W czerwcu PFN ogłosiła z pompą ufundowanie w Waszyngtonie stypendiów dla naukowców, którzy chcieliby zająć się historią komunizmu, m.in. „transformacją postkomunistyczną” i „dziedzictwem komunizmu w regionie”. Zaaplikowaliśmy o nie. Wtedy stypendium rozpłynęło się w powietrzu. Nie wiadomo kto je przyznał, kto je dostał i ile kosztowało

Amerykański projekt Polskiej Fundacji Narodowej ogłosił w czerwcu 2018 z pompą Maciej Świrski (na zdjęciu powyżej), ówczesny wiceprezes PFN. Nasze wątpliwości opisaliśmy w OKO.press tutaj.

Przypomnijmy, że był to moment, w którym PFN znalazła się pod ostrzałem mediów z powodu wyjątkowo niefortunnego i kosztującego 20 mln zł pomysłu z rejsem polskiego jachtu dookoła świata, który miał zorganizować dla niej żeglarz Mateusz Kusznierewicz.

Sprawa zakończyła się kompromitującym skandalem, z którego musiał się tłumaczyć wicepremier Piotr Gliński, a fundacja rozstała się z Kusznierewiczem w atmosferze wzajemnych pretensji o niedotrzymane umowy i pieniądze.

Wówczas Maciej Świrski ogłosił powołanie stypendium w USA. Portalowi „wPolityce.pl” chwalił się:

„Takich działań nie da się przecenić. Pokazanie faktów i uświadomienie Amerykanom, a szczególnie amerykańskim elitom, że Polska była ofiarą dwóch systemów totalitarnych jednocześnie, i że skutecznie z nimi walczyła, to ważne dla zrozumienia nie tylko historii, ale i aktualnej sytuacji politycznej”.

Czym naprawdę będzie nowy projekt, dowiedzieliśmy się nie od Świrskiego, tylko od Victims of Communism Memorial Foundation (Fundacji Pamięci Ofiar Komunizmu), która jest amerykańskim partnerem projektu. Jest to organizacja non profit powołana aktem Kongresu USA za czasów prezydentury Clintona i niedługo po upadku ZSRR (w 1993 r.). Od 2003 do 2009 roku funkcję jej honorowego prezesa pełnił były prezydent George H. W. Bush.

Fundacja ma przede wszystkim cele edukacyjne, przeprowadza np. interesujące i cytowane przez wiele amerykańskich mediów sondaże badające to, co Amerykanie wiedzą o socjalizmie.

„Program studiów polskich” pojawia się…

…ogłoszenie o powołaniu „Programu studiów polskich” w Fundacji datowane było na 29 maja. Co z niego wynikało?

* amerykańska fundacja w partnerstwie z PFN przydzieli dwa 10-miesięczne stypendia dla naukowców;

* tematy badań będą obejmowały „historię komunizmu i antykomunizmu w regionie”, „transformację postkomunistyczną” oraz „dziedzictwo komunizmu w regionie”;

* stypendyści będą mieli za zadanie napisanie raportu o znaczącej długości na uprzednio uzgodniony temat;

* stypendyści będą musieli uczestniczyć w wydarzeniach promocyjnych, spotkaniach publicznych, spotkaniach z kongresmenami, dyplomatami, itd.;

* stypendyści muszą mieć ukończone studia, a najlepiej doktorat lub „odpowiednie zawodowe lub administracyjne doświadczenie”;

* kandydaci muszą też okazać „determinację, aby edukować ludzi o historii komunizmu i niebezpieczeństwach kolektywizmu”;

* fundacja oferuje „konkurencyjne” wynagrodzenie, w tym zapewnia mieszkanie w Waszyngtonie, oraz fundusze na badania i udział w konferencjach;

* pierwsi stypendyści mieli zacząć pracę w Waszyngtonie we wrześniu 2018, rekrutacja musi być więc prowadzona w tempie ekspresowym.

OKO.press sprawdza

Jak łatwo zwrócić uwagę, w ogłoszeniu nie było wielu istotnych informacji – w tym:

* jak ma wyglądać aplikacja;

* ile dokładnie wynosi stypendium;

* kto będzie w komisji konkursowej i według jakich kryteriów będą oceniane wnioski.

Postanowiliśmy więc zaaplikować o to stypendium, żeby sprawdzić, jak będzie wyglądała procedura. Nie trzeba było w tym celu wymyślać żadnego fikcyjnego naukowca.

Okazało się, że spełniam wszystkie kryteria

  • mam doktorat z historii i habilitację z socjologii,
  • napisałem kilka książek i artykuły naukowe dotyczące historii komunizmu w Polsce i na świecie,
  • publikowałem po angielsku, w tym w anglojęzycznych gazetach,
  • potrafię też wykładać w tym języku. 

Do kryteriów w ogłoszeniu pasowałem idealnie, chociaż coś mi mówiło, że stypendium nie dostanę.

Złożyłem aplikację pod koniec czerwca. Wysłałem swoje anglojęzyczne CV oraz kilkustronicowy projekt. Dotyczył związków pomiędzy komunizmem i modernizacją w krajach peryferyjnych; napisałem na ten temat opublikowaną po angielsku monografię. 

Wysłałem jednak wcześniej maila do dr. Murraya Bessette’a, osoby odpowiadającej w waszyngtońskiej fundacji za programy akademickie. Zapytałem go, czy polski fundator będzie miał coś do powiedzenia w sprawie laureatów stypendium — uprzedzając go równocześnie, że mogę nie być najbardziej lubianym naukowcem przez władze PFN (o której pisałem jako dziennikarz wielokrotnie i niezbyt miło).

Dr Bessette odpisał sympatycznie, że stypendystów wybiera amerykańska fundacja i polski sponsor nie ma prawa weta. Potwierdził przyjęcie aplikacji i napisał, że odezwą się „wkrótce”.

Później zapadła cisza

Ogłoszenie o rekrutacji widniało cały czas na stronie amerykańskiej fundacji. Do odpowiedniej zakładki „Careers” odsyłano z podstrony o współpracy VOC z PFN – „Polish Studies Program”.

W pierwszych dniach sierpnia wysłałem następne pytanie do dr. Bessette’a. Jeśli stypendyści mieli zaczynać pracę we wrześniu w Waszyngtonie – pisałem – zostało bardzo niewiele czasu na przeprowadzkę za ocean, zwłaszcza z rodziną: naukowcy miewają żony i dzieci, żony pracują, a dzieci chodzą do szkoły. Nigdzie nie było napisane, że to stypendium dla singli. 

Oczekiwanie od kogokolwiek przenosin na drugi koniec świata w ciągu dwóch tygodni wydawało mi się w ogóle mało profesjonalne. Zwykle naukowcy wiedzą o przyznanych stypendiach tego typu z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Kiedy otrzymałem półroczne stypendium w Imre Kertesz Kolleg w Jenie, wiedziałem o tym ponad rok wcześniej.

Nawet przeprowadzka wewnątrz USA – zakładając, że stypendium dostaliby Amerykanie – jest trudna. Ludzie mają swoje zobowiązania rodzinne i zawodowe, których nie wywrócą do góry nogami z dnia na dzień.

We wrześniu nic się nie zmieniło. 10 września ogłoszenie o rekrutacji nadal widniało na stronie Fundacji Pamięci Ofiar Komunizmu (Victims of Communism Memorial Foundation) – z tym samym, wrześniowym terminem!

Wysłałem kolejnego maila do dr. Bessette’a, na który nie dostałem żadnej odpowiedzi, chociaż zwykle odpisywał szybko.

Zwróciłem się więc do Polskiej Fundacji Narodowej. Wysłałem do niej dwa maile – jako dziennikarz – na które nikt mi nie odpowiedział. Zadzwoniłem do biura prasowego fundacji i tam dowiedziałem się tyle, że wszyscy są bardzo zajęci i odpowiedzą w ciągu tygodnia.

Wtedy coś się ruszyło. Dr Bessette odpisał, że jest mu przykro, ale nie dostałem stypendium, i że zachęca do aplikowania w przyszłym roku. Tego samego dnia dostałem odpowiedź od PFN, żebym wszystkie pytania w sprawie nagrodzonych – byłem naturalnie ciekaw, kto je dostał – kierował do Amerykanów.

Znikające stypendium

Z zakładki „kariery” na stronie waszyngtońskiej fundacji zniknęło ogłoszenie o rekrutacji. Nie pojawił się tam jednak do dziś (17 września) ślad informacji o tym, że stypendia zostały przyznane oraz o tym, kto je dostał. Choć podstrona „Polish Studies Program” nadal jest dostępna. Tak samo dostępna jest nadal podstrona PFN informująca o współpracy z fundacją VoC. Ale tam też tylko ogólniki i ani słowa o stypendiach.

Podsumujmy więc:

* stypendia finansowane przez polskie spółki skarbu państwa za pośrednictwem PFN zostały przyznane – albo nie zostały;

* nie wiadomo, kto je dostał i nie sposób tego ustalić;

* nie wiadomo, kto oceniał aplikacje i według jakich kryteriów;

* nie wiadomo, ile PFN za to wszystko zapłaciła.

Gdzie jest 100 tys. dolarów

Koszt jednego waszyngtońskiego stypendium – wliczając w to mieszkanie, ubezpieczenie, koszty relokacji, wyjazdy na konferencje – szacowaliśmy w czerwcu na mniej więcej 100 tys. dolarów. To nie jest jacht Kusznierewicza, ale zawsze coś. 

Moja robocza hipoteza brzmi tak: projekt został ogłoszony przez wiceprezesa Świrskiego przedwcześnie, przed zakończeniem ostatecznych ustaleń z Amerykanami. Wiceprezes desperacko potrzebował wtedy pozytywnej informacji, która odsunęłaby od PFN ciężar porażki związanej z Kusznierewiczem i uratowałaby jego posadę.

Później zaś Świrskiego odwołano, projekt dla PFN okazał się za drogi (albo po prostu nikt go nie dopilnował na czas) i Polacy zostawili Amerykanów na lodzie, nie przekazując pieniędzy – podczas gdy Amerykanie ogłosili już rekrutację i nie mogli się w prosty sposób wycofać bez kompromitacji.

Ale to tylko hipoteza.

Być może konkurs jednak się odbył. Chętnie poznam wtedy nazwiska stypendystów PFN w Waszyngtonie. Warto zobaczyć, kto dostał stypendia – finansowane przez państwowe firmy z publicznych pieniędzy – i na jakie projekty. Na pewno są bardzo ciekawe.

Dorobek Polskiej Fundacji Narodowej może przyprawić każdego o zawrót głowy. Sprawa amerykańskich stypendiów na pewno zapisze się w nim złotymi zgłoskami.


Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym