0:00
Prawa autorskie: Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.plGrzegorz Celejewski ...
16 lutego 2022

Żarówkowa saga. Za wysokie ceny energii odpowiadają same spółki węglowe i ich ogromne marże?

Kampania z żarówką kosztowała ponad 12 mln zł i próbowała oszukać całą Polskę. Zmanipulowany przekaz sugeruje, że za wysokie rachunki za energię odpowiada UE. Fundacja Instrat ujawnia: wysokie ceny energii to w dużej części wina ogromnych marż spółek węglowych

Wydrukuj

Kampania "żarówkowa" wywołała ogromną debatę dotyczącą cen energii. Rząd i stowarzyszenie Polskie Elektrownie przekonują, że winę za wyższe rachunki ponosi Unia Europejska i nakładane na Polskę opłaty klimatyczne. Na plakatach i reklamach prasowych oraz internetowych widzimy żarówkę, a na niej flagę UE i informację, że Unia odpowiada za "60 proc. kosztów wytwarzania energii".

Jak pisaliśmy w OKO.press, tak zmanipulowany przekaz sugeruje, że to właśnie Unia jest odpowiedzialna za podwyżki rachunków za energię.

Spółki węglowe winne podwyżkom?

Tymczasem Fundacja Instrat wyliczyła, że za podwyżki hurtowych cen prądu mogą odpowiadać wysokie marże nakładane przez spółki energetyczne. "Koszty polityki klimatycznej UE stanowią istotnie mniejszą część giełdowej ceny prądu niż mylnie sugerują to kampanie informacyjne związków branżowych polskiej elektroenergetyki" - czytamy w opracowaniu Instratu.

Zdaniem analityków, koszt opłat za emisję CO2 wyniósł w rekordowym grudniu 2021 roku ok. 41,5 proc. ceny na rynku hurtowym. 17,2 proc. stanowił koszt węgla i jego transportu, a 41,3 proc. był zyskiem producenta.

Z wyliczeń Instratu wynika, że w grudniu na konta spółek energetycznych trafiło w ten sposób 4 mld zł. Analitycy dodają, że marża typowej elektrowni na węgiel kamienny wzrosła do poziomu 340 zł/MWh w grudniu 2021. Rok wcześniej było to jedynie 17 zł/MWh.

Instrat zwraca uwagę, że podwyżki cen energii są najdotkliwsze dla tych, którzy nie są chronieni przez Urząd Regulacji Energetyki. URE zatwierdza taryfę dla gospodarstw domowych, które w 2022 roku zapłacą o średnio 21 zł więcej miesięcznie. Szpitale, samorządy, małe i duże przedsiębiorstwa, przemysł - ich już taryfy zaakceptowane przez URE nie obowiązują.

Fundacja zapowiada, że zwróci się do URE o zbadanie sprawy wysokich marż i ocenę, czy nie doszło do manipulacji rynkowej.

Pytania o manipulację

Z kolei Instytut Jagielloński zaznacza w swojej krótkiej analizie, że na początku 2022 roku marże zaczęły spadać, a grudniowy wzrost był związany z niższą dostępnością rezerw mocy.

W ostatnim miesiącu 2021 roku elektrownie działały na pełnych obrotach, żeby zaspokoić popyt na energię w Polsce, ale także móc eksportować prąd za granicę. Jednocześnie początek grudnia okazał się bezwietrzny, przez co wiatraki nie generowały energii. Trzeba było ją produkować, wykorzystując do maksimum elektrownie węglowe. Z czasem więc zaczęło brakować również węgla, co odbiło się na dostępności rezerw mocy.

"Najniższy poziom rezerw mocy od stycznia 2020 roku pojawił się w grudniu 2021 roku, co koreluje ze wzrostem cen hurtowych energii elektrycznej oraz marż na wytwarzaniu z węgla" - czytamy.

"Pamiętajmy, że w grudniu mieliśmy apogeum kryzysu energetycznego. Drastyczny wzrost cen gazu wywindował ceny energii w całej Europie. Do tego doszło wysokie zapotrzebowanie na energię elektryczną i niskie zapasy gazu w europejskich magazynach. Skorzystały na tym polskie elektrownie węglowe, które mogły cieszyć się znakomitymi zyskami" – wyjaśniał w rozmowie z "Business Insider" Krystian Brymora, analityk DM BDM. Jak mówił, to "normalny mechanizm rynkowy", a nie manipulacja.

Finalnie jednak to URE musi ocenić, czy do manipulacji doszło, czy nie. I w jakim stopniu spółki energetyczne odpowiadają za wzrost cen.

Kampania resortu Sasina

Według wyliczeń Forum Energii - przypomnijmy - ceny emisji CO2 (czyli ta "unijna opłata klimatyczna") odpowiadają za 23 proc. końcowego rachunku, jaki trafia do odbiorców.

Nasz rachunek to nie tylko wspomniany w kampanii z żarówką "koszt wytwarzania energii", ale również m.in. opłata dystrybucyjna, opłata mocowa i VAT. Jeśli kampania rzeczywiście miałaby "edukować" (a o takim celu czytamy na stronie internetowej Polskich Elektrowni), powinna pokazać składowe końcowego rachunku, jaki trafia do nas co miesiąc.

Zrobiliśmy to w OKO.press (dla przykładowego rachunku odbiorcy w taryfie G11):

Przyznał to również minister aktywów państwowych Jacek Sasin w rozmowie z "Rzeczpospolitą" - choć nieco zawyżył procentowy udział opłaty za emisje. "Ta kampania, która jest kampanią spółek energetycznych, informuje o rzeczywistej skali obciążeń, jakie dla produkcji energii elektrycznej w Polsce ma system opłat certyfikatów CO2. Prawdą jest też, że ostateczny udział kosztów polityki klimatycznej to ok. 30 proc. w ostatecznym rachunku, ale to i tak bardzo dużo" - mówił.

W tej wypowiedzi znalazła się również nieścisłość: kampania, według informacji Wirtualnej Polski, nie jest inicjatywą spółek, a właśnie kierowanego przez Sasina resortu aktywów państwowych. Co więcej, Polska Grupa Energetyczna miała protestować przeciwko prowadzeniu takiej kampanii - mimo że spółka należy do inicjatywy Polskie Elektrownie, podpisanej pod kampanią.

"Musieli jeszcze dodać te gwiazdki unijne w ostatniej chwili. Na początku była sama żarówka. Nie było gwiazdek. Było logo z tarczą antyinflacyjną i hasłem, że tarcza antyinflacyjna złagodzi wzrost cen energii w polskich domach. Ale w MAP wymyślili, że trzeba wywołać tu Unię do tablicy" - mówi informator dziennikarzy WP.

Żarówka za 12 mln

Kampania - to potwierdziło Towarzystwo Gospodarcze Polskie Elektrownie - kosztowała ponad 12 mln zł. Jak wylicza WP: Enea Połaniec i Enea Wytwarzanie zapłaciły 1,5 mln zł, po 3 mln dały PGE GiEK, Tauron Wytwarzanie i Energa. PGNiG Termika zapłaciła najmniej: 400 tys.

TGPE w odpowiedzi na burzę wokół żarówkowej kampanii zorganizowało 14 lutego śniadanie prasowe. I nie chciało wpuścić na nie niektórych dziennikarzy - w tym reporterów TVN 24. "Gdy reporter magazynu »Polska i Świat« zapytał, czy może wejść, usłyszał: »zapraszam bez mikrofonu i bez kamery«" - relacjonuje TVN24.

Spotkanie, jak powiedziano dziennikarzom, "ma charakter prywatny" (!). Towarzystwo opublikowało później swoje oświadczenie, z którego dowiadujemy się, że "obecność kamer byłaby zaprzeczeniem idei spotkania w formule śniadania prasowego”.

Członkowie TGPE na tej prywatnej konferencji prasowej nie chcieli odpowiadać na zarzuty dotyczące manipulacji. Prezes Zarządu Towarzystwa, Ryszard Wasiłek, wiceprezes PGE, powiedział jednak, że jest z tej kampanii zadowolony i że będzie kontynuowana.

"Nie jest prawdą, że kampania informacyjno-edukacyjna TGPE ma charakter antyunijny" - czytamy w materiałach prasowych. "Biorąc pod uwagę skalę potrzeb inwestycyjnych sektora energetycznego w Polsce, Polskie Elektrownie stoją na stanowisku, że system EU ETS powinien być szansą na dalszą transformację sektora, a nie przyczyną drastycznego ograniczenia środków finansowych, które polskie przedsiębiorstwa oraz Państwo Polskie mogłyby przeznaczyć na inwestycje w kierunku zeroemisyjnym" - pisze Towarzystwo, zwracając uwagę na to, że tona wyemitowanego CO2 kosztuje już 95 euro.

Polenergia się wycofuje

TGPE uważa również, że kampania nie wprowadza w błąd. "W żaden sposób kampania nie informuje, że 60 proc. kosztów wytworzenia energii wynikającej z kosztów uprawnień do emisji przekłada się na 60 proc. kwoty na rachunku dla odbiorców końcowych".

Jak już zwracaliśmy uwagę, taki przekaz jest jednak mylący. Wymaga od odbiorców (czyli wszystkich, bo bilbordy z żarówką są już w całej Polsce) specjalistycznej wiedzy z zakresu energetyki. W OKO.press wyjaśnialiśmy, skąd podwyżki rachunków i jak powinien brzmieć przekaz dotyczący drożejącej energii:

W nocy z 15 na 16 lutego aktywiści Greenpeace poprawili przekaz żarówkowego bilbordu przy Dworcu Centralnym w Warszawie. Przekreślili zdanie "Opłata klimatyczna UE to aż 60 proc. kosztów produkcji energii". Zamiast tego na plakacie widać hasło "Polskie Elektrownie manipulują" oraz "węgiel = droga energia, wysokie ceny".

View post on Twitter

"To obstawanie przy energetyce węglowej powoduje konieczność ponoszenia opłat za emisje CO2. Gdyby energia pochodziła z odnawialnych źródeł energii koszty emisji nie odgrywałyby żadnego znaczenia" - mówi Joanna Flisowska, szefowa działu klimat i energia w Greenpeace.

Trzeba również zaznaczyć, że odpowiedzialna za kampanię z żarówką inicjatywa Polskie Elektrownie to tylko pięć spółek z 12 należących do Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie. Cała piątka to spółki państwowe.

O kampanii niektóre należące do TGPE firmy dowiedziały się z mediów. 10 lutego Nowa Sarzyna, czyli elektrownia prywatnej spółki Polenergia, zrezygnowała z członkostwa w Towarzystwie.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne