD, przy prawie żadnej perspektywie wyjścia” — mówi dr Dawidziuk. „Obawiam się, że sędziowie wysyłający więźniów do Gostynina nie wiedzą, na co ich skazują, nie znają problemów tego Ośrodka”.

Pan J. ładuje bransoletkę

J. dwukrotnie składał wniosek o przedterminowe zwolnienie z więzienia w Koronowie – w 2014 i 2015. W opinii penitencjarnej znajdziemy same pochwały: „swoją postawą daje dobry przykład innym skazanym”, „układa zgodne relacje grupowe”, „przestrzega dyscypliny”. Za swoje wzorowe zachowanie w zakładzie karnym kilkadziesiąt razy otrzymał nagrodę.

Znajomi kupują mu działkę, żeby miał gdzie pracować po wyjściu z więzienia. Bo J. pracuje bez przerwy – jest stolarzem i przez cały pobyt w więzieniu siedzi w warsztacie. Robi okna dla całego bloku mieszkalnego, drzwi, a w swojej celi – boazerię.

Dyrektor dwukrotnie odrzuca wniosek powołując się na negatywne prognozy kryminologiczno-społeczne. J. jest w więzieniu za zabójstwo, był też wcześniej karany. W odpowiedzi na wniosek z 2014 nie wspomina się jednak o żadnych zaburzeniach osobowości. W tym z 2015 już tak. Cechy osobowości psychopatycznej miały się u więźnia ujawnić, chociaż jako źródło cytuje się orzeczenie sądowo-psychiatryczne sprzed 20 lat. Nikt nie zakazuje mu jednak pracy i wciąż ma dostęp do szlifierek, brzeszczotów i frezarek.

Niedługo przed końcem wyroku, dyrektor więzienia w Koronowie zwraca się do sądu w Bydgoszczy o umieszczenie pana J. w zakładzie psychiatrycznym. Sąd na podstawie opinii biegłych wniosek odrzuca, ale zarządza zastosowanie środków zabezpieczających – bransoletki elektronicznej i obowiązku terapii na wolności.

Na miesiąc przed opuszczeniem więzienia pan J. zostaje skierowany na kolejne badania i przeniesiony do więzienia w Sztumie. Trafia na oddział terapeutyczny.

Trzy dni przed wyjściem zakładają mu na nogę bransoletkę. Długo chodzą z technikami po dziedzińcu — łapią połączenie z Warszawą.

6 stycznia 2018 J. wychodzi z więzienia. Pani psycholog podaje rękę i życzy, żeby na tej swojej działce sobie dobrze żył. Jadą po niego znajomi. Funkcjonariusze oferują, że podwiozą go na spotkanie. „Ma pan już bransoletkę, lepiej żeby się pan nie gubił”. Wsiada do samochodu, funkcjonariusze zamykają kratę i wiozą go do Gostynina.

Decyzja o przeniesienie do KOZZD podjął sąd cywilny w Gdańsku, zupełnie ignorując decyzję sądu karnego w Bydgoszczy. Wniosek złożył dyrektor więzienia w Sztumie. Decyzja sądu w Gdańsku zapada zresztą dwa dni po tym, jak J. trafia do KOZZD.

J. jeszcze jakiś czas ma nadzieje, że wyjdzie, że wszystko się wyjaśni i dwa razy dziennie doładowuje swoją bransoletkę. Technicy regularnie przyjeżdżają kontrolować czy wszystko działa. Nie jest jedynym pacjentem, który trafił do Gostynina z bransoletką. Strażnik, który słucha rozmowy pamięta nawet nazwisko. „Zupełnie bez sensu” – komentuje.

Życia nie przewidziano

Dlaczego jedna osoba podlega jednocześnie dwóm sprzecznym wyrokom? Który jest ważniejszy? Co zrobić z pacjentką ze schizofrenią, która powinna być w zakładzie psychiatrycznym? Co zrobić z Mariuszem T., który ma już kolejny prawomocny wyrok i powinien być w więzieniu?

Nie wiadomo, ustawa tego nie przewidziała.

Ustawa w ogóle niewiele przewidziała. Ale przewidziała na przykład wsparcie psychologiczne i pomoc prawną dla pracowników, jeśli w wyniku ich interwencji pacjent straci życie. Natomiast niewiele myślano o życiu w Ośrodku, mimo że część pacjentów pewnie nigdy z Gostynina nie wyjdzie.

Jako więzień J. miał dostęp do warsztatu i mógł pracować. „Pomagało mi to nie zwariować”. Jako pacjent KOZZD, gdzie ma być leczony z zaburzeń, do pracy dostał plastikowy nożyk i papier ścierny.

Inny pacjent zanim trafił do KOZZD miał w celi komputer. Pisanie wierszy było jego terapią. Zdobywał nagrody, wydał nawet tomik. W KOZZD już pisać nie może, bo dyrektor nie zgodził się na komputer. Dlaczego? Pacjenci podsumowują panujące w Ośrodku zasady: „Nie, bo nie”.

„Dyrektor jest w trudnej sytuacji” — przyznaje dr Dawidziuk. „Musi radzić sobie z przeludnionym ośrodkiem, a przy braku jasnych regulacji wynikających z ustawy — ustalać zasady za pomocą regulaminu”. I nieustannie go zmieniać w odpowiedzi na sytuacje, których nikt nie przewidział.

Pracownicy RPO w KOZZD interweniowali już wielokrotnie. Pacjenci skarżą się na przykład na to, że za karę odbiera im się różne rzeczy: komórki, czajniki, możliwość korzystania z zajęć sportowych lub robienia zakupów. Nigdy nie wiedzą na jak długo. „Zwrócono również uwagę na dużą dowolność w stosowaniu tych środków” – czytamy w notatce z wizytacji RPO.

„To bezprawie”  krzyczą więc pacjenci.

Może i bezprawie

„Czy łamiemy prawo? Sami nie wiemy” – mówi OKO.press R., pracownik Gostynina. „Na przykład czy pracownik ochrony może dokonać przeszukania? Żadna ustawa nic o tym nie mówi, a trzeba to robić, bo dyrektor każe”.

„Problem w Gostyninie polega na tym, że ustawę uchwalono bardzo szybko pomijając uregulowanie szeregu kwestii, takich jak prawa i obowiązki pacjentów oraz to w jakim zakresie ich prawa podlegają ograniczeniu” – mówi Ewa Dawidziuk.

A pracownicy na kłótnie z pacjentami nie są przygotowani.

„Gdy pacjent wyskakuje i krzyczy: pokażcie mi podstawę prawną, jedyne co możemy powiedzieć to, że działamy według regulaminu Ośrodka. Ale w końcu znajdzie się jakiś mądry sędzia i przyzna pacjentowi rację. A wtedy my będziemy płacić, a nie ośrodek”.

Zdaniem R. chaos prawny wokół KOZZD uderza też w poczucie bezpieczeństwa pracowników. Dyrektor Ośrodka, powołując się na ustawę o działalności leczniczej, zarządził, że pracownicy muszą mieć identyfikator z imieniem i nazwiskiem. „Do zobaczenia na wolności, Kowalski” – słyszą pracownicy.

„Wiedzą jak mamy na imię, znają nasze nazwiska, rejestracje samochodów i nie mają żadnego dozoru wykonywania rozmów. Co stoi na przeszkodzie, żeby kogoś poinformować, że jestem w pracy, wychodzę o tej i o tej, jestem ubrany tak czy inaczej?” – pyta R.

To, że pacjenci znają nazwiska pracowników ma jeszcze inną konsekwencję. „Przychodzisz do pracy, a sekretarka wręcza ci pozew”. Najczęściej o bezprawne przeszukanie lub kradzież. „Pacjent dostaje na przykład obieraczkę do warzyw, której nie może mieć, więc zatrzymujemy ją w depozycie. A on oskarża o kradzież”. Pracownik z takim pozwem musi radzić sobie sam.

W razie buntu? Improwizować.

Jakie mogą być skutki skumulowania dużej grupy ludzi z różnego rodzaju zaburzeniami na małej przestrzeni życiowej, bez ustalonych i jednolitych zasad funkcjonowania? Opłakane.

„Relacja między pacjentami a dyrektorem i pracownikami jest trudna. Napięcie jest wyczuwalne” – przyznaje dr Dawidziuk. „Coś się może stać”.

A na to „coś” nikt nie jest przygotowany. „Gdyby postanowili wyjść siłą, nie wiem, czy ktoś by ich powstrzymał” – mówi R. „Widać to najlepiej, gdy wobec pacjenta trzeba użyć przymusu bezpośredniego. Na korytarz potrafi wtedy wyjść 20 krzepkich mężczyzn krzyczących na personel”.

„Daj temu dziecku spokój” – krzyczą na przykład, kiedy najmłodsza pacjentka zabierana jest „na pasy”, czyli przywiązywana do łóżka pasami obezwładniającymi. Wobec osób stwarzających zagrożenie pracownicy mogą też używać pałek i ręcznego miotacza substancji obezwładniających. „Jakie tam zagrożenie” – komentuje J. „Czasem po prostu ktoś zaczyna ostro przeklinać i za to go zgarniają”.

Co robić w razie buntu, zamieszek? Nie wiadomo. Nikt takiej ewentualności nie przewidział. Nie ma żadnych szkoleń ani planu postępowania w sytuacji kryzysowej. Nie ma też wsparcia psychologicznego dla pracowników, którzy codziennie stają się ofiarami sfrustrowanych pacjentów.

„Nie można stworzyć placówki na zasadzie więzienia, a zachowywać się jakby to był prowincjonalny szpital dla ludzi z bólem kręgosłupa!”— skarży się R.

A ośrodek niedługo nie będzie spełniał już nawet swoich funkcji terapeutycznych. Pacjenci coraz częściej odmawiają leczenia. Bo po co?

I tak stąd nie wyjdę

Dyrektor skierował jak dotąd 5 wniosków do Sądu w Płocku. Uznał, że pacjent nie stanowi już zagrożenia i można go wypuścić. Sąd nie zważając na opinie pracowników Ośrodka, powoływał zawsze własnych biegłych. Przyjeżdżali do KOZZD i po godzinnej rozmowie z pacjentem, podejmowali decyzję. Sąd wszystkie wnioski odrzucił.

„Można było sobie wyobrazić, że sąd będzie bardzo ostrożny w podejmowaniu decyzji o wypuszczeniu pacjentów. Boi się pewnie, że wypuści, a potem odpowiedzialność za kolejną zbrodnię spadnie na sędziego” – sugeruje dr Dawidziuk.

Pacjenci nie rozumieją. Starają się, mają dobrą opinię, dyrektor składa wniosek. A potem krótka rozmowa i decyzja odmowna. Człowiek, który trafia do Gostynina traci wpływ na swoje życie. „To gorsze niż więzienie” — mówią. „Tam przynajmniej wiadomo było kiedy się wyjdzie”.

J. liczył, że psychologia działa jakoś lepiej, że skuteczniej sprawdza co kto ma w głowie. „Gdyby była taka maszyna, co tę głowę prześwietla i pokazuje co w niej jest, to bym wskoczył – niech zobaczą i mnie stąd wypuszczą”.

Z niektórymi pacjentami da się pogadać. Są też tacy, którzy już tylko drepczą w kółko. Zamiast oczu widać białka. „Uciekam od nich. Może od takiego widoku można samemu zwariować?” – zastanawia się J.

Pisze do Trybunału w Strasburgu i do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. W lipcu dyrektor Ośrodka złożył wniosek o wypuszczenie J. z KOZZD, na poparcie ma dobre opinie psychiatrów z Ośrodka. Dyrektor poradził: jeśli chce pan wyjść, to proszę zapomnieć o adwokatach przydzielonych przez sąd w Płocku, tylko załatwić prywatnego. J. posłuchał.

„Zależy mi na czasie” – tłumaczy. „Mam już  ponad 70 lat, a nie chciałbym umierać izolowany od świata, wśród obcych”.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym